Samotna matka: nią się nie bywa, nią pozostaje się na zawsze

Samotna matka. Samodzielna matka. Które sformułowanie jest prawidłowe? Oba. Samodzielna matka nie musi być samotna, może mieć rodzinę i przyjaciół. Przede wszystkim ma jednak stałe towarzystwo dziecka lub dzieci. W tym wszystkim może być jednak cholernie samotna. Przede wszystkim ze swoimi troskami, emocjami, motywacjami. Nieważne, jak wieloma ludźmi by się nie otaczała – przychodzą wieczory i noce, gdy w domu zapada cisza a ona wyje do księżyca. Z bezsilności. Ze zmęczenia. Z wielu powodów, których być może nawet nie jesteś sobie w stanie w tej chwili wyobrazić. 

Samodzielne wychowanie dziecka to nauka życia.

Tutaj nie ma miejsca na sztafetę obowiązków. Tutaj delegowanie zadań nie ma prawa bytu. Bo komu je oddelegujesz? Zazwyczaj nikomu. Nie ma obok nikogo, kto mógłby w czymkolwiek pomóc. Tutaj nie ma szans na wsparcie. Bo kto miałby podejść i powiedzieć: zostaw, ja to zrobię? Tutaj wszystko trzeba samodzielnie. Zdarzają się serie wzlotów, równie często zdarzają się upadki. Zdarzają się dni, które są niekończącą się walką o przetrwanie.

Każdy miewa słabsze dni. Gorszy czas. Jesteśmy przecież tylko ludźmi.

Samotna matka również. Tylko nie masz szans być wtedy zastąpiona. W czymkolwiek. Jakkolwiek. Nie masz komu oddelegować zadań, choćbyś nawet bardzo chciała. I kiedy przychodzą te słabsze dni – czujesz się słaba do granic. Sparaliżowana obawami, wyczerpaniem i ciężarem, który dźwigasz non stop. Zawsze sama.

Samodzielne wychowanie to nie tylko emocje. To przede wszystkim obowiązki. Dbałość o podstawowe potrzeby, zakupy, wizyty u lekarzy, edukację, przyjemności, urodziny i wycieczki szkolne. Troska o pełną lodówkę, nowe buty i zapłacone rachunki. Niekończące się checklisty, obliczenia i wyzwania logistyczne. Dźwiganie ciężarów. Bo i wózek na trzecie piętro, i zakupy ciężkie, i łóżko z Ikei też trzeba wnieść. Wystarczy by jeden element zawiódł – i cała układanka się sypie, niczym domino. W samodzielnym macierzyństwie potrzebujesz ogromu siły. Zarówno fizycznej, jak i przede wszystkim psychicznej. Każdego dnia!

Samodzielne wychowanie dziecka to brak zrozumienia.

Pracodawca nie rozumie, że naprawdę nie zdążysz dzisiaj ale zarwiesz nockę – i na jutro będzie gotowe. Znajomi nie rozumieją, że nie możesz przyjść na imieniny bo dziecko chore a ty naprawdę nie masz z kim go zostawić. Wielu ludzi nie rozumie wielu kwestii. Czasami banalnie przyziemnych. Czasami tych naprawdę ważnych i trudnych.

Wychowywałam syna sama. Stąd nazwa strony mama-sama.pl. Choć obecnie tworzymy pełną rodzinę, nazwa pozostała. Z wielu powodów. Ale nie o tym dziś. Balansowałam na krawędzi samotności tak często, że nie sposób to zliczyć. Był moment, że walczyłam o każdy dzień. Był moment, że każdy kolejny przynosił większy spokój. Przyszedł też moment, że to wszystko minęło. Oczywiście nie od razu.

Mija stan faktyczny. Pewne doświadczenia, wnioski i przyzwyczajenia pozostają jednak z tobą. Nie sposób się ich pozbyć, jakby przywarły na stałe. Są zauważalne częściej, inne rzadziej. Niezmiennie jednak są. Odczuwasz ich konsekwencje na każdym kroku. Czasem nie robi to na tobie wrażenia, na innych też nie. Czasem jednak bywa bolesnym wiadrem zimnej wody, wylanym prosto na głowę. Wtedy już tak fajnie nie jest.

Samotna matka jest ostrożna.

Nie zaufa ci tak po prostu, automatycznie. Nie otworzy się od razu, nie zrobią na niej wrażenia twoje zapewnienia i obietnice. Będzie potrzebować czasu. To właśnie czas jest waszym największym sprzymierzeńcem. Gdy ona już się zbliża do drzwi pod nazwą Zaufanie, wycofuje się ponownie, podbiega do bramy i zaczyna przemierzać tą trasę od nowa. Czasami tak bez końca. Bo czasami nie ma dobrego momentu, nie ma odpowiednio długiego stażu znajomości, nie ma odpowiednich słów. Czasami tak zwyczajnie trudno jest posłuchać intuicji i emocji, gdy rozsądek woła z głośnym przypomnieniem: już raz ufałaś, już raz było pięknie, przyhamuj! I hamujesz. Nieustannie.

Takie hamulce właśnie włączają się do gry bardzo często. Dochodzą do głosu w najmniej przewidywalnych momentach. Kiedy wydawałoby się, że łapiesz wiatr w żagle, zdecydowanie przyspieszasz, udaje ci się cieszyć tym, co przynosi codzienność – nagle znów hamujesz. Do głosu dochodzą mnożące się wątpliwości, pytania i co by było, gdyby. To niekończąca się historia. Tylko ty i twój partner wiecie, ile razy musieliście przyhamować by rozpędzać się na nowo, ile decyzji miało być podjęte a zostały jednak odłożone w czasie.

Własne konto to oczywista sprawa. Własne oszczędności to równie oczywista rzecz. Własne zarobkowanie – bezdyskusyjnie. Samotna matka, która dotąd wychowywała dziecko solo – nie stanie się nagle zależna. Być może nigdy się nie staniesz a niezależność to twój bufor bezpieczeństwa. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że inaczej już nawet nie umiesz. Musisz sama zarabiać, musisz sama gwarantować rodzinie byt. Z jednej strony? Fajnie. Niezależność to dobra rzecz, nie musimy nikomu z niczego się tłumaczyć, nikogo o nic prosić. Z drugiej strony? Mężczyzna też chciałby się zaopiekować, wyręczyć, coś zapewnić czy zwyczajnie ufundować. Tutaj może to przynosić wiele rozmów, niepoliczalne pokłady zaufania i zrozumienia, dużo wspólnej pracy i kompromisów.

Kobieta po przejściach musi mieć pewność, że jeśli z jakiegoś powodu znów zostanie sama – poradzi sobie  z dziećmi doskonale. Gdy przyjdzie jej brać ślub – rozdzielność majątkowa może być dla niej niemal oczywista. I w tym też nie ma nic złego.

Nie jest łatwo przestawić się z trybu ja sama na my razem. Jeśli wcześniej zarywało się noce, żeby mieć za co zapłacić rachunki albo robiło zakupy na raty, żeby dotargać je do domu z wózkiem – trudno jest z dnia na dzień pozwolić się  we wszystkim wyręczać. Za chwilę odezwą się głosy, że to kwestia zaufania, rozmów, przepracowania. Owszem. Ale to również kwestia odruchów i przyzwyczajeń. Nad nimi musisz nauczyć się panować a na to potrzeba już zdecydowanie więcej czasu i prób.

Nadal nie widzę problemu w dźwiganiu mebli.

I nadal mam plan B, C a nawet D.

Niejednokrotnie zdarza się, że kurier przywozi ciężkie paczki a ja targam je od bramy do domu, nie czekając na męża lub teścia, gdy wrócą z pracy. Zwykle zastanawiam się nad tym już po fakcie, robię to zwyczajnie odruchowo. Nie widzę problemu by przestawić stół na tarasie, przenosić foteliki z auta do auta, znosić po schodach jakieś szafki czy kartony książek. Ja to robiłam cały czas sama, wszystko musiałam sama – nie lubię prosić kogoś o pomoc, gdy… dam radę sama. Tak po ludzku. I nie chodzi tutaj o bycie dżentelmenem albo wręcz odwrotnie – równouprawnienie. Tu nie ma żadnych głębszych powodów podlegających dyskusjom. To po prostu dla mnie tak naturalna rzecz, jak fakt że dolewam mleko do kawy. Kawa ma być z mlekiem a swoje paczki noszę sama. Ot, i tyle.

Bardzo dużym problemem było dla mnie przestać odczuwać wyrzuty sumienia, gdy dzieci zostają pod czyjąś opieką byśmy mogli wyjść z domu. Zwykle dzwoniłam co godzinę, spieszyłam się jak głupia – by jak najkrócej to trwało, by jak najmniej wysiłku kogoś ta opieka kosztowała. Może uda się zdążyć przed kąpielą i usypianiem? A może przed spacerem? Taka absurdalna gonitwa, żeby odciążyć kogoś, kto… chciał odciążyć mnie. Teraz mam już nieco większy luz ale to nadal się zdarza. Raz na jakiś czas wychodzimy na trzy-cztery godziny załatwić wszelkie sprawy zakupowo-jakieś tam, pójść na kawę czy kolację i wtedy z zegarkiem w ręce pilnuję czasu, jaki zadeklarowałam na wyjście. Mimo że wiem przecież, że nikt nie oczekuje naszego powrotu o określonej godzinie.

Zawsze mam plan awaryjny. Gdybym dzisiaj straciła pracę – mam jeszcze drugą. Gdybym musiała zostać z dziećmi w domu na kilka miesięcy (patrz: epidemia) – jestem w stanie zorganizować się by nie zmniejszać ilości pracy i zarobków. Jeśli muszę z czegoś zrezygnować, szybko znajduję nową możliwość albo termin. I tak zawsze. Absolutnie zawsze mam plan B, C, czasem D i E. Nie umiem inaczej.

Nikt nie wie, ile razy to mogło się nie udać.

Ile to razy miałam już wychodzić na spotkanie z moim obecnym mężem i zawracałam w progu, gorączkowo szukając dobrej wymówki. Ile to razy chciałam się wycofać, nie otwierając po raz kolejny drzwi. Nie miałam żadnych logicznych powodów. Przychodziły niczym nieuzasadnione wątpliwości i pokonywały skrupulatnie opracowany plan. Na chwilę, na krótko ale jednak przychodziły i zasiewały zamęt. 

Doskonale cię rozumiem, jeśli czytasz ten tekst – bo szukałaś wsparcia w swoich decyzjach, zrozumienia w swoich wątpliwościach. Nie powiem ci teraz nic, czego pewnie sama nie wiesz. Nie doradzę mocno personalnie, wybacz. Bo każda z nas jest inna, każda ma za sobą inną historię. Dla każdej z nas coś innego jest naprawdę ważne. Mogę jedynie zasugerować, żebyś słuchała siebie bezwzględnie. Mogę jedynie podpowiedzieć, że te wszystkie odruchy są zrozumiałe i wyrzuty sumienia są tutaj nie na miejscu. Na wszystko potrzeba czasu. Daj go sobie. 

Bądź dla siebie wyrozumiała.

 

1 comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *