Kryzys w związku. Czy to naprawdę TO?

Gdy wpiszemy sobie w wyszukiwarkę “kryzys w związku”, wyskoczą nam dziesiątki, setki – poradników. Jeśli tego szukacie – to nie tutaj. Nie będzie porad, jak rozgonić bestię kryzysu raz na zawsze. Nie będzie trików na ciche dni. Nic podobnego. Prędzej wyciągniecie z tego tekstu, jak tym kryzysom zapobiegać. Jak nie nazywać nimi czegoś, co jest absolutnie… normalne. Bo bardzo często doszukujemy się problemów tam, gdzie ich tak naprawdę nie ma. Jeszcze częściej bagatelizujemy niepokojące sygnały zbyt długo a później… to nie wiadomo, co ratować najpierw: siebie samych czy tlące się ruiny pogruchotanego związku.

Nie byłam, nie jestem i nie będę specjalistą. Jestem dobrym obserwatorem, wyciągam wnioski i analizuję dużo. Nie wierzę w teorię Dwóch Połówek. Od pewnego momentu uważam, że najpierw musimy umieć być sami ze sobą – by być z kimś. Wytrzymywać ze sobą, umieć się sobą zająć, mieć coś swojego – czego z nikim nie dzielimy. Banały niby, niemniej jednak istotne. Ale powtórzę raz jeszcze: to wnioski subiektywne, mocno subiektywne. 

Kryzys w związku czy jednak coś innego?

Znam to doskonale: codzienność wypełniona po brzegi. Sztafeta obowiązków, powinności, spraw. A oprócz tego wszystkiego, co przyziemne i funkcjonalne – skrajnie różne emocje. Bo irytujący szef. Bo korki. Bo w przychodni nikt nie odbiera. Bo samochody się zepsuły. Bo chciałoby się zjeść pizzę na kolację, w lodówce nie ma sera a niedziela niehandlowa. Przykłady można mnożyć. Wniosek nasuwa się jeden: oprócz tego, co robimy wspólnie i równie wspólnie planujemy – jest cała masa spraw i przeżyć, z którymi zmierzamy się sami. I tutaj mamy różne wyjścia. Dusimy je w sobie, w oczekiwaniu na wylew frustracji. Albo dzielimy się nimi ze sobą nawzajem. Możemy też znaleźć swój własny sposób na cały ten wachlarz negatywów. Jedni biegają, inni piszą dzienniki, jeszcze inni stosują afirmacje. Dbać o siebie to również dbać o swoje emocje.

I tu wracam do czegoś, o czym napisałam dużo wyżej. Musimy umieć być sami ze sobą. Nauczyłam się tego, nie od razu. Na początku traktowałam samotność jako coś absolutnie negatywnego. Z biegiem czasu zaczęłam odnajdować w tym szansę dla siebie. Nauczyłam się swojego rytmu, znalazłam swoje małe przyzwyczajenia, swoje sposoby na wieczory po uśpieniu Małego Człowieka. Opracowałam własne strategie codzienności. Z jednej strony: ogarniałam rzeczywistość. Gdybym teraz musiała ogarniać ją sama z jakiegoś powodu – znów bym to robiła. Mam wprawę, swoje manewry i odnalazłabym się w zupełnej samodzielności. Z drugiej strony: nauczyłam się być sama ze sobą. I nauczyłam się, że jest to szalenie ważne.

Kiedy ktoś mi mówi, że bez tej drugiej osoby – nie rusza się nigdzie na krok, nie umiem sobie tego wyobrazić. Bo gdzieś w takiej relacji, w końcu zaczęłoby brakować miejsca. Byłoby zbyt ciasno, zbyt intensywnie. Wiem, że są ludzie spędzający ze sobą całą dobę niemal ale… warto czasem pobyć samemu. Może nie od razu wyjechać na dwa tygodnie. Nie. Mieć coś swojego. Coś, co nam zostanie – gdybyśmy kiedyś zostali sami. Mój mąż wychodzi codziennie na osiem godzin do biura. Do tego dochodzi czas dojazdów, jakieś sprawy gdzieś tam. Znam parę, gdzie oboje pracują z domu. Spędzają w nim ogrom czasu, w swoich osobnych gabinetach, zagrzebani w swoich własnych tematach. Wychodzą wspólnie na miasto, wychodzą też osobno. Ona na relaksujący tajski masaż, on na piwo z kolegami (też dla relaksu!). Mają przestrzeń dla siebie i mają również tą strefę wspólną. I mają się świetnie.

Do czego dążę? Czasami mylimy kryzys w związku – z brakiem czasu na bycie z samym sobą. Albo wręcz przeciwnie – ze zbyt dużą samotnością. Ani jedno, ani drugie – nie jest dobre. Jedno i drugie jest mocno indywidualnym tematem. Sami najlepiej czujemy i wiemy, kiedy przekraczane są nasze granice. Sami najlepiej wiemy, czy doskwiera nam samotność, czy też jej niedosyt. Jeszcze częściej kryzys w związku mylimy z brakiem rozmowy. Nie rozmawiamy o niczym ponad: Ty odbierz dzieci, ja zrobię zakupy, jutro wywiadówka, nie zapomnij o oponach. Odbijamy komunikaty niczym piłeczkę. Nie pytamy: jak minął dzień? Nie interesuje nas: co go zdenerwowało? A może po prostu się nie wyspał? 

Nie jest problemem, jeśli to wszystko dostrzegamy i próbujemy wyeliminować. Nie jest problemem fakt, że on nie zauważa jej zmęczenia – jeśli po jasnym komunikacie, zauważać i reagować zaczyna. Nie jest problemem fakt, że ona wciąż sprząta jego rzeczy i on nie umie się odnaleźć – jeśli po jego jasnym komunikacie, ona przestaje to robić. Jeśli jedna strona daje jasno znać: halo, tutaj mamy problem! i wspólnie reagują w tej kwestii, jest dobrze. Praca nad relacją to coś absolutnie normalnego, docieramy się i poznajemy wciąż, w coraz nowszych aspektach. Zmieniamy się i zmieniają się nasze potrzeby, za tym również musimy nadążać. Grunt to reagować na komunikaty. Grunt to komunikować.

Mówić jasno. Bo druga osoba nie musi się domyślać. To nie komedia romantyczna, że czytamy sobie w myślach i przewidujemy wszelkie pragnienia. To życie. Zwyczajne, prozaiczne, mocno przyziemne. Tutaj musimy rozmawiać. Musimy mówić, czasami krzyczeć i walczyć o swoje, również sami ze sobą. Przypomnijmy: jasno i dosadnie wyrażajmy swoje potrzeby, wątpliwości, komunikujmy problemy. Mówmy: nie szanujesz mojej pracy, chciałabym żebyś bardziej mnie doceniał. Powtarzajmy: jestem zmęczony, robię to dla nas ale tyle obowiązków mnie wykańcza, pomóż mi. Dopominajmy się: robię wszystko za dwoje, nie zauważasz moich starań ani tego, co jest do zrobienia – przestań udawać, że nic nie musisz.

Kryzys w związku to niewypowiedziane pytania i nieusłyszane odpowiedzi.

Czasami wydaje nam się, że nie kocha, nie szanuje, nie myśli o nas, i tak dalej, i dalej. Ale to często nasze domniemania, absolutnie niepoparte faktami. Bo wydaje nam się tak z prostego powodu: nie pytamy, więc i nie wiemy. A dlaczego nie pytamy? Bo wydaje nam się, że ta druga osoba musi to wiedzieć. No przecież to oczywiste! No nie. Nie jest tak oczywiste. Podczas, gdy my sami nie wiemy tego samego o niej/o nim. I błędne koło się zamyka. Bo wymagamy podświadomie domyślania się, którego sami nie stosujemy.

A to naprawdę nie o to w tym chodzi.

Rozmawiać trzeba. Rozmawiać warto. Nie tylko o liście zakupów. Nie tylko o tym, kto odbierze dzieci. Nie tylko o wysokościach rat. Trzeba rozmawiać o sobie. Tak, jakbyśmy się dopiero poznawali. Bardzo często jest tak, że gdy już stworzymy związek – przestajemy się właśnie poznawać. I to, co zostało odkryte podczas wcześniejszego docierania się, zostaje bez zmian. Bo dalszego nie ma. Tak jakbyśmy zatrzymali się w relacji na jakimś etapie. I podczas gdy życie pędzi dalej – ta relacja nawet nie drepce, jest wciąż taka sama.

Ludzie się zmieniają. Odczucia się zmieniają. Z biegiem czasu, doświadczeń i refleksji – na pewne rzeczy patrzymy inaczej. Trudno sobie wyobrazić, że w związku nie znamy tych spojrzeń. Że nie wiemy, co ktoś sądzi w określonych kwestiach. Że nie potrafimy ocenić, czy coś komuś przypadnie do gustu. Że nie wiemy tak naprawdę za wiele o kimś, z kim współdzielimy życie.

Po czym poznajesz, że Cię kocham?

Czego Ci brakuje na teraz, w naszej relacji?

Co powodowało, że na początku naszej znajomości/związku tak dobrze się rozumieliśmy?

Jaki nasz wspólny wyjazd wspominasz najlepiej i dlaczego?

O czym marzysz teraz najbardziej, dla naszego związku? *

Zastanów się przez moment. Zapytaj siebie o to wszystko. Tak bez ceregieli i wątpliwości. Jak teraz, w tej chwili, brzmią Twoje odpowiedzi? A czy ta druga osoba o tym wie? Zdaje sobie sprawę z tego, że tak myślisz i czujesz? Jeśli wiesz to szczerze i z całą pewnością – świetnie, gratuluję!. Jeśli tego nie wiesz ale bardzo chcesz się teraz dowiedzieć – wspaniale! Zależy Ci na tym by między Wami nie było niedomówień. Jeśli tego nie wiesz i Cię to nie obchodzi – zastanów się. Co to dla Was oznacza?

Nie jesteśmy wszechwiedzący, nie czytamy w myślach i zwykle daleko nam do umiejętności wróżbity. Bez rozmowy – nie mamy danych, które moglibyśmy przeanalizować i wyciągnąć właściwe wnioski. I działa to w dwie strony. Chociaż brak umiejętności domyślania, przyjęło się przypisywać w szczególności panom. To krzywdzące. Bo jak wszystko – działa w obie strony. Związek to dwie osoby. Kryzys w związku to również dwie osoby. Koniec kropka. 

Lubicie gołąbki?

Nasz syn na przykład: czasem lubi sam farsz, czasem samą kapustę. Zależy, jaki ma dzień. Pozwalamy więc jemu za jednym razem zjeść tylko wnętrze, za innym tylko owijkę. Nie musi lubić wszystkiego. My też nie musimy. Nie musimy też lubić wszystkich ludzi. A oni nas. Nie wszyscy muszą lubić mojego bloga, moje teksty, nie wszystkim muszą się podobać moje zdjęcia. Po prostu jest nam nie po drodze. Ale czasami takie nie-lubienie i taka totalna inność, są fajne. Bo gdy spotykają się takie dwie inności, wychodzi czasami fajna jedność. Gdy spotyka się kapusta z kaszą – mamy świetne gołąbki.

Osobiście jestem zdania, że nie ma czegoś takiego jak Druga Połowa. Gdyby taki byt istniał – nie mielibyśmy singli, rozwodników, rodzin patchworkowych, rozstań i powrotów. Nie byłoby drugich szans i kolejnych rozdziałów. Maszerowalibyśmy przez życie przytłaczająco niepełni – aż do spotkania tego brakującego elementu, stworzyli z tym kimś spójną całość i nigdy więcej nie potrzebowalibyśmy już nikogo więcej do szczęścia. A to tak nie działa. Każdy z nas stanowi odrębną jedność i wartość, które  razem mogą stworzyć coś pięknego. Jak kasza i kapusta – tworzą gołąbki. 

 

*pytania pochodzą z Gry w słoiku.

zdjęcia: Lady Amarena Photography

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ➡ klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ➡ klik!

Napisane teksty 193

One thought on “Kryzys w związku. Czy to naprawdę TO?

  1. Związek niczym gołąbki. Jesteś genialna! To tak proste i trudne jednocześnie a dzięki tobie wydaje się być oczywiste.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Czytaj też

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

%d bloggers like this: