Ułatwienia dostępu

Obraz dziecka, który zostaje w Internecie na zawsze – o sharentingu i niepełnosprawności

11 lat temu postanowiłam nie publikować wizerunku moich dzieci w sieci. Nie tyle postanowiłam, co było to dla mnie naturalne, nawet się nad tym szczególnie nie zastanawiałam. Dziś mogę z całą pewnością stwierdzić: nie zmieniłam zdania ani na moment i nie żałuję. 

Być może to była intuicja. Może nieuświadomione jeszcze wtedy poczucie granic. A może po prostu to, że od początku macierzyństwa widziałam w moich dzieciach przede wszystkim osoby. Osoby. Z odrębną historią. Z przyszłością, która jeszcze miała się dopiero napisać. I to nie przeze mnie.

Dlatego było dla mnie naturalne… nie wrzucać ich zdjęć do Internetu. Nawet tych pozornie “niewinnych”. Bo czułam, że one nie należą do mnie. Należą do ich świata. I że jeśli mam być tą, która ich chroni – to także przed ekspozycją, której nie mogą jeszcze zrozumieć ani świadomie zaakceptować.

Tak, ja wiem – pomiędzy publikowaniem absolutnie wszystkiego a kompletnie niczego, jest sporo możliwości. Ale dziś nie chcę pisać o swoim indywidualnym wyborze i przykładzie. Dziś spójrzmy na temat szerzej.

 

Intuicja wyprzedzała debatę publiczną? Może odrobinę. 

W tamtym czasie temat publikowania zdjęć dzieci w Internecie niemal nie istniał w publicznej dyskusji. Nie było pojęcia tak szeroko znanego pojęcia sharentingu, oversharentingu, nikt nie mówił zdecydowanym głosem o “cyfrowym śladzie dziecka”.

Zdjęcia z placu zabaw, z nocnika, z porodówki, z imprezy urodzinowej, z rotawirusem – wszystko to, absolutnie bez wyjątku, było w social-mediach równie normalne, co zdjęcia kawy czy świeżych kwiatów. Pamiętam bardzo dokładnie, że sporo osób dziwiło się mojej „zasadzie”. Niektórym wydawała się… wręcz przesadna. Inni próbowali mnie przekonać. 

Przecież to tylko zdjęcie!

To takie słodkie!

To przecież pokazuje, że jesteś fajną mamą!

Z czasem zaczęły pojawiać się głosy psychologów, prawników, nastolatków, którzy mówili: w dzieciństwie nie miałem prywatności. Wszystko o mnie było w sieci. Nawet to, czego sam bym nigdy nie chciał pokazać. I wtedy zrozumiałam, że ta intuicja naprawdę miała sens.

 

Bo sharenting to nie tylko zdjęcia… 

Wielu osobom wydaje się, że sharenting to po prostu wrzucanie zdjęć dzieci. Ale to tylko część prawdy.

Sharenting to również:

  • Dzielenie się szczegółami chorób, relacjonowanie ich w każdym możliwym momencie. Bardzo dobrze pamiętam jedno zdjęcie, które zobaczyłam na Instagramie – na oko dwuletnia dziewczynka, zmęczona, przestraszona, z maską tlenową na buzi, siedząca w karetce. Podpis sugerował, że aż tak się rozkręciła infekcja. I tak, rozumiem fakt jak najbardziej. Jednak nie był to ani moment, ani miejsce, ani sytuacja, w których powinniśmy robić zdjęcia i od razu wrzucać do sieci. To był moment, gdy priorytetem jest coś zupełnie innego. 
  • Relacjonowanie codziennych dramatów w przedszkolu czy w domu. Hasłowe rzucenie podobnej historii sporadycznie, wręcz epizodycznie – to jedno. Ale codzienne obszerne, szczegółowe relacje – to drugie, już zdecydowanie mniej wskazane. Obserwując taki profil, czerpiąc z takich informacji – wiemy o takim dziecku zdecydowanie za dużo. Obcy ludzie nie powinni mieć takiej wiedzy na ten temat. 
  • Wrzucanie filmików z wybuchami złości, wpadkami, zawstydzającymi momentami. Zamysł jest prosty: ma być śmiesznie. Będą odsłony, serduszka, udostępnienia. Ale znów: kosztem naszego dziecka. Czy warto? Oczywiście, że nie.
  • Opisywanie sytuacji konfliktowych z dzieckiem, jedynie z punktu widzenia dorosłego. Czyli? Czyli bez możliwości, by dziecko powiedziało, że nie tak to wyglądało.

To wszystko składa się na obraz dziecka, który zostaje w Internecie na zawsze. I który to obraz dziecko, kiedy dorośnie, odziedziczy – niezależnie od tego, czy będzie się z nim utożsamiać, czy nie. Bo my mówimy: to tylko post. A dla dziecka? To może być cała jego tożsamość on-line. Zbudowana przez kogoś innego.

 

Ale Ty przecież masz dziecko z niepełnosprawnością…

No właśnie. Mam. I to sprawia, że ten temat jest dla mnie jeszcze bardziej złożony. A decyzja o niepublikowaniu wizerunku jeszcze trudniejsza dla otoczenia do zaakceptowania.

Wielokrotnie słyszałam (czasem wprost, czasem między wierszami):

Pokazałabyś, jak to wygląda naprawdę – inni by Cię podziwiali.

To byłaby inspiracja dla innych rodziców w podobnej sytuacji.

Bez zdjęć nie zrobisz zbiórki, ludzie muszą widzieć twarz dziecka, żeby pomóc.

Im bardziej poruszasz emocje, tym więcej wsparcia.

Same słowa o rodzicu nie wystarczą. Opisuj i pokazuj dziecko. 

Znam ten mechanizm. Wiem, że działa. Wiem, że my, rodziny dzieci z niepełnosprawnościami często nie mamy innego wyjścia. Że pokazanie tej całkowicie nieprzefiltrowanej, całej prawdy staje się koniecznością – bo leczenie, rehabilitacja, sprzęt, dojazdy, logopedia, neurologopeda, integracja sensoryczna, psycholog, okulary, buty ortopedyczne, pieluchy, aparaty słuchowe, refundacja która nie pokrywa nawet połowy potrzeb… To wszystko kosztuje. I czasem nie ma czasu na wahanie, czy warto chronić prywatność, gdy w grę wchodzi realne życie i zdrowie dziecka.

Ale mimo wszystko – wciąż nie zmieniłam zdania.

 

Bo gdzie kończy się dziecko, a zaczyna potrzeba pomocy?

Bo to, co dla mnie jest zbiórką na terapię, dla dziecka może być wspomnieniem, którego nigdy się nie pozbędzie. Czy to oznacza, że jestem przeciwna zbiórkom? Absolutnie nie. Sama je wspieram. Uważam, że społeczna solidarność to piękna rzecz. Ale uważam też, że można pomagać z godnością. Można mówić o potrzebach – bez obnażania cierpienia. Można prosić o wsparcie – nie wystawiając dziecka w całości na bezduszną cyfrową arenę. 

Przy okazji polecam też poradnik o zbieraniu 1,5% podatku Agnieszki z Autyzmu po ludzku. 

 

I można być inspiracją – nie pokazując dziecka.

Dziecko to nie treść. Dziecko to dziecko. Dziecko to nie projekt. Nie treść do feedu. Dziecko to człowiek – od pierwszego dnia życia. Ma prawo do prywatności. Do bycia niedostępnym. Do nieobecności w Internecie.

I naszym obowiązkiem jako rodziców – zwłaszcza jeśli jesteśmy aktywni w sieci – jest to prawo uszanować. A nawet więcej! Naszym obowiązkiem jest chronić je wtedy, gdy dziecko jeszcze samo nie potrafi tego wyrazić.

To nie jest łatwe. Zwłaszcza gdy wszyscy dookoła mówią: to normalne, wszyscy tak robią! Ale to, że coś jest powszechne, nie znaczy, że jest dobre. I jeśli chociaż jedna osoba – po przeczytaniu tego tekstu zrezygnuje z wrzucenia zdjęcia swojego dziecka w niezręcznej sytuacji, to już warto było go napisać.

 

I właśnie z tej potrzeby równowagi, bezpieczeństwa, ale też widzialności i wspólnoty – niedawno narodziła się nowa idea.

We współpracy ze znakomitą ekspertką, stworzyłam pierwszy taki przewodnik dla rodziców dzieci z niepełnosprawnościami o tym, jak mówić o swojej codzienności w sieci – mądrze, odpowiedzialnie i z godnością. Niezależnie od tego, czy mówimy o zbiórce, czy o profilu rodziny w social-mediach. 

To przewodnik, który nie ocenia, nie zawstydza, nie rzuca zakazami. Pokazuje jak można inaczej. Uczy jak budować obecność i nie naruszać przy tym prywatności. Jak prosić o pomoc, nie wystawiając cierpienia ponad swoje osobiste granice. Jak mówić o trudzie bez narażania dziecka na wtórne zranienia.

Dostępny jest… za symboliczne 5 zł!

84 strony wiedzy za symboliczną cegiełkę.

Pozwalasz sobie na wiedzę i świadomość, wspierając działania dla rodziców OzN. 

Dla każdego rodzica, który chce być obecny w sieci – ale nie kosztem własnego dziecka. Bo można mówić o trudnościach i nie zdradzać tajemnic dziecka. Bo można budować wspólnotę i jednocześnie konsekwentnie stawiać granice.

 

Jestem dumna, że ten przewodnik powstał z przekonania, że wszystkie dzieci zasługują na godność. Również – albo dziś przede wszystkim – w Internecie. 

Kliknij i pobierz Rodzic w sieci: Jak chronić prywatność i godność dziecka z niepełnosprawnością?

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *