Ni to płaszcz, ni to bluza | MKTP

Mamy maj, a za oknem jakby jesień. Czujesz ten chłód? W Wielkopolsce go akurat czuję. Dzisiaj jest z nami obecny, wczoraj był również obecny. Nawet, gdy przyjdzie upalne lato – noce będą z pewnością chłodne. Później pojawi się jesień i ten chłód ponownie zawita. Klasyczny płaszcz to dobra rzecz, warto w posiadać. Porządna bluza jest niemniej istotnym elementem kapsułowej szafy. Zwłaszcza, gdy masz dzieci! Wyjść pograć w piłkę, na spacer z wózkiem, posiedzieć na tarasie czy w piaskownicy – prościej jednak w bluzie, niż w płaszczu. A gdyby tak połączyć funkcje płaszcza i bluzy? Tutaj z pomocą przychodzi MKTP, czyli Mój kraj taki piękny. 

Płaszczobluza to połączenie skrajnie różnych ról.

Długość płaszcza, swobodnie zmiksowana z komfortem najwygodniejszej bluzy. Do tego duetu dorzućmy przyjemne ciepło i mamy mieszankę skrojoną na miarę wszelkich outdoorowych (i nie tylko!) potrzeb. Osobiście, gdy ją pierwszy raz zobaczyłam – od razu skojarzyła mi się z walizką, kubkiem gorącej kawy na wynos i podróżą. Otulająca, ultrawygodna, uniwersalna charakterem. Do dżinsów, do sukienki, do szortów też. Ideał w stylu basic. MKTP świetnie to wymyślili, naprawdę!

Nie trzymam jej w szafie. Zdecydowanie nie. Wisi tuż przy wejściu, żeby absolutnie zawsze była pod ręką. Na poranną kawę na tarasie. Na spontaniczny spacer z dziećmi. Na szybki wypad do paczkomatu. Gdziekolwiek, kiedykolwiek, jakkolwiek. Nieważne, co akurat mam na sobie – płaszczobluza idealnie do tego pasuje. Nie mam pojęcia, czy to zasługa jej ciemnoszarego koloru, czy też fasonu. Nie umiem określić, co dokładnie w niej uwielbiam – bo to chyba jest całokształt. Po prostu… absolutnie wszystko.

Ubrania MKTP możesz spotkać na Instagramie.

Wcześniej osobiście również je tam spotykałam. Przyznam jednak, że same zdjęcia i opinie – w tym wypadku mnie nie przekonywały. Gdzieś w głębi wydawało mi się, że to jednak nie dla mnie. Coś tutaj nie grało, coś nie pasowało, czegoś brakowało, czegoś jakby było za wiele? Nie umiałam tego wytłumaczyć. W końcu zdecydowałam się jednak spróbować, padło na spodnie, longsleeve i płaszczobluzę właśnie. Najlepsza decyzja! Żałuję, że tak długo się ociągałam. 

W ostatnich tygodniach ani razu nie sięgnęłam po płaszcz, ledwie raz była to marynarka. W pozostałych sytuacjach dopełniam stylizację płaszczobluzą, gdy za drzwiami chłód. Owszem, większość tego czasu spędziłam w domu, okoliczności nie sprzyjają dotychczasowym weekendowym wyjazdom na uczelnię, śluby czy sesje. Jestem jednak przekonana, że w takich podróżach – również będzie niebawem wierną towarzyszką.

Jakie zalety płaszczobluzy MKTP docenisz?

  • Obszerny kaptur – to, co widzisz na zdjęciach (dziwny stożkowaty kształt) to mój koczek-pączek wciśnięty bez problemu w kaptur. Chroni doskonale przed wiatrem i ewentualnym deszczem.
  • Długość – wydawać by się mogło, że jest za długa. A jest idealna. Można sobie usiąść gdziekolwiek na zewnątrz (często siadam z kawą na schodach przed domem) i nie dociera do nas zimno podłoża.
  • Kieszenie – pojemne, zapinane. Dodatkowo jedna wewnątrz. Łącznie można sporo poupychać, serio.
  • Niewątpliwa jakość. Mam taki zwyczaj, że użytkuję coś do oporu – nim ośmielę się zrecenzować jakkolwiek. Tutaj jest podobnie. Płaszczobluza otula mnie od wielu tygodni, w domu, na tarasie, na spacerach wśród pól i wszędzie, gdzie tylko potrzebuję. Owszem, była już kilka razy prana. Owszem, zdarzało mi się ją składać i wciskać w kosz wózka. Nie mam jej nic do zarzucenia. Nie gniecie się, nie mechaci, nie rozciąga, nic złego się nią nie dzieje, w minimalnym choćby stopniu.
  • Uniwersalny charakter. To, co jest kwintesencją garderoby basic – mamy tutaj w najprostszej formie, podane w trybie gotowości. Płaszczobluza pasuje absolutnie zawsze jako okrycie wierzchnie. Nic dodać, nic ująć.

Lubię, gdy ubrania tworzą historie.

Zdjęcia, które widzisz powyżej – to historia. Trwa pandemia, #zostańwdomu w najlepsze, pracuję tylko i wyłącznie zdalnie od dwóch miesięcy, bez wyściubiania nosa za bramę. Gdy spacery, z zachowaniem dystansu społecznego – zaczęły być normą, postanowiłam o czymś szalonym i zachowawczym w swojej prostocie. Była niedziela, samochód był wysprzątany dzień wcześniej a w bagażniku naszego Fordziaczka leżał już… jeden z tarasowych foteli. Nie uwierzysz, w jakim celu go tam władowałam! Nie, nie jechałam nad jezioro ani nad morze. Jechałam na łąkę, dwieście czterdzieści kilometrów od domu. Spakowałam w torbę stertę książek Małego Człowieka, które ostatnimi czasy wpadły w nasze ręce. Spakowałam kilka detali, ubranie na zmianę (każdy, kto mnie zna – wie, że w podróży często poleję się kawą chociażby). Poza tym pogoda tego dnia była niepewna. Wyjeżdżając z Wielkopolski, otulałam się płaszczobluzą, na koszulę i dżinsy. Na miejscu pobiegałam nawet w lekkiej sukience a później… znów się nią otulałam. Pojechałam zrobić zdjęcia. Poukładać nasze książki na naszym leżaku, na łące. Tak, jakby było to w naszym ogrodzie. Bo zwykle zapraszam Martę do nas, żeby robiła nam zdjęcia. Teraz nie mogłyśmy się przytulić na powitanie, zjeść ciastka przy kawie ani nic z tego, co znamy i lubimy. Zrobiłyśmy swoje, z zachowaniem dystansu i… już.

Dzięki temu płaszczobluza załapała się na zdjęcia w plenerze. W trampkach i skarpetkach w wisienki. Siedząc w bagażniku własnego auta i na tarasowym leżaku (wcale nie na tarasie). W koszuli, w t-shircie, w sukience. Tak, jak zwykle, tak jak na co dzień. Tylko skumulowane w jedno popołudnie. Skrót codzienności. Dzisiaj zamknięty w czterech zdjęciach. A na moim Instagramie możesz widywać ją w tych codziennych zmaganiach, jako wierną towarzyszkę, zapraszam! 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *