Własna marka | Skąd finansowanie, pomysły, wsparcie?

Już na samym początku swojej drogi pod szyldem: własna marka, ustaliłam sobie kilka zasad, które być może rozjaśnią Wam, dlaczego pewne rzeczy idą wolniej, inne szybciej, jedne obowiązki deleguję a innymi zajmuję się sama. Te zasady to niesamowite oparcie, mogę włożyć w nie całą swoją determinację i za każdym razem, gdy którąś chciałoby się złamać – sama wylać sobie kubeł zimnej wody na głowę i od danego pomysłu, szybciutko odmaszerować.

Bo zdajecie sobie sprawę, że nikt nie budzi się pewnego ranka z pełnym biznesplanem (bez ani jednego błędu taktycznego czy produktowego) i jeszcze pełniejszym kontem, żeby radośnie rozruszać swój biznes w kilka dni? Mamy czasy, w których można wiele kupić. Możemy kupić sobie ileś tysięcy azjatyckich followersów. Będziemy mieć ładne cyferki. Ale czy ci followersi to nasza grupa docelowa? No nie. Możemy kupić sobie piękne biuro, piękne stylizacje, dodatki i materiały reklamowe. Owszem, możemy. Ale czy musimy mieć dookoła siebie dosłownie w-s-z-y-s-t-k-o ze swoim logo? No nie musimy.

Musimy umieć rozdzielać to “mogę” od “muszę”. “Powinnam” od “może kiedyś”.

To, co najważniejsze – świadomość. Bądźmy realistami. Nie staniemy się z dnia na dzień Mirandą Priestley, której każdy będzie schodził z drogi, kawa pojawiać się będzie na biurko równo z naszym wejściem a klienci przybywać tylko i wyłącznie ugodowi, mili, bogaci. Nie, to nie działa jak w filmie. To nie działa nawet jak w serialu niższych lotów. Tu dzieje się życie, tu musisz sumiennie dreptać do celu, aż go wydrepcesz. Ewentualnie odniesiesz nagły sukces, co zdarza się zwyczajnie rzadko.

Bywa tak, że pomysł z dzisiaj – za rok czy pięć lat, nie budzi już tak szalonych emocji, nie cieszy tak mocno, nie przynosi nawet ułamka zakładanych zysków. Pomysły mają to do siebie, że mogą się przeterminować, wypalić, stracić sens. Głupio by było chcieć zrezygnować z jakiegoś działania czy projektu, mając na uwadze tylko i wyłącznie względy finansowe.

Coś tam na start trzeba mieć, zależnie od branży i rodzaju działalności, którą planujemy. Całość tekstu opierać się będzie na moim przykładzie, czyli:

freelancer (redakcja tekstów) + własny biznes (wedding planner) + własna marka

Nie ma żadnego równa się, nie ma sumy tych działań. Trzy niezależne, jednocześnie mocno ze sobą zespolone. Czym? Zależnościami. Od tego, ile zarobię jako freelancer, zależy również to, ile powinnam zarobić jako wedding planner. I na odwrót. Z tego, ile zarobi marka – wychodzi to, ile mogę wydać na rozwój jej lub biznesu. I koło zależności się zamyka.

  1. Nie inwestuję pieniędzy, które zarabiam poza marką. Innymi słowy: w doszkalanie, materiały reklamowe, wyjazdy gdzieś tam, i tak dalej – mogę wydać tylko i wyłącznie to, co zarobiłam poprzez markę oraz poprzez część własnego biznesu. Na moim przykładzie? Z pracy wedding plannera 30% każdej kwoty “idzie” na markę. W ten sposób odkładam na szkolenia, wyjazdy, targi czy inne koszty. Teraz marka zaczęła na siebie zarabiać i stopniowo będę zmniejszać ten procent, tak by uniezależniła się ona od pracy wedding plannera (mimo że tematyka podobna, nie chcę utrzymywać marki z mojej pracy z klientami).
  2. Inwestuję tylko w to, co może dać mi namacalne efekty. Nad każdą inwestycją zastanawiam się na spokojnie, bez zbyt pochopnych decyzji. Szkolenie? Okej! Jakie korzyści mi przyniesie? Czy jestem gotowa poświęcić pieniądze i czas, w którym mogłabym w zamian zarobić (zamiast się szkolić)? Czy samo szkolenie coś wniesie w moje umiejętności lub wiedzę? W podobnych kategoriach rozważam każdą możliwość.
  3. Inwestuję tylko wtedy, gdy nie mam innych, naglących wydatków podstawowych. Pomijając rozważania, wymienione wyżej – biorę zawsze pod uwagę również inne wydatki. Jeśli w danym miesiącu mam targi, dwie sesje wyjazdowe, zakup materiałów – nie dołożę do tego jeszcze ultradrogiego szkolenia. Nie chcę wyjść na minus i dokładać.
  4. Nie inwestuję w gadżety reklamowe dla samego ich posiadania. Krówki z logo. Długopisy z logo. Teczki z logo. Wszystko z logo. Nie potrzebuję tego. Każda umowa jest opatrzona logo, włożona w minimalistyczną białą teczkę. Do tego posiadam zapas firmowych naklejek, których używam, gdy zajdzie potrzeba. Na giftpacki podczas eventów, na przesyłki firmowe, i tak dalej, i dalej. Nie czuję potrzeby posiadania tony drobiazgów ze swoim logo.
  5. Nie inwestuję w biuro. Klienci chcą spotykać się w miejscu dla nich dogodnym. Kursy i warsztaty prowadzę w różnych lokalizacjach w całej Polsce. Sesje – również. Biuro to miejsce tylko i wyłącznie dla mnie, dla mojej pracy własnej. To moje centrum dowodzenia wszystkim i wszystkimi, do którego nie zapraszam w zasadzie nikogo. Bo nie ma takiej potrzeby. Nie muszę więc inwestować w biuro gdzieś tam. Wystarczy mi takie domowe, w którym mogę się zaszyć. Oczywiście wystarczy na razie, nie wiem jak będą wyglądać potrzeby za określony czas. Póki co inwestycja w wynajem biura, jest absolutnie zbędna.
  6. Każdy wydatek planuję z wyprzedzeniem, nie przekraczam budżetu założonego tylko na cel Y, żeby osiągnąć nieplanowany cel X. Po prostu odkładam go w czasie lub szukam źródła finansowania, innymi słowy: na dodatkowy cel, próbuję dodatkowo zarobić.
  7. Deleguję tylko te zadania, z którymi naprawdę sobie nie poradzę na miarę pożądanego efektu. Wszystkim innym zajmuję się osobiście, bez większych nakładów finansowych. Teoretycznie mogłabym zlecać kilka zupełnie różnych zadań, odpowiednio różnym specjalistom. W praktyce jednak byłby to zbędny wydatek, który na początku drogi – można zdecydowanie odpuścić.
  8. Szukam sposobów bezkosztowego zwiększania zasięgów, chociażby poprzez sesje stylizowane lub wspólne projekty, opierane na zasadzie promo za promo. Organizacja sesji stylizowanych na zlecenie – to moja praca, owszem. Zdarza mi się jednak brać udział również w takich, za które wynagrodzenia nie ma. Wówczas korzyścią jest coś zupełnie innego. Każdy, kto bierze udział w podobnym projekcie – daje od siebie to, w czym jest najlepszy. Gromadzimy więc makijażystkę, fryzjera, florystów, lokujemy to wszystko w fajnym miejscu, otwartym na podobne pomysły. Angażujemy modelkę i fotografa na zasadach TFP. I mamy korzyści obopólne – każdy otrzymuje materiał zdjęciowy, o każdym w swoich kanałach, wspominają pozostali. Wieść się niesie, portfolio można poszerzyć o fajną realizację.
  9. Biorę udział w wydarzeniach, udzielam się lokalnie. Pracuję na rozpoznawalność. Pokaz mody ślubnej pobliskiego salonu? Poprowadzę jakiś warsztat, do toreb z upominkami, dorzucę swoją ulotkę, porozmawiam z lokalnym cukiernikiem, nawiążę nić porozumienia z obecnym fotografem. Każda z takich okazji – to kontakty. A kontakty to pierwszy krok do fajnych relacji.
  10. Wspieram swoją markę w innych swoich kanałach. Chociażby tutaj na blogu, na swoim Instagramie czy Facebooku – wspominam regularnie o marce. Codziennie znajduję kilka minut na przejrzenie profili czy miejsc, w których mogę zostawić reakcję, komentarz, coś zaobserwować. Nigdy nie wiemy, jakim komentarzem czy opinią – zostaniemy zauważeni. Bywajmy i w sieci. Regularnie.
  11. Sama szukam klientów, partnerów do współpracy, nie czekam na pierwszy krok – to ja go wykonuję. Gdybym miała czekać na czyjś pierwszy krok, mogłabym czekać długo. Bo zazwyczaj z ofertą współpracy przychodzą te firmy, których nie wzięlibyśmy sami pod uwagę. A jeśli sami mamy jakiś pomysł, jakąś wizję, widzimy jakąś fajną relację oczyma wyobraźni, jesteśmy w stanie do tej wizji przekonać drugą stronę – dlaczego by nie spróbować?
  12. Gdy jakiś pomysł lub projekt – nie przynoszą oczekiwanych rezultatów przez określony czas, bez żalu z nich rezygnuję. Przykład? Wypożyczalnia. Okazało się, że wypożyczanie tablic powitalnych, niebanalnych dodatków, które nie są zbyt powszechne niespersonalizowane (dużo by opowiadać!) mają o wiele większe wzięcie niż szkło. Przechowywanie szkła, transport, mycie, polerowanie, pakowanie i tak dalej – pochłaniało sporo czasu, energii, zyski z tego były znikome (w przeliczeniu na ten czas). Okroiłam więc ofertę, jestem w trakcie rozsprzedaży wszelkiego szkła, zyski z niej przeznaczam na trafniejszą inwestycję. Bez żalu.
  13. Wierzę w to, co sprzedaję. Nigdy nie poddaję w wątpliwość misji swojej marki. Tutaj nie trzeba nic więcej dodawać.
  14. Obserwuję bardziej wpływowych ode mnie, ludzi z branży. Inspiruję się nie tylko polskimi, również zagranicznymi markami. Nie kopiuję, nie neguję. Obserwuję i wysnuwam wnioski. Bezmyślne naśladownictwo jeszcze nikogo nie zaprowadziło zbyt daleko.

Tak jest dziś. Czyli na starcie tej drogi. Jak będzie za pół roku, za rok? Dam znać! O wsparciu pisałam już tutaj ostatnio i w tym temacie odsyłam do przeczytania tekstu:

O wsparciu.

Trzeba pamiętać, że ciężko zdobywać świat w pojedynkę. Bo przy prowadzeniu marki jednoosobowej, szalenie ważne jest wsparcie bliskich. Jeśli mielibyśmy być ze wszystkim sami, rosłaby jedynie frustracja. A to już zdecydowanie ta gorsza droga. Zdecydowanie nie ta, którą chcielibyśmy podążać tak naprawdę. Wierzcie lub nie. I o tym można tam przeczytać.

Na Instagramie z kolei zachęcam do obserwowania hashtagu #markowaniedziela, pod którym co tydzień podrzucam tytuły książek, inspirujących ludzi, wydarzenia. 

Zdjęcia: Lady Amarena Photography

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ➡ klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ➡ klik!

Napisane teksty 193

One thought on “Własna marka | Skąd finansowanie, pomysły, wsparcie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Czytaj też

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

%d bloggers like this: