Przez błędy do sukcesu

Wszędzie, niemal wszędzie czytamy, słyszymy, oglądamy sukcesy. Mówi się o nich, o drodze do sukcesu. Nie zastanawiamy się: czym właściwie miałby być ten sukces? Warto dostrzec również to, że w drodze do owego sukcesu – naprawdę łatwo się pogubić. Dlatego warto zadać sobie na początku kilka pytań. Kilka bardzo ważnych pytań! Między innymi o takich pytaniach jest książka „Przez błędy do sukcesu” Magdaleny Pydych, którą całkiem niedawno miałam okazję przeczytać. 

Czym jest dla nas sukces? Dla mnie? Dla Ciebie? Dla niej? Dla niego?

  • To dochody? W jakiejś określonej wysokości? Czy po prostu ich stałość, gwarantująca stabilność?
  • To popularność? Na jakim poziomie? Ilości followersów? Wystąpień w telewizji? Ilości wyszukań nazwiska w Google?
  • A może to coś zupełnie innego?

To bardzo ważne pytanie. Określenie własnej definicji sukcesu jest nie dość, że istotne – to jeszcze wyjątkowo wartościowe. Zdajemy sobie wówczas sprawę z tego, do czego dążymy, w jaki sposób i jakie będzie to mieć dla nas konsekwencje, gdy już te założone cele zrealizujemy.

W Polsce statystycznie 30% firm upada w swoim pierwszym roku.

Takie dane również znalazłam w książce. Przyznam szczerze, że nie sprawdzałam tego wcześniej. Ale też nie zaskoczyło mnie to jakoś szczególnie. Obserwuję to. Wielokrotnie już miałam klientów, którzy przychodzili po teksty na powstającą stronę internetową, marka zachwycała w pierwszym, drugim i kolejnym wrażeniu. Obserwowałam takie marki z ciekawością, widziałam pierwszy drop, drugi, później wyprzedaż za bezcen, w końcu ogłoszenie o zamknięciu. Ktoś powie: normalna rzecz. W rzeczywistości jednak często jest tak, że owszem – błędy się zdarzają, są ważne, uczą, wspierają rozwój. Ale w jakimś stopniu można części z nich uniknąć, a nawet jeśli nie – to czerpać z nich wystarczająco, aby wstać i ruszyć na nowo dalej.

Co jest przyczyną większości – o ile nie większości – naszych błędów? Brak umiejętności rozmawiania. O tym czytamy w książce i na kolejnych stronach przekonujemy się, że nie umiemy (a jeszcze częściej nie chcemy) dzielić się porażkami, błędami, potknięciami. Dlatego tak ważne i potrzebne jest, aby normalizować fakt, że możemy zwyczajnie czegoś nie wiedzieć. Podobnie należy normalizować przyznawanie się do porażek.

Ważne! Jeśli popełniasz błąd – nie oznacza wcale, że to Ty jesteś błędem lub porażką.

Kolejna istotna kwestia do podkreślenia i zapamiętania? Każdy z nas startuje z innego miejsca i z innym bagażem. Co nas dodatkowo ogranicza? Poczucie wstydu. Nie mamy odwagi mówić o tym, że założyliśmy firmę, nie chwalimy się przed nikim, milczymy w social-mediach. Najpierw czekamy na jakieś bliżej nieokreślone sukcesy, które w naszym mniemaniu uprawnią nas do otwartości. Obawiamy się, że jeśli nasze decyzje i droga okażą się nietrafione – skompromitujemy się przed otoczeniem.

Wciąż wydaje nam się, że jesteśmy niewystarczająco dobrzy. Tak, dokładnie! Sama znam to doskonale. Ileż razy zatrzymywałam jakiś pomysł, tekst, plan – tylko dlatego, że wydawały mi się odległe od perfekcji! Leżały i czekały, mimo że mogły już trafiać do odbiorców albo generować jakiś zarobek. Poczucie bycia wciąż dalekim od perfekcji – bardzo często sprawia, że się zatrzymujemy. W najlepszym wypadku! W najgorszym… cofamy się. I tak, to jest kolejny błąd. Bardzo duży błąd. Jeśli jesteśmy już przy niedociągnięciach – warto wspomnieć, że sporą i niezwykle istotną zaletą w prowadzeniu biznesu, jest umiejętność przyjmowania konstruktywnej krytyki. Podkreślę jednak dla pewności: konstruktywnej krytyki. Nie złośliwości. Nie hejtu. Nie rad nieproszonych i bezzasadnych. Konstruktywna krytyka to coś, co ma swoją wartość i czasami naprawdę dobrze jest z niej skorzystać.

Jak zatem rozwijać swój biznes?

Po pierwsze: w zgodzie ze sobą i swoimi wartościami. Nic na siłę!

Po drugie: nie obawiaj się porażki.

Po trzecie: odpowiednio się wyceniaj, zbyt niskie ceny to droga donikąd!

Po czwarte: w swoim tempie, do nikogo sukces nie przychodzi od razu.

Po piąte: działaj, zamiast tylko myśleć o działaniu!

O wiele więcej konkretnych rad – znajdziesz w książce. Co chciałabym dodać od siebie? To nie jest tak, jak widujemy w filmach, że wpadamy na genialny pomysł w garażu – a za kilka tygodni stoimy na czele wielkiej korporacji. Nie jest też tak, że absolutnie zawsze wystarczy pracować po 16 godzin na dobę, aby odnieść niebywały sukces. Tutaj warto znów powtórzyć: dla każdego sukces oznacza coś zupełnie innego. I czymś absolutnie normalnym jest również fakt, że to się zmienia. Rozpoczynając swoją drogę, możesz pożądać czegoś zupełnie innego, niż na dalszych jej etapach.

Lata temu, gdy szarpałam się pomiędzy pracą u kogoś – a tymi pierwszymi krokami „dla siebie”, miałam zupełnie inną motywację, niż dziś. Z czasem wszystko się zmieniało. Przeszłam wiele różnych etapów. Przepracowałam wiele różnych emocji. Dzisiaj robię wciąż pozornie to samo, stawiając jednak sobie i innym – coraz śmielej wytyczone granice. Dzisiaj staram się odpowiednio wyceniać. Dzisiaj staram się również oddzielać pracę od czasu wolnego, którego z kolei staram się planować coraz więcej. Tak, czas wolny powinien być uwzględniony w planie i w końcu sobie to uświadomiłam. Aktualnie nie pracuję w niedziele. Docelowo nie będę również w soboty. Być może brzmi dziś nierealnie: chciałabym wyłączać komputer w piątek i włączać dopiero w poniedziałek.

Czasami, gdy rozmawiam ze swoimi klientami, słyszę: bo mi nie wychodzi.

Wówczas wymieniam wszystko, co można zrobić, aby to zmienić. I co słyszę w odpowiedzi? Że to za dużo. Że efekty powinny być szybciej. Że chciałoby się generować przychód od razu, już pierwszego dnia. Że to. Że tamto. Przykład? Tworzę strategie social-media, prowadzę audyty, konsultacje, tworzę treści na miarę marki. Zdarza się, że dana firma jest zaopiekowana kompleksowo na start. Przyciągające treści na stronie www, piękny estetyczny feed na Instagramie, angażujące treści, wszystko pięknie rozwija się przez tydzień, dwa, gdy nad tym pracuję. Kończymy tą startową współpracę, obustronnie zadowoleni. Klient nie decyduje się na dalszą współpracę, na stałą opiekę. Bo koszty. OK. Rozumiem! Ale… w zamian nie robi też nic. Nawet nie próbuje. A nawet jeśli próbuje – nie wdraża żadnej z wcześniej otrzymanych wskazówek. Wraca po jakimś czasie, chce zamówić kilka, kilkanaście treści postów. Tłumaczę, że takie „strzały” to zdecydowanie za mało. Piszę. Później słyszę, że te kilka postów „tak mało sprzedało”.

Do czego dążę…? Jeśli czegoś nie umiemy – na początku często uczymy się tego sami, nie stać nas na delegowanie. Możemy również uznać delegowanie za inwestycję i z dumą obserwować, jak wznosi ono nasz biznes na wyżyny efektywności. Niezależnie od wybranej drogi – potrzebne jest działanie. Potrzebna jest strategia na start i trzymanie się jej. Niekoniecznie pytanie przypadkowych ludzi w przypadkowych miejscach o zdanie na temat własnej firmy, o której ci ludzie pojęcia nie mają. Widuję takie posty w różnych miejscach. Pytania typu: jak nazwać firmę? albo co robię źle? – nie mają szans dać właściwych odpowiedzi, szytych na miarę danej firmy, jeśli pytamy niedoświadczonych, zupełnie przypadkowych osób. Potrzebna jest strategia, działanie. Potrzebne są błędy, z których wyciągamy wnioski i się uczymy. Czy warto? To się dopiero okaże. Z całą pewnością jednak warto spróbować i się zaangażować, jeśli tylko wierzymy w to, co robimy.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.