Baza: klasyczne beżowe szpilki

Lubię nosić buty na obcasie, może nie jakimś skrajnie wysokim ale te 6-8 centymetrów jest dla mnie  zwykle jak najbardziej do przyjęcia. Oczywiście nie w każdej sytuacji się sprawdzają. Oczywiście nie zawsze mam na nie ochotę. I oczywiście, że wcześniej pojęcia nie miałam o ich prawidłowym doborze. Ileś par szpilek. Żadnych nie można było nazwać dopasowanymi. Żadnych nie można było nazwać wygodnymi. 

O dziwo – wnioski przyszły w momencie, w którym szpilek nie nosiłam.

Najpierw była przerwa w pracy – ciąża, drugie dziecko, spacery z wózkiem w trampkach i praca zdalna. Później przyszła epidemia i moja branża została zamrożona. Ilość zaplanowanych oficjalnych wyjść – można było policzyć na palcach jednej ręki. Uznałam to za idealny moment i to wiosną właśnie, wyczyściłam szpilkowe półki w garderobie. Wszystkie obcasy zniknęły za jednym zamachem, pozostawiając po sobie miejsce na nowe. Dopasowane, w niewielkiej ilości, ściśle współgrające z moimi potrzebami.

Wtedy nastąpiły poszukiwania pierwszej idealnej pary.

Jakie miałam wymagania? Lista była dość krótka:

  • Wygodne,
  • w odcieniach beżu,
  • stabilny obcas,
  • klasyczny fason,
  • brak ozdobników,
  • delikatna wyściółka.

Jakie mają te buty pełnić role? Prawdę mówiąc – mocno motywował mnie fakt, że zbliżał się ślub i wesele bliskich. Zakładałam więc wówczas, że niezależnie od tego, jak dalej potoczy się sezon ślubny i moja praca w terenie – pozostaje jeszcze ta uroczystość. Szpilki miały sprawdzić się więc zarówno w stylizacji na takie przyjęcie, jak i w zestawieniach biznesowych. Dodam przy okazji, że szalenie lubię też połączenie: czarne dżinsy, luźna koszula i buty na obcasie. Dlatego postawiłam na beż. Uznałam, że pierwszym typem będzie jakiś odcień tego koloru. Najbardziej uniwersalny, zdecydowanie bardziej nawet od czerni. Nie ma takiej okazji, w której wyglądałyby źle.

Znasz historię szpilek?

Ciekawostką jest między innymi to, że pierwsze buty na szpilce (zbliżone do tych, które znamy obecnie) to lata 20. XX wieku – prawdziwą popularność zdobyły jednak nieco później, w latach 50. i niedługo później znów odeszły w zapomnienie. Wielki powrót miał miejsce w latach 80. i tak już zostało. Pierwsze klasyczne szpilki miały zakończenia obcasów… z metalu. Czym to skutkowało (poza niezwykle hałaśliwym przemieszczaniem się)? Przyziemnie bardzo – zniszczeniami podłóg. Możemy więc stwierdzić nawet, że były niezbyt mile widziane w towarzystwie.

Christian Louboutin. Nazwisko znane chyba każdej z nas. Uważał, że odpowiednio dobrane szpilki – czynią kobietę nie tylko atrakcyjniejszą fizycznie, przekonywał że wspierają w karierze zawodowej. Obcas gwarantuje nam wyższy wzrost, co dodaje pewności siebie w rozmowach z przełożonymi.

Czy się zgadzam? Tutaj akurat wychodzę z założenia, że świat zdobywamy przede wszystkim w butach wygodnych, sprawdzonych i absolutnie w naszym stylu. Niezależnie od aspektu i sytuacji – pamiętaj, że zawsze musisz być w ubraniu na miarę siebie, nie w przebraniu na miarę czyichś oczekiwań. Nie mówię, że masz chodzić w bikini po korpo. Nie mówię też, że nie możesz chodzić w szpilkach podczas home office. Znajdź swój sposób i z niego korzystaj!

Czy znalazłam idealne klasyczne beżowe szpilki?

Oczywiście, że znalazłam. Nie od razu. Nie obeszło się bez szeregu prób, i szeregu błędów. Ale oto są – i się sprawdzają! Czółenka Vera ze sklepu SoloFemme. Wysokość obcasa? Okazała się być idealna! Stabilność? Bez zarzutu. Wyściółka ultrawygodna, wkładka typu memory i fason idealny z perspektywy moich oczekiwań.

Pierwsza próba generalna tych butów? Sesja stylizowana. Bieganie po schodach, zmiana podłoża niemal co chwilę, kilka długich godzin w ruchu – a one nie zawiodły. W międzyczasie nawet je zdjęłam i przekazałam modelce, odegrały rolę butów ślubnych. Bo i do tego również są stworzone. Gdybym brała swój pierwszy ślub teraz – poszłabym w nich, bez dwóch zdań. Bo do długiej sukni ślubnej drugiej ceremonii – nadal wybrałabym płaskie. 😉 Ale to inna historia, nie na dziś.

Co zaobserwowałam? Są naprawdę wygodne, nie odczuwam zmęczenia nóg – mimo większości dnia spędzonej na tych obcasach. Jakość bez zarzutu, nie niszczą się. Na co dzień przechowuję je w pudełku, po każdym użyciu delikatnie przecieram z kurzu i pozwalam im „odpocząć”, zanim znów trafią do kartonika. Klasyczny fason pozwala tworzyć z nimi przeróżne stylizacje.

Do sukienki? Klasa!

Do spodni? Wyglądają świetnie, zarówno z klasyczną koszulą – jak i swetrem oversize.

Do garnituru? Bez dwóch zdań – strzał w dziesiątkę.

Nie ma chyba takiego zestawu ubrań, do którego one by nie pasowały. Między innymi dlatego zdecydowałam się właśnie na ten model. Czy pozostanę wierna SoloFemme i kolejną parę – również znajdę u nich? Na mojej liście widnieją w dalszej kolejności – czarne szpilki. Biorąc pod uwagę przede wszystkim wygodę i jakość tych, raczej na pewno będzie to ten sam model. Przewidywalność? Niekoniecznie. Spójność i przywiązanie. Zdecydowanie.

 

PS Tekst powstał przy współpracy z marką Solo Femme.

 

3 comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *