My jesteśmy tym, na czym stoi bardzo duża część pracy społecznej w tym kraju. My – specjaliści i specjalistki, aktywiści i aktywistki, rodzice, eksperci i ekspertki, osoby od komunikacji, edukacji, strategii, wsparcia, kryzysów i projektów, które „muszą się udać”.
My jesteśmy tymi, którzy przychodzą, kiedy system nie działa. Tymi, którzy łatają dziury, zanim ktokolwiek zdąży je nazwać problemem. Tymi, którzy tłumaczą, prostują, piszą, edukują, organizują, komunikują, uspokajają, reagują. Tymi, którzy zamieniają chaos w jakąś strukturę. I my jesteśmy też tymi, którym bardzo często mówi się, że „to ważne, co robimy” – po czym oczekuje się, że będziemy to robić dalej, najlepiej bez jakichkolwiek kosztów.
Tak się przyjęło. Tak to działa. Bo „nie ma budżetu”. Bo „to NGO”. Bo „to dla ludzi”. Bo „to ważna sprawa”. A „ważna sprawa” w Polsce bardzo często oznacza: „znajdzie się ktoś, kto zrobi to za darmo”. I ten ktoś zawsze się znajduje. Zawsze. Bo system jest sprytnie skonstruowany: nie wymaga przymusu, tylko emocjonalnego szantażu, poczucia sensu i społecznej presji. Wystarczy, że coś jest „ważne”, a wtedy przestaje obowiązywać normalna ekonomia, wycena pracy, profesjonalizm. Zaczyna obowiązywać misja. I to jest moment, w którym praca przestaje być pracą, a zaczyna być oczekiwanym poświęceniem.
Zawodowo jestem specjalistką ds. marketingu i komunikacji. Pracuję z markami komercyjnymi, z NGO, z projektami, które mają realny wpływ na ludzi. I bardzo często dostaję wiadomości, które nie są nawet zapytaniem – od razu są założeniem.
Czy zrobiłabyś dla nas strategię / komunikację / kampanię / najlepiej całość… pro bono?
Nie ma tam rozmowy, negocjacji, pytania o zakres, o budżet. Jest tylko oczekiwanie, że odpowiedź brzmi „tak”. Jakby moja praca nie była usługą, tylko zasobem naturalnym i dało się ją „pozyskać”, jeśli tylko dobrze się poprosi. I przez lata bardzo często odpowiadałam „tak”. Widziałam sens. Widziałam ludzi. Widziałam projekty, które naprawdę mogły coś zmienić. Bo jestem wizjonerką – widzę potencjał tam, gdzie inni widzą jeszcze tylko zarys pomysłu.
I dokładnie na takich osobach ten system się opiera. Na tych, które widzą za dużo, czują za mocno i mają za dużą odpowiedzialność, żeby przejść obojętnie. Dziś z takim oddaniem realizuję tylko swój oddolny projekt, jakim jest WAŻNY Magazyn. Przy każdym innym zapytaniu, propozycji, pomyśle – od dawna już zastanawiam się, czy koszt (wszelkiego rodzaju) nie przewyższa tutaj znacząco wspomnianej misji. To bardzo ważne, aby nauczyć się szanować swój czas i zasoby – zwłaszcza będąc w miejscu, w którym tak wiele zależy od nas samych, naszego zdrowia również.
Ale jest jeszcze coś, o czym rzadko mówi się głośno. Darmowa praca absolutnie nie jest neutralna. Zmienia rynek i zmienia relacje władzy. Gdy coś jest wykonywane „za darmo”, przestaje być traktowane jako pełnoprawna usługa. Zaczyna być „wsparciem”, „pomocą”, „dodatkiem” i bardzo szybko przechodzi w kategorię: „to się po prostu dostaje”. I tu zaczyna się mechanizm, który jest dużo bardziej toksyczny niż takie pojedyncze prośby o pro bono.
Bo to nie są pojedyncze przypadki – to jest już, śmiało można rzec, kultura. Kultura, w której profesjonalna praca specjalistów od komunikacji, strategii, designu, PR, edukacji, organizacji społecznej jest systemowo deprecjonowana – nie wprost, tylko poprzez przyzwyczajenie. Przez lata pracy „za zwrot kosztów”, przez „symboliczne stawki”, przez „może coś się znajdzie”, przez „na pewno się odwdzięczymy” i przez najbardziej niebezpieczne zdanie: „zawsze ktoś się zgodzi”. I to zdanie jest do bólu prawdziwe. Zawsze ktoś się zgodzi. I właśnie dlatego ten system wciąż działa.
Bo nawet jeśli jedna osoba powie „nie”, zawsze znajdzie się ktoś, kto powie „tak”. Często z entuzjazmem. Często z wiarą w sprawę. Z poczuciem misji. I w ten sposób powstaje iluzja, że praca nie ma ceny – bo skoro ktoś ją zrobi za darmo, to znaczy, że cena nie istnieje albo że nie jest potrzebna. A to jest dokładnie moment, w którym rynek zaczyna się psuć od środka.
Bo kiedy każdy przyzwyczai się, że komunikacja, strategia, kampania czy cała oprawa projektu „może być ogarnięta” bez budżetu, bardzo trudno jest jej później wrócić do myślenia, że to jest realna, kosztowna, specjalistyczna praca. Nawet kiedy pojawiają się środki i budżet nagle istnieje. Nawet kiedy projekt rośnie. Wtedy nadal gdzieś w tle zostaje pamięć: „kiedyś się dało bez”. I to „kiedyś się dało” staje się argumentem przeciwko uczciwemu wynagradzaniu ludzi.
To jest bardzo cichy, ale bardzo skuteczny proces. Normalizuje darmową pracę i jednocześnie marginalizuje profesjonalną. A ja widzę jeszcze coś, co jest w tym szczególnie niebezpieczne: widzę, jak bardzo to wypala ludzi. Bo wizjonerzy, społecznicy, specjaliści od komunikacji społecznej, edukatorzy – to nie są osoby, które „tylko wykonują zadania”. To są osoby, które inwestują emocjonalnie, które biorą odpowiedzialność za efekt, które nie robią „na odczepnego” i które bardzo długo potrafią działać ponad swoje zasoby. Aż do momentu, kiedy nie da się już dalej. Bo nie da się jednocześnie budować systemu i go nieustannie finansować z własnego życia.
Ja też w tym byłam. I nadal w tym jestem, tylko już bez złudzeń. Pracowałam pro bono, za zwrot kosztów, za „symboliczne stawki” i widziałam ten sam schemat. Kiedy robisz coś raz – jesteś wsparciem. Kiedy robisz to drugi raz – jesteś standardem. Kiedy robisz to dziesiąty raz – stajesz się oczywistością. A oczywistości się nie płaci. Oczywistości się używa, a potem się o nich zapomina.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że ten model nie tylko obciąża jednostki – on niszczy jakość całego sektora. Bo jeśli profesjonalna praca jest regularnie zastępowana darmową, to znika przestrzeń na rozwój, na specjalizację, na stabilność, na odpowiedzialność finansową. Zostają tylko ci, którzy mogą sobie pozwolić na pracę bez wynagrodzenia. A to oznacza, że sektor społeczny zaczyna być uprzywilejowany nie kompetencją, tylko wytrzymałością finansową. I to jest absurd, który udajemy, że nie istnieje. A on istnieje. Zdecydowanie istnieje.
Nie chcę w tym uczestniczyć już w taki sposób. Nie chcę być „zawsze dostępna”. Nie chcę być „ta, która pomoże, bo rozumie temat”. Nie chcę być domyślnym zasobem dla projektów, które nie mają budżetu na ludzi, ale mają budżet na wszystko inne. Nie chcę być częścią systemu, który romantyzuje poświęcenie, a jednocześnie strukturalnie je wykorzystuje. Bo to nie jest romantyczne – to przerzucanie kosztów na jednostki, które zawsze kończy się tak samo: wypaleniem, zniknięciem kompetencji i zastąpieniem jakości improwizacją.
Nie karmcie nas już podziękowaniami i emocjonalnym uznaniem, które nie ma żadnego przełożenia na jakiekolwiek warunki pracy. Karmcie nas rozmową o stawce, zanim rozmowa o pracy w ogóle się zacznie. Decyzją, że specjalistyczna wiedza – również w NGO – nie jest dodatkiem do projektu, tylko jego fundamentem. Bo inaczej będziemy dalej budować rzeczywistość, w której wszystko działa… dopóki ktoś jeszcze nie zorientuje się, że pracuje za darmo.

Agnieszka
Bardzo ważne słowa. Podpisuję się pod każdym zdaniem.