Marzenie o własnym domu to coś więcej niż plan budowy

Pierwszy raz chyba poruszę ten temat tak otwarcie ale… dlaczego by nie? Odnoszę wrażenie, że noszę w sobie te wszystkie przemyślenia, duszę, tulę i niekiedy wypieram – a wielu ich nie rozumie. Z prostego powodu: bo nie wyjaśniam. Marzenie o własnym domu to coś, co nie kiełkuje od razu. Najpierw pojawiają się drobne przebłyski, później nieśmiałe marzenia spychane na bok (nie teraz, kiedyś, przyjdzie w końcu dobry moment). Aż w końcu przychodzi czas decyzji. 

I to jest tak naprawdę dopiero początek. 

Marzenie o własnym domu noszę w sobie od zawsze. Serio, od kiedy pamiętam. Ciągnęło mnie najpierw do wielkiego miasta, do biurowców, do czekania na tramwaj i spacerów po Starówce. Nigdy nie wiązałam z tym całej przyszłości. To zawsze miało być (i było!) ledwie etapem, ledwie posmakowaniem. Z niegasnącym pragnieniem posiadania domu. Z dala od miejskiego zgiełku. Gdziekolwiek. Byleby w ciszy. Własnego domu poza miastem. 

Cisza zawsze była mi potrzebna.

To cisza koi. To cisza głaszcze po ciężkim dniu. To cisza pozwala zebrać myśli. To cisza wita mnie teraz codziennie, gdy wychodzę na taras. Choć jeszcze nie na swoim – tutaj zaczęłam doświadczać tego, co było mi potrzebne. Wyważony spokój codzienności, z której w króciutkim czasie jazdy samochodem – mogę na nowo wskoczyć w miejską dżunglę. Możliwość wyboru. Możliwość elastyczność. Odległość i bliskość zarazem.

Po latach w wielkim mieście, odnaleźliśmy się tutaj niemal błyskawicznie. Służbowo jeździmy do dużych miast, codzienność celebrujemy w maleńkiej miejscowości z kilkunastoma ledwie domami. Mogę pójść na spacer z wózkiem do pobliskiego miasteczka, załatwić podstawowe sprawy: aptekę, piekarnię, manicure czy artykuły biurowe. Mam wielką szansę spotkać kogoś znajomego z przedszkola czy innych powiązań. Mogę też pójść na spacer tam, gdzie spotkam co najwyżej sarny albo jeże. Gdzie raz na jakiś czas przejedzie samochód a spotkanie kogokolwiek – jest absurdalnie sporadyczne.

Byliśmy przekonani, że to tutaj – to kolejny etap przejściowy. Potrzebowaliśmy bardzo niewiele czasu by dojść do wniosku, że… osiedliśmy. Znaleźliśmy swoje miejsce na ziemi. Błądziliśmy, szukaliśmy, próbowaliśmy a ono było tak oczywiste, niezmiennie bliskie – a jednak niedostrzegalne. Gdy już mamy tą świadomość i tą pewność, nie pozostawało nic innego jak znaleźć tutaj kawałeczek ziemi na nasz wymarzony mały domek, dla którego robimy tak wiele.

Marzenie o własnym domu to walka ze sobą.

To kompromisy. Od samego początku. Wybór mniejszego zła, gdy nie mamy na to ochoty. Wybór pomiędzy czymś kiepskim a czymś irytującym. Zdroworozsądkowe odejście od wielkich marzeń i poszukiwania lepszego rozwiązania. Tłumaczenie sobie, że spontaniczne pobudki muszą ustąpić miejsca realnym założeniom. To niekończąca się lista małych wielkich trudnych decyzji.

To cel, który determinuje inne. Nad każdym większym wydatkiem – zastanawiamy się milion razy. Szkolenie? Czy na pewno jest mi potrzebne teraz? Można to dołożyć do okien a szkolenie zrobić za rok. Samochód? A po co nam nowy samochód? Ten ma się dobrze, nie wydamy równowartości jakiegoś elementu domu – bez powodu. Wakacje? Nie w tym roku. Zresztą: epidemia trwa, roczna Szefowa jest jeszcze zbyt wymagająca na takie wojaże, pojedziemy za rok!

To brutalna szkoła cierpliwości. Musisz czekać absolutnie na wszystko. Na każdy kolejny drobniutki etap – trzeba czekać. Aż słoik pod nazwą “fundamenty”, “dach” albo “ogrzewanie” będzie pełen. Aż jakiś urzędnik podbije jakiś papierek. Aż jakaś ekipa będzie miała wolny termin by dokończyć jakiś etap. Czekasz cały czas.

Marzenie o własnym domu to sztuka wyobrażania sobie: jak nasze życie będzie tam wyglądać? Nie chodzi tutaj o kolor ścian czy mebli. Ważniejsze jest to, jak te elementy będą wpływać na naszą codzienność?

Cały czas wybiegam myślami w przyszłość.

Widzę swoją przyszłą kuchnię, wybraną już tak dawno temu. W niej moją wymarzoną półeczkę na książki, za szkłem. Wyspę, przy której będę rano pić kawę i pracować. Odtworzone obecne pokoje dzieci – z tą różnicą, że w nowych murach. Niewykończony na początku taras i brak elewacji zapewne. A później podejmuję się kolejnego nadprogramowego zlecenia, z myślą o tej kuchni właśnie. I tak wciąż, i wciąż.

Nie mam pojęcia, co będziemy robić za dziesięć, piętnaście lat. Jesteśmy elastyczni w stosunku do tego, co rzuca nam los. Nie mam pojęcia, za ile lat dzieci wyfruną z gniazda i zostaniemy w tym domu sami.

Nie wiemy tego wszystkiego. Od początku jednak wiedzieliśmy z całą pewnością, że chcemy mieć swój kąt i wycisnąć z niego maksimum naszego komfortu na co dzień, tak długo jak się da. Wspólny cel z partnerem wiele ułatwia. Jeśli oboje patrzycie w tą samą stronę, chcecie tego samego lub chociaż czegoś podobnego – będzie o wiele łatwiej, wierz mi. Nie będzie bezproblemowo. Bo tak się nie da. W końcu mówimy o dwóch różnych osobach, z których każda ma prawo do własnego zdania. I wasze zdania jak najbardziej mogą się różnić.

Dlatego wyżej pisałam o tym, że marzenie o własnym domu to kompromisy. Nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli. Nie ze wszystkim musimy się zgadzać. Nie wszystkie rozwiązania da się przewidzieć. Bardzo bym chciała przeskoczyć teraz w czasie do przodu i opowiedzieć ci ileś anegdot z budowlanej przygody. Jednak na wszystko trzeba czekać, ja się z tym zupełnie pogodziłam. Choć nie od razu. Nie było łatwo. Absolutnie.

Kiedyś myślałam, że przed trzydziestką ten dom musi stanąć. Nie docierał do mnie argument, że długo byłam sama z dzieckiem i trochę czasu działań mi to odjęło. Później byłam przekonana, że drugie dziecko – to dopiero w tym domu. Zaraz później nastąpił szereg wydarzeń, straciłam nadzieję na powodzenie kiedykolwiek i… stało się. Tym razem się nam udało, tym razem pojawiła się mała Szefowa. Wyczekana, wywalczona. Nagle ten dom na moment przestał być jakkolwiek istotny. Później pojawiła się myśl, że powinniśmy już tam mieszkać, gdy Mały Człowiek zacznie szkołę. Zapewne pojawi się jeszcze niejedna podobna myśl.

Nauczyliśmy się nie spieszyć.

Robić wszystko w swoim czasie. Bez oglądania się na innych. Chciałabym już móc wrzucić na Insta relację z fundamentów, ze ścian, z montażu okien. Ale wiem, że droga którą przebyliśmy i przebywamy – jest procesem, którego potrzebujemy. Ileś decyzji musiało zostać odłożonych, finalnie być niepodjętych i wymienionych na zupełnie inne. Ile takich przed nami? Ile takich przed tobą? Każdy z nas staje przed nimi każdego dnia. W nieskończonej ilości kwestii. Pytania i decyzje to ludzka rzecz.

Teraz już wiem, że nie istnieje deadline na marzenie o własnym domu. Teraz już zdaję sobie sprawę, że jedna pochopna decyzja – może zaprzepaścić pozostałe. Rozumiem i z pokorą przyjmuję czas oczekiwania. Cieszę się z każdego odhaczonego zadania i każdej złotówki odłożonej na kolejny etap. Nie jest dla mnie ważna data finiszu. Absolutnie najważniejszy jest sam finisz. W końcu ci o tym opowiem, w końcu zrobię zdjęcie tej kawy. W tej kuchni. Przy tej wyspie. To już całkiem niedługo.

Życz mi wytrwałości.

 

3 comments

  1. Kosmetolog Marta

    Własny dom uczy niesamowitej pokory.
    Ja z perspektywy czasu śmieję się już z samej siebie ile ja to łez wylałam, że a to fachowiec poszedł w tango, a to nie ma takiego koloru na jakim mi zależy, a to nie mam kasy na realizację własnego pomysłu itp. U nas przeprowadzka przeciągnęła się o kilkanaście miesięcy i tak naprawdę dopiero miesiąc przed porodem udało nam się przenieść.
    Trzymam kciuki za to, żebyś nie denerwowała się na sprawy na które nie masz wpływu 🙂

  2. Karola

    Powodzenia!
    Pamiętam radość i ekscytację które wynikałly z przeprowadzki z mężom do NASZEGO domu 🙂
    Pamiętam też, sporo wyrzeczeń, czasem nerwów które kosztowało Nas wybudowanie tego domu.
    Mimo to warto, a nawet bardzo warto! 🙂 to takie własne miejsce na ziemi!

    I oczywiście życzę tej wytrwałości!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *