Dlaczego musimy wytyczać naszym dzieciom solidne granice?

Jesteśmy tym pokoleniem, które w dużej mierze – było wychowywane w duchu bezwarunkowego posłuszeństwa. Wpajano nam szacunek wobec starszych, oparty głównie na… strachu. Bo nie uczono tego szacunku samego w sobie, uczono strachu przed konsekwencjami nieposłuszeństwa. Błędne koło, prawda?

Przykład: rodzina 2+1. Matka to ta wymagająca, surowa, to ona krzyczy, to ona grozi, to ona daje klapsy. Ojciec nieobecny, wraca wieczorami, nie udziela się czynnie w wychowaniu, nie jest aż tak surowy ale nie ma okazji się wykazać. Dziecko nie rozumie, że coś jest niewłaściwe, że są jakieś granice. Nie wie, że jeśli zrobi rzecz X, będzie konsekwencja Y. Ono wie tylko tyle, że jeśli zrobi rzecz X – będzie awantura, mama będzie krzyczeć, dziecko dostanie klapsa i na tym temat się skończy.

Granice to poczucie bezpieczeństwa.

Może nam się wydawać to nierealne ale dzieci o wiele lepiej czują się w rzeczywistości, która ma określony porządek, w którym wszystko jest dość przewidywalne. A dlaczego się tak lepiej czują? Bo zyskują poczucie bezpieczeństwa, które jest szalenie istotne dla ich rozwoju. Wiecie, co się dzieje w sytuacji, gdy pozwalamy dzieciom na zbyt wiele, nie określamy żadnych granic, dajemy im zbyt dużą swobodę? Wówczas dzieciom wydaje się, że to one muszą zacząć te granice wyznaczać. Co ciekawsze, takie maluchy nie czują się ani trochę bezpiecznie. Nic z tych rzeczy!

Granice trzeba wytyczać.

Zasady trzeba ustalać.

W sposób świadomy i właściwy.

Nie powielajmy błędnych wzorców z dzieciństwa, nie popadajmy w skrajności i nie róbmy czegoś zupełnie odwrotnego, przesadzając w kolejnej kwestii. Jeśli nasi rodzice, “trzymali nas krótko” i na każdym kroku musieliśmy się bać, nie pozwalajmy (zupełnie odwrotnie) naszym dzieciom dosłownie na wszystko. W obawie, żeby nie stać się rodzicami na miarę naszych. To tak nie działa. Nie jesteśmy ich wiernymi kopiami, nie jesteśmy skazani na powtarzanie identycznych patologii. To od nas zależy, jacy będziemy. To od nas zależy, jak będziemy z własnymi dziećmi postępować, czego ich nauczymy.

Jesteśmy rodzicami, mamy moc sprawczą i pełne prawo (a wręcz obowiązek!) by jasno, precyzyjnie określić granice nie do przekroczenia przez nasze dzieci. Również naszym obowiązkiem jest pilnowanie by przestrzegały tych granic, egzekwowanie konsekwencji i dbałość o to, żeby zasady były wystarczająco jasne, dostosowane do możliwości i potrzeb. One się dopiero uczą świata, uczą życia. Nie potrzebują chaosu, niepewności, nadmiaru czegokolwiek. Więc im tego nie fundujmy na własne życzenie, bądźmy odpowiedzialni, bądźmy mądrzy. Tak, jak chcielibyśmy by mądre były nasze dzieci. Teoretycznie prosta sprawa, prawda? W teorii jednak często coś bywa banalne, w realnym życiu okazując się arcytrudnym.

Sporo poczytałam przed napisaniem tego tekstu i bardzo często pojawia się argument: bo złość nie jest w naszym społeczeństwie akceptowana. I wiecie co? Rzeczywiście coś w tym jest. Możemy być smutni, wówczas się nam współczuje. Możemy być zawiedzeni, wówczas się nas pociesza. Możemy być zmęczeni, wówczas się nas wspiera. Ale nie możemy być rozzłoszczeni, sfrustrowani, wściekli. Bo wówczas jest z nami coś nie tak. Przez takie błędne myślenie i mentalność społeczeństwa, wydaje nam się również coś gorszego: rozeźlone dziecko to złe dziecko. A to przecież nieprawda.

Dzieci mają prawo do złości, dorośli również.

Emocje to naturalna i absolutnie zdrowa rzecz. Wszystkie emocje bez wyjątku, również złość. Jeśli nasze dzieci się złoszczą, nie ma w tym nic dziwnego, niepokojącego ani do wyeliminowania. Bo ci mali ludzie, uczą się ogarniać świat. W związku z tą nauką, targają nimi przeróżne odczucia. Nie tylko pozytywne, to oczywiste! I teraz absolutnie najważniejsza sprawa: nasze dzieci muszą wiedzieć, że kochamy je bezwarunkowo, zawsze. Niezależnie od emocji, jakie odczuwają w danym momencie i które mogą brać górę. Uczmy, że trzeba je wyrażać, rozmawiać, nie bać się o nich mówić, nie obawiać się naszej reakcji. 

Przykład? Dziecko dostaje napadu złości, gdy odmawiamy kolejnego z rzędu cukierka (kto tego nie zna?). Nasze kolejne “nie”, tylko zaostrza stan rzeczy. A gdyby tak zamiast powtarzania tego “nie”, ustalić już dużo wcześniej, na samym początku, konkretną granicę? Wystarczy wówczas powiedzieć: możesz zjeść dwa cukierki i na dziś wystarczy. Dziecko wie o tym wcześniej, po drugim cukierku może i będzie protestować, domagać się trzeciego ale nasz argument, że “tak się umawialiśmy” – będzie miał o wiele większy sens i siłę, niż to “nie” bez żadnego wyjaśnienia. Ileś podobnych sytuacji później, maluch już przywyknie do ciągu przyczynowo-skutkowego, zrozumie działanie. Będzie wiedzieć, że skoro się tak umawiamy – to tak po prostu będzie i może nam zaufać. Bo wzajemne zaufanie to podstawa relacji rodzic-dziecko. Nie ma tutaj mowy o półśrodkach. Ustalajmy, powtarzajmy, bądźmy konsekwentni i szczerzy.

Jak wprowadzać zasady, gdzie wytyczać granice? 

  1. Odpowiednie nastawienie. Do tej świadomości trzeba zwyczajnie dojrzeć. Jednym przychodzi to szybciej, innym później. Prawda jest dość prosta: nasze dzieci (w większości przypadków) nie robią nam na złość swoim zachowaniem. Powodów może być wiele. Chociażby przebodźcowanie, które często sami im fundujemy. Nie zapominajmy, że dla małych dzieci czasami zbyt wiele wrażeń z każdej strony, może skutkować potrzebą wyciszenia się. A dzieci wyciszają się w sposób dla nas nieoczywisty – złością, histerią, krzykiem, płaczem. Potrzebują tego właśnie po to, żeby rozładować nadmiar wrażeń i znaleźć ukojenie.
  2. Ustalamy daną zasadę w sposób jasny i konkretny. Wyjaśniamy dziecku i powtarzamy to samo, za każdym razem. Przykład: przed wejściem do sklepu, ustalamy że dzisiaj nie kupujemy żadnych zabawek, możemy jedynie obejrzeć. Ten konkretny przykład doskonale sprawdza się u nas. Początki były kłopotliwe, teraz nie ma już najmniejszego problemu, wystarczy jasno postawić sytuację.
  3. Jesteśmy konsekwentni. Nie odpuszczamy sobie już przy pierwszej porażce. Oczywiste jest, że maluch nie od razu zaakceptuje ograniczenie, będzie się buntować i podejmować próby przeforsowania swoich racji. Przykład? Nie rezygnujemy z zasad po pierwszym sprzeciwie, po pierwszej histerii. Trzymamy się tego, co zostało ustalone.
  4. Granice i zasady rozpatrujemy pod kątem dobra dziecka, nie swoich widzimisię. Czasami rodzice rodzice odbierają dzieciom wolność w imię swoich własnych upodobań. Przykład? Przedszkolak chce założyć niebieską koszulkę i zielone spodnie a my się upieramy, że nie – bo ma włożyć szare. Bo lepiej pasują. A w czym tkwi problem w tej sytuacji? Dlaczego w zasadzie nie może iść w zielonych? Nie demonizujmy, nie wszystko musi być regulowane zasadami, nie musimy wytyczać niezliczonej ilości granic. Dziecko to również człowiek, tylko mniejszy. Ma prawo do swoich wyborów i upodobań, jeśli nie godzą w jego dobro.
  5. Dajmy jakiś wybór. Zamiast kategorycznego “nie”, zaproponujmy alternatywę. Przykład? Dziecko chce ubrać chociażby te zielone spodnie, nam to naprawdę nie leży (bo na przykład jest akurat okazja do eleganckiego stroju w przedszkolu). Dajmy więc jemu wybór: szare albo granatowe.

Nie trzeba być specjalistą by dojść do takich wniosków.

Wystarczy obserwować swoje dziecko, słuchać mądrzejszych (specjalistów właśnie) i wyciągać słuszne wnioski. Zadawać pytania, szukać odpowiedzi. Nie nakręcać się negatywnymi emocjami, nie szukać winy tylko i wyłącznie w dziecku. Nie wprowadzać absurdalnej dyscypliny, nie wymagać szacunku opartego na strachu.

Nie dać sobie wmówić, że przyzwyczajamy, że dziecko wymusza, że jest wredne i rozpieszczone. Nie dać sobie wejść na głowę ani nie przesadzać z zastraszaniem. Nie popadać w żadną ze skrajności, nigdy. Nie przekładajmy swoich doświadczeń z dzieciństwa na swój sposób wychowywania swoich własnych dzieci. To, że ktoś kiedyś złościł się na Ciebie za kolor spodni, nie znaczy że Ty masz teraz złościć się na to samo u swojego dziecka i podkręcać… jego złość. 

Nie lubimy, gdy ktoś zakazuje nam czegoś bez powodu. Nie lubimy też, gdy ktoś zakazuje nam czegoś z jakiegoś powodu – chociaż wtedy jest nam nieco łatwiej zrozumieć sytuację. Nie lubimy być atakowani zbyt wieloma wrażeniami, informacjami. Nie lubimy nie mieć żadnej alternatywy. To normalne. Jesteśmy ludźmi. Rozumiemy, widzimy, czujemy. I nasze dzieci też. Są małymi ludźmi, odczuwającymi dokładnie to samo, tylko niekiedy w nieco inny sposób. 

 

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ➡ klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ➡ klik!

Napisane teksty 288

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

%d bloggers like this: