Cześć, piszę do Ciebie od 7 lat!

Napisałam tutaj pierwszy raz – ponad 7 lat temu. Samodzielna mama. Copywriterka, pisząca wówczas za 1,5 zł/1000 zzs. Tak, nie pomyliłam się. Tam jest przecinek. Złotówka i pięćdziesiąt groszy. Pisałam później już zawsze, warunki i stawki się zmieniały ale niezmiennie pisałam.

W zeszłym roku wszystko się zmieniło i w zasadzie nadal nie do końca wiem, jak znalazłam się w tym miejscu. Miałam tyle planów! Tyle pomysłów, którymi wypełniałam notatniki i zaznaczałam: ten zrealizuję jako kolejny.

Dziś nic nie zaznaczam. Dziś wykreślam.

W zeszłym roku nasza codzienność została całkowicie podporządkowana nowej sytuacji, która wcale nowa nie była ale została w końcu nazwana i zaopiekowana. O tym pisałam tutaj: Jak wygląda życie rodzica dziecka w spektrum autyzmu?

Wpadłam w jakiś kołowrotek. Z jednej strony problemy się piętrzyły, waliły drzwiami i oknami. Problemy wszelkiej maści. Kumulacja. Z drugiej strony: chciałam jak najwięcej pracować, jak najwięcej zarabiać – bo wydatki rosły w zastraszającym tempie. Kup to, kup tamto, powinniście mieć jeszcze to. Wizyty. Badania. Potrzebna terapia taka, potrzebna inna. Chciałam zapewnić wszystko, absolutnie wszystko, co pomocne i potrzebne. Nie pytałam: ile? Pytałam: na kiedy? Wszyscy mi mówili: inni mają gorzej. W końcu sama tak sobie mówiłam: inni mają gorzej. Dziś wiem, że nie mogę umniejszać przed sobą swoich zmartwień.

Ale wtedy się zaczęło. Do tego momentu filtrowałam zlecenia, brałam tylko te pasujące do mnie i mojego stylu pracy. Pisałam na spokojnie, z czułością i troską, wracałam do tekstu i wracałam, dopiero oddawałam, gdy był idealny. Wtedy przestałam filtrować. Ale zaczęłam dawać zniżki. Gratisy. Szybsze terminy.

Napiszę Ci na jutro.

Obniżymy o 200 zł. Albo o 400 zł!

Napiszę 3 artykuły więcej w tej cenie!

A później przyszedł grudzień.

M.in. dwa napisane e-booki. Klient się rozmyślił, zmieniła się jemu wizja biznesu. Nie zapłacił do dziś. Pisałam je prawie miesiąc. Inny żądał kolejnych i kolejnych poprawek, odwlekając płatność faktury. Też nie zapłacił do dziś. Pojawiły się dziury w budżecie. A wydatki rosły. Brałam więc jeszcze więcej!

Mój absolutny szczyt tego czasu to prawie 400 opisów za… niespełna 300 zł. Stawka porównywalna do tej sprzed 7 lat. Ba, niższa.

Pracowałam bez opamiętania. Całe wieczory, noce. Całe dnie walczyłam z kryzysami z ASem, jeździłam na terapie i słuchałam, jak bardzo słabe postępy robimy. Obserwowałam, jak inni mówią o ogrodach na wiosnę a ja myślami byłam wciąż przy rosnącej stercie czekających zleceń. I przy tym, jak bardzo nie przybliżają mnie do celu.

Wiesz, bardzo łatwo jest powiedzieć sobie, że dasz radę.

Wiesz, jeszcze łatwiej jest wziąć na siebie ciężar zobowiązań.

Wiesz, zdecydowanie ciężej później się z tym idzie.

Wypaliłam się.

Zawaliłam niezliczoną ilość terminów i zadań, walczę każdego dnia o odgrzebanie się z tego ale wiem też, że się wypaliłam. Nie umiem już pracować tak, jak kiedyś. Jestem calutki czas spięta. Czy zdążę? Czy ktoś pozwoli oddać dzień później, tydzień później? Czy jak skończę te zlecenia – będą kolejne? Po co ustaliłam taką stawkę? Czy zdążę napisać to, zanim zacznie się meltdown? 

Wiesz, czasami jest łatwiej powiedzieć: zapomniałam. Albo: miałam wyjazd, przepraszam. O wiele trudniej jest powiedzieć: moje dziecko krzyczało trzy godziny a później nie miałam już sił ruszyć się z kanapy. Albo: chciałam ale co chwilę mi przerywano, zrobiłabym to w godzinę a nie dałam rady w sześć. Albo po prostu: nie miałam już sił.

Dziś jestem w punkcie, w którym rezygnuję. Kończę wszystkie otwarte zlecenia i zamykam ofertę na czas bliżej nieokreślony. Jeśli czytasz to a na coś ode mnie czekasz – napisz e-mail, większość zleceń na dzień dzisiejszy mam zamknięte lub ustalone harmonogramy, więc istnieje prawdopodobieństwo, że Twoje gdzieś w tym wszystkim jeszcze zostało niezaopiekowane.

redakcja@mama-sama.pl

I jeszcze coś.

To miejsce było moim początkiem. Blog też zaniedbałam. Bardzo chcę pielęgnować je znów. I wiesz co? Już nie anonimowo. Dlatego dziś widzisz moje nieucięte zdjęcie u góry tekstu. Jedno z moich ulubionych, nigdy nie opublikowane. W tej chwili nie jestem tak uśmiechnięta ani nie mam tak ładnego makijażu. Ale wiesz co? Ten dzień jest znów blisko, bliżej niż był jeszcze wczoraj.

Cześć, jestem Ania. Już nie mama-sama ale nie mam serca zmieniać tej nazwy. Jestem mamą wspaniałego i wyjątkowego ASa, który codziennie uczy nas patrzeć na pewne rzeczy inaczej oraz cudownej roześmianej Szefowej, która jest naszą małą iskierką radości. Przez prawie 10 lat byłam copywriterką. Nie żałuję ani jednego dnia. Po prostu muszę odpocząć.

Dziś jestem bardzo zmęczona. Ten tekst piszę w samochodzie, potrzebowałam ciszy. Siedem lat temu powiedziałam tutaj na blogu, że to moja forma terapii wtedy. I wiesz co…? Dzisiaj znów.

I tak, mam nową pracę. Nową-starą. Opowiem Ci, jak już chwilę odpocznę.

 

2 comments

  1. Justyna

    Byłam tutaj niemalże od początku. Przez te 7 lat przeszłaś niesamowita drogę. Zaczęłam czytać bloga bo szukałam wsparcia dla siebie w trudnym momencie życia. Dokładnie pamiętam jak popłakałam się na wieść o Waszym ślubie (cudowny moment). Wiele razy podziwiałam Twoja determinację, siłę i upór w dążeniu do postawionych celów. Podziwiam dalej, że w czasach kiedy wszyscy chcemy pokazać jacy jesteśmy mocni, niezwyciężeni Ty odważyłaś się żeby podzielić się swoją słabością. Chociaż nie wiem czy słabość to dobre słowo, bo potrzeba wielkiej siły by pozwolic sobie na odpuszczenie i na odpoczynek. Takie czasy że wszyscy pędzą, nie tak łatwo zwolnić i otwarcie powiedzieć, że się to zrobiło. Niezmiennie trzymam kciuki za Ciebie, bo odegralas ważna rolę w moim życiu

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.