Dlaczego nie inwestuję w nowe nawyki?

Nowe nawyki to fajna sprawa. To taki powiew świeżości! To dawka motywacji tak ogromna, że aż chce się od razu działać. Prawda? Kto nie zna tego dreszczyku ekscytacji, gdy postanawiamy teraz, zaraz, już – zmienić swoje życie? Zrobić spektakularny obrót o sto osiemdziesiąt stopni? Znacie. Albo przynajmniej znaliście. Każdy zna. Tylko każdy zupełnie inaczej do tego podchodzi. Każdy zupełnie inaczej w podobnych sytuacjach reaguje. I jeszcze coś, w zasadzie najważniejsze: większość z nas uczy się na własnych błędach. I w ten sposób nasze podejście zwykle ewoluuje. Coś, co kiedyś wydawałoby się oczywistą reakcją, z upływem czasu już nią nie jest. 

I to zdecydowanie. Większość naszych zachowań i reakcji, ma swoje pochodzenie we wcześniejszych doświadczeniach. To odpowiedź na coś, co kiedy nam się kompletnie nie udało, co chcielibyśmy powtórzyć ale… inaczej. To trochę jak z Nowym Rokiem. Od początku stycznia siłownie, kluby fitness i podobne im miejsca – przeżywają oblężenie, które z biegiem tygodni sukcesywnie maleje. Podobne oblężenie pojawia się gdzieś tam wiosną, gdy w perspektywie lato i wakacyjne bikini. I tyle w temacie. Doskonałe zobrazowanie nowych nawyków, których nie udaje się wprowadzić na dłużej.

Bo kto nie ma na swoim koncie czegoś podobnego?

Z ogromną determinacją podjętej próby. Z biegiem której ten zapał słabł – aż w końcu się… skończył? Na pewno w tej chwili pamięć podsunęła konkretny przykład. Na czym zwykle polega błąd? Za obudzonym zapałem – idą zbyt wielkie nakłady i przygotowania. Cała energia spożyta na ten czas “przed”, kończy się tuż na starcie samych działań. Frustrujące. Powód jednak może być banalny: idealizujemy wizję planowanej próby, widzimy oszałamiające efekty oczyma wyobraźni i zupełnie pomijamy trud wysiłku, który czeka po drodze. Nazbyt wiele uwagi skupiamy na samym domniemanym efekcie WOW, na samych przygotowaniach i planowaniu. Później przychodzi szara rzeczywistość, wcale nie tak prosta realizacja i wszystkie pozytywne emocje beznadziejnie opadają. Dlatego trzeba bardzo grubą kreską oddzielić planowanie od działania. Teraz jest czas na zaplanowanie, okej. Ale zaraz musi nastąpić czas działania. Nie przedłużajmy tego!

Grunt to dobra analiza i jeszcze lepsza motywacja. Niby banały ale trzeźwe spojrzenie na temat jest szalenie ważne. Przemyślenie za i przeciw, opracowanie konkretnego planu, jeszcze bardziej konkretny deadline i przewidywany minimalny skutek. Niemniej istotne jest w tym wszystkim ustalać sobie możliwie realne efekty. Nie oczekujmy, że osiągniemy od razu coś, co normalnie zajmuje pięć razy więcej czasu. Lepiej założyć sobie nieco mniejsze wymagania i pozytywnie się zaskoczyć, niż zupełnie na odwrót.

I teraz wyobraźmy sobie taką sytuację: postanawiamy zacząć zdrowiej się odżywiać i regularnie trenować. Kupujemy strój i buty sportowe, matę, przyrządy do ćwiczeń. Kupujemy parowar, wyciskarkę wolnoobrotową i kilka innych kuchennych akcesoriów. Szafki wypełniamy zdrową żywnością, po brzegi. Wszystkim tym, co polecają dietetycy w podobnych zmaganiach. I… zaczynamy! Pierwszego dnia wstajemy dwie godziny przed pracą, odhaczamy godzinny trening, zdrowe śniadanie, na resztę dnia przygotowujemy pudełka ze zbilansowanymi posiłkami. Następnego dnia to samo. Trzeciego postanawiamy dłużej pospać ale pudełka szykujemy bez zmian. Czwartego dnia znów nie wstajemy, pudełek nie szykujemy ale postanawiamy kupić coś, cokolwiek po drodze. Mija tydzień i po naszym postanowieniu ślad coraz mocniej się zaciera. Mata poniewiera się smętnie, rzucona za kanapę. Z szafek zdrowe granole dosłownie się wysypują a my dopychamy tam nowe zakupy, stopniowo coraz bardziej wracając do dawnych nawyków.

Było postanowienie.

Była próba wprowadzenia nawyku.

Był nawyk.

Przez całe trzy dni.

I nie ma nawyku.

Był i nie ma.

Jasna sprawa. Łatwa do bezbłędnego wyczytania z przytoczonego wyżej przykładu. Ciśnie się na usta: a mogło być inaczej! Bo mogło, prawda? I teraz wyobraźmy sobie ponownie taką sytuację: postanawiamy zacząć zdrowiej się odżywiać i regularnie trenować. Postanawiamy sukcesywnie uzupełniać kończące się zapasy spożywcze – ich zdrowymi zamiennikami. Krok po kroczku próbujemy nowości i wprowadzamy je na stałe do jadłospisu. Nawet nie zauważamy kiedy a mijają dwa miesiące, podczas których nasza codzienna dieta przeszła rewolucję. Nowe nawyki wkradły się w codzienną rutynę tak naturalnie, że nawet ich nie dostrzegamy w kategorii czegoś nowego, czegoś innego. W ogóle ich nie dostrzegamy, są integralną częścią naszego normalnego życia. Wprowadzamy aktywność fizyczną. Dajemy sobie dwa tygodnie by ćwiczyć codziennie przez piętnaście minut. Na starej macie, dywanie, kocu. W domowym dresie. Codziennie. Piątego dnia bez zastanowienia schylamy się do rozciągania. Dziesiątego dnia robimy to bezwiednie. Czternastego jesteśmy gotowi na więcej, zdecydowanie więcej.

W ten sposób nowe nawyki mogą się u nas zadomowić.

Na stałe. Jak nowy współlokator, towarzysz codzienności. Nie przyjmujemy ich ze zbyt wyolbrzymionym entuzjazmem, żeby później z przykrością obserwować jego drastyczne spadki. Nie ekscytujemy się samymi wyobrażeniami, w zamian sukcesywnie działamy, odhaczamy kolejne małe kroczki i kolejne sukcesy, składające się na efekt finalny. Nie przytłaczamy się przewrotną ilością nowych gadżetów i sprzętów, które ostatecznie nie użyte – będą budzić jedynie wyrzuty sumienia. Nie wydajemy fortuny na pomysły, które spełzają na niczym.

Przykład? Proszę, przykład: jakiś czas temu postanowiłam wrócić do aktywności fizycznej. W ciąży nie mogłam robić w tym kierunku kompletnie nic, zaraz po również potrzebowałam sporo czasu. W końcu przyszedł moment, że mogłam zacząć o tym myśleć. Praca w trybie home office, niemowlę u boku, chorujący przedszkolak – a więc i często przebywający w domu. Nie widziałam większego sensu w zapisywaniu się na zajęcia, na które nie mam obecnie szans chodzić regularnie. Zależało mi właśnie na regularności, potrzebne było więc rozwiązanie, które ją umożliwi. Postanowiłam ćwiczyć w domu.

Nie zrobiłam zakupów w sklepie sportowym, nie wykupiłam od razu treningów online ani żadnej aplikacji. Chciałam sprawdzić, czy dam radę to wprowadzić w codzienną rutynę na tyle bezboleśnie, że będę z tego zadowolona. Na kocu, przez piętnaście minut z rana lub wieczorem – ćwiczyłam pilates z trenerką na YouTubie. Wcześniej chodziłam na tego typu zajęcia i uznałam, że to dobry początek po takim czasie. Zaczęłam od wyzwania postawionego samej sobie: wytrwać dwa tygodnie w tym kwadransie dziennie. Pierwsze dni były mocną determinacją. Pilnowaniem by się nie zapomnieć i nie pominąć. W kolejnych szło już odruchowo, czternaście dni minęło błyskawicznie. Dorzuciłam kolejne dwa tygodnie, dla pewności. I tak czas mija, kolejne tygodnie – wprowadziłam dodatkowy kwadrans, później zaczęłam wybierać rodzaj treningu zamiennie, o różnej intensywności.

Dlaczego nie warto zbyt wiele energii i pieniędzy inwestować w nowe nawyki?

Tak jak pisałam już wcześniej – jeśli zbyt wiele czasu, emocji i energii wkładamy w samo planowanie i przygotowania, może się okazać że zapał nam się szybciutko wypali. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest dawkowanie zarówno pierwszych kroków w nowym wyzwaniu, jak i oczekiwań wobec efektów. Mówi się, że nie od razu Rzym zbudowano. I dokładnie to samo stwierdzenie można odnieść do naszych planów i postanowień. Nie od razu sylwetkę wyrzeźbiono. Nie od razu nadwagę zgubiono. Nie od razu języka się nauczono. Nie od razu dom odgruzowano. I takich nie-od-razu można przywołać nieskończoną ilość, każdy może. Dopowiedz sobie teraz swoje. Śmiało!

Nie warto się bać. Warto wierzyć w swoje możliwości. Warto jednak robić to z dużą dozą świadomości i dystansu. Nie wyolbrzymiać pierwszych porażek, próbować do skutku, szukać swoich dróg albo wręcz przeciwnie – odpuszczać z czystym sumieniem, gdy nie odnajdujemy się w czymś nowym. Nie wszystko jest stworzone dla nas. Nie we wszystkim musimy odnaleźć się od razu, nie wszędzie w ogóle uda nam się odnaleźć. Każdy z nas jest inny, każda droga i sposób są inne. Cieszmy się tą różnorodnością. I nauczmy się przede wszystkim cieszyć z małych sukcesów, zamiast ubolewać nad brakiem wielkich. Te (nawet małe) nowe nawyki też są wielkimi, w końcu świadczą o naszym działaniu, zaangażowaniu i sile. Każdy z nas jest silny, na swój sposób. 

Napisane teksty 193

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Czytaj też

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

%d bloggers like this: