Jak skupić się na pracy, gdy dookoła chaos codzienności z dziećmi?

Byłam przekonana, że daję radę. Wydawało mi się, że po dwóch etatach z niemowlakiem u boku, po zderzeniu z realiami samotnej matki – mogę wszystko. Absolutnie wszystko. Miałam pewność, że kto jak nie ja? Wtedy zaczęłam tworzyć własną markę. Szło zgodnie z planem. Później przyszła zagrożona ciąża i ponad pół roku nicnierobienia. I zaczęły się schody. Pozornie. Bo pracowałam dalej, tylko z poziomu łóżka. A później urodziła się nasza córka. I świat stanął na głowie.

Bo po porodzie postanowiłam trzy kwartały leżenia, nadrobić w jeden i wrzuciłam szósty bieg. Mała H. okazała się być bardziej zaawansowanym #highneedbaby niż Mały Człowiek, do tego doszedł szereg perypetii zdrowotnych, zaliczaliśmy szpital, nocne czuwania i co tylko się dało. A zobowiązania już były, podjęłam się ich i trzymało mnie to mocno w pionie. Dalej trzyma! Chociaż czasami trudno o ten pion, gdy dwójka chora, matkę rozkłada, ojciec w biurze a… deadline nad głową.

Jak żyć, jak walczyć, jak się skupić?

W zasadzie nie miałam czasu na metodę prób i błędów. Wszystko musiało zatrybić od razu, efekty miały być widoczne od pierwszego momentu. Musiałam tak się zorganizować, żeby ogarniać to, co najważniejsze. W systemie sztafetowym, polegając na delegowaniu, olewaniu i systematyzowaniu. Mąż był w domu dwa tygodnie po porodzie, korzystając z tzw. opieki. Później zostałam sama z noworodkiem. W pierwszym miesiącu odpuściłam jakiekolwiek starania, nic na siłę. Wówczas zbierałam resztki sił na duże wydarzenie rodzinne i powolny powrót do obowiązków, tuż po nim. Aktualnie mija czwarty miesiąc mojej wzmożonej pracy i mogę wskazać ileś fundamentów mojej (w miarę) udanej codzienności w wielorakiej roli.

Punkt pierwszy i absolutnie najważniejszy: sztafeta obowiązków.

Ja zajmuję się małą H. codziennie od szóstej rano do piętnastej, od piętnastej do osiemnastej – zajmuję się dwójką. Od osiemnastej opiekę przejmuje mąż. Mam dwie godziny ciszy w zamkniętej sypialni. Później jest kąpiel córki, wszelkie procesy wieczorne i po dwudziestej drugiej zazwyczaj wracam do komputera. Weekendy są moje, ustawiam na wtedy spotkania, jeżdżę na targi, wizje lokalne i sesje. Wieczorami opiekę przejmuję wtedy ja, mąż ogląda filmy, odpoczywa, robi cokolwiek – bez sześciu kilogramów obciążenia na jednej ręce.

Do tego dochodzi czas solo. We troje – my z Małym Człowiekiem. We dwoje – Mały Człowiek z Tatą. We dwoje – Mały Człowiek ze mną. My we dwoje. I wiecie – nie trzeba planować na takie akcje całego dnia. Bo się nie da. Wystarczy, że zabiorę Małego na spacer. Wystarczy, że pójdzie z Tatą na rower. Wystarczy, że zostawimy dzieci, skoczymy do Ikei po szklanki a przy okazji zjemy kolację. Czas w pojedynkę też jest ważny. Pozwalamy Małemu Człowiekowi bawić się samemu, niech się ponudzi. My też odpoczywamy od siebie nawzajem, chociaż na trochę, chociaż na dwie godziny.

Punkt drugi i niemniej ważny: są rzeczy ważne, są rzeczy ważniejsze.

Mam taką podkładkę z klamrą. W niej trzymam terminarze tekstów wszelakich. W niej trzymam notatki co do poszczególnych realizacji, checklisty i kontakty do ogarnięcia. Co rano zaznaczam zakreślaczem pięć absolutnie najpilniejszych spraw, które chcę odhaczyć do powrotu syna z przedszkola (lub do powrotu męża, jeśli Mały jest chory i siedzi w domu). Tą podkładkę w naszym domu – można spotkać dosłownie wszędzie. Zawsze mam ją pod ręką. W takiej sytuacji, gdy wieczorem mam czas niezmącony absolutnie niczym – mogę przysiąść nad ważnymi sprawami innego typu. Napisać artykuł, odpowiedzieć na czekające mejle, uporządkować sterty papierów.

Gdy córka za dnia utnie sobie drzemkę, co nie zdarza się akurat zbyt często – rzucam wszystko i biegnę do komputera. Robię, ile mogę. Dzięki temu w skupieniu mogę zrobić w pół godziny coś, co rozwlekłoby się na pół dnia, gdyby było wykonywane z doskoku. Z takiego doskoku mogę umyć naczynia, zrobić obiad czy pranie, czyli rzeczy przyziemne, będące mniejszym priorytetem, wymagające mniej skupienia i uwagi. Absolutnie zawsze drzemki wykorzystuję na kawał dobrej roboty.

Punkt trzeci: delegowanie, delegowanie, delegowanie!

I tutaj moje zdanie jest niezmienne od lat. To, co się da – warto delegować. Zakupy pampersowo-chusteczkowo-apteczno-kosmetyczne dla nas, robię przez Internet. Dwie godziny w skali miesiąca zaoszczędzone. Przesyłki wszelkie służbowe nadaje mąż, w drodze z pracy. Godzina tygodniowo zaoszczędzona. W temacie codziennych drobnych spraw, można wymieniać bez końca. Kilkanaście godzin w skali miesiąca to… naprawdę dużo. 

W temacie biznesu – też sporo mogę powiedzieć. Zdjęcia oddelegowałam zaufanej fotograf. Ona zarobi, ja śpię spokojnie. Ona powiększy portfolio, ja trzymam stałą estetykę zdjęć. Kwestie graficzne oddelegowałam. Nie mam umiejętności, serca, chęci ani czasu na zgłębianie tematu. Kiedyś się nad tym pochylę, teraz brakuje mi doby na wszystko. Księgowość oczywiście oddelegowałam. Często deleguję również obowiązki przy sesjach czy realizacjach. Osoba X odbierze osobę Y, mając po drodze a ja nie muszę jechać specjalnie gdzieś tam. Firma X zajmę się kwestią Y, którą ja zająć się nie mogę. I tak dalej, i dalej. Osobiście czuję się spokojniejsza, wiedząc że dany obowiązek jest w zaufanych rękach. Niby detale.

Zaoszczędzony czas można przeznaczyć na produktywną pracę, niosącą zysk albo chociaż pożądany efekt.

Punkt czwarty: unikam rozpraszaczy, ograniczam je do minimum.

Jeśli pracuję z córką na rękach – pilnuję, żeby poza nią nic mnie nie rozpraszało. Nie włączam telewizora, pralki. Nie otwieram okien by słyszeć budowę za płotem. Nie chodzę po domu i nie szukam sobie zajęć. Odkładam telefon w kuchni, wyciszam go. Na komputerze nigdy nie odpalam poczty ani Facebooka, jeśli mam do zrobienia coś absolutnie innego. Jeśli pracuję wieczorem i mam taką możliwość – zamykam się w sypialni. Czasami siadam na schodach i pracuję, gdy mąż włącza telewizor w salonie. Szukam ciszy, spokoju, jak najmniej bodźców. 

To ważne. Podzielność uwagi to jedno. Ale gdy dodamy piszczącego niemowlaka do szmeru telewizora, hałasu pralki i stukania na dworze – może się okazać, że produktywność jednak spada. Czasem mniej, czasem więcej ale spada. Niejednokrotnie muszę pracować w warunkach innych niż sterylna cisza, jednak staram się wówczas zajmować tymi kwestiami, które stuprocentowego skupienia akurat nie wymagają.

Punkt piąty: tak zwany Międzyczas, czyli Mój Sprzymierzeniec.

O! O tym to mogę już książkę chyba napisać! Rzucę przykładem, co by zobrazować gościa. Godzina dziesiąta, pora przewietrzyć Małą, pogoda nie sprzyja spacerom, ubieramy się więc, opatulamy szczelnie i idziemy dreptać po naszym dużym zadaszonym tarasie. Maszeruję w tę i z powrotem, jedną ręką prowadzę wózek, w drugiej trzymam telefon. Wrzucam zdjęcie na Insta, odpisuję na wiadomości, odpisuję na mejle. Czterdzieści minut spaceru, pięć tysięcy kroków zrobione, kawał social-mediowej roboty wykreślony!

Nie zawsze tak się da, jasna sprawa! Nie zawsze nawet warto. Podzielność uwagi to jedno. Po prostu bywa, że lepiej odpuścić. A bywa i tak, że można wycisnąć maksymalną efektywność z jakiegoś momentu i wykreślić przy tym spory fragment plannera. Równowaga to podstawa, zdrowy rozsądek to jego najlepszy kompan i nic więcej dodawać nie trzeba. A wykorzystywanie sytuacji – to niemniej ważna sztuka.

Punkt szósty: rytuały.

Dobrze jest mieć chociaż minimum regularności i stałości. Nie da się zaplanować każdego dnia w tym samym rytmie, zbyt wiele czynników na to wpływa i zbyt wiele może pójść nie tak. Osobiście ustawiłam sobie stałe poranki. Wyglądają podobnie. Niezależnie od tego, czy jestem sama z małą H., czy też Mały Człowiek jest również w domu. Przewijam i przebieram córkę w sypialni, zabieram komputer i idziemy na dół.

W kuchni wstawiam wodę, Mała w tym czasie leży chwilę w wózku. Trzy minuty w łazience i gdy świat wygląda ostrzej (bo soczewki), kawa paruje w kubku a dziecko domaga się już rąk, pralka radośnie szumi – ja mogę zaczynać dzień. Zazwyczaj od mejli, spaceru i telefonów. Później drzemka pociechy i zasuwanie przy klawiaturze. Zazwyczaj. Ale z tym już bywa różnie. I to “różnie” też trzeba mieć na uwadze. Gdy w grę wchodzi dziecko, jesteśmy w stanie zaplanować ledwie ułamek codzienności. Dlaczego to powtarzam? Bo nie ma miejsca na frustrację, zawód i jakiekolwiek negatywne emocje – bo coś tam nam nie wyszło, coś trzeba było odwołać, odłożyć, przesunąć. Z dziećmi na pokładzie, tak po prostu bywa. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że rano popędziłabym gdzieś tam po coś tam, podczas gdy w nocy nasza córka trafiła do szpitala. Cały kolejny tydzień był wyjęty spod widma obowiązków, siedziałam i czuwałam, już w domu ale bez głowy do czegokolwiek. Później po prostu nadrobiłam. I tyle. Bez frustracji.

Punkt siódmy: porządek.

Brzmi banalnie. Są pewnie tacy, którzy powiedzą: twórczy chaos pomaga. Owszem, może i tak. Nie każdemu jednak. Nie mówię o pucowaniu całego domu, zanim siądę do pracy. Wówczas pewnie nie nastąpiłoby to nigdy. Mam taki swój zwyczaj, że dookoła komputera nie mam absolutnie nic z tego, co w tej chwili nie jest potrzebne. Innymi słowy widok zazwyczaj jest dość klarowny: laptop, kawa, ewentualnie bieżące notatki. Wszystko inne poza zasięgiem wzroku. Co robię dodatkowo? Blat i obudowę komputera… przecieram z kurzu. Kilka sekund, dwa szybkie ruchy i czysto, czyściutko. Można pracować!

Istotne jest usuwanie wszelkich rozpraszaczy, jeśli tylko się da. Im mniej pod ręką, tym lepiej.

Co jeszcze? Odpuszczam, przyspieszam i… zwalniam.

O tym mówię i piszę często. Równowaga to podstawa. Nierzadko trzeba maksymalnie przyspieszyć, zrobić naprawdę wiele w krótkim czasie. Zwiększyć obroty, narzucić spore tempo. Po każdym takim okresie, muszę zwolnić. Niekoniecznie na długo, wystarczy dzień, dwa. Czasem wystarczy jedno przedpołudnie. Wszystko zależy od sytuacji. Niezmienne jednak jest to, że warto. Zawsze, absolutnie zawsze – warto. Przeplatać wytężony wysiłek, błogim spokojem. Balansować pomiędzy istnym szaleństwem a powolnością. Łapać dystans, łapać balans właśnie.

Wiem, że uczy się nas konieczności bycia szybko, produktywnie, mocno, bycia zawsze. Wciska się nam przymus wielozadaniowości, zmiksowanej z nieposkromioną radością i zaangażowaniem. Ale pamiętajmy, że na dłuższą metę tak się nie da. Trzeba wypracować sobie taktykę, dzięki której ta (najważniejsza) równowaga, będzie nam towarzyszyć na co dzień. Nie idźmy z prądem, nie przyspieszajmy coraz bardziej. Idźmy pod prąd, idźmy zgodnie ze sobą. Gdy trzeba – zwalniajmy. Bez najmniejszych wyrzutów sumienia. 

I nie. Nie jest mi łatwo mówić – bo sama sobie szefem. Zarówno w pracy nad swoim, jak i w pracy dla klientów – mam powinności, które nie mają w zwyczaju czekać. Ale nie oznacza to, że mam całą dobę, cały tydzień, cały miesiąc – pędzić. Bo nie, nie chcę tak. Chcę tej równowagi. Po ciężkim okresie, chcę wytchnienia. Po małym wielkim sukcesie, chcę świętowania. Po spokojniejszym czasie, chcę wyzwań i tempa. 

Nie bójcie się chcieć.

 

Zdjęcia: Lady Amarena Photography

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ➡ klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ➡ klik!

Napisane teksty 283

31 thoughts on “Jak skupić się na pracy, gdy dookoła chaos codzienności z dziećmi?

  1. Świetnie sobie dajesz rade!
    Pamiętam, jak próbowałam poradzić sobie z #motherlifebalance, gdy Ina miała kilka miesięcy. Szlag mnie trafiał. Ale wszystko nas czegoś uczy.

    Boli mnie to, że kobiety są do domu, a faceci do pracy. Wiem, wiem – kobieta opiekuje się dzieckiem, gdy ono jest malutkie, ale w tym czasie jej ambicje czy plany zawodowe nie stają się nagle przezroczyste. A kobieta wcale nie chce uciec od macierzyństwa. Ona chce być i mamą, i się rozwijać.

    I ja to doskonale rozumiem. I wspieram. Życie mnie nauczyło, że jak masz na kogoś liczyć, to licz na siebie. Więc pracuj, rozwijaj się. A gdyby nagle się okazało, że coś w rodzinie nie działa, mąż będzie pierwszą osobą, która Ci to powie, prawda? Słuchaj się męża, czasami mają rację :))) Póki mówi, że jest ok – jest ok.

    A co matek-hejterek.
    Wasze słowa to jest hejt. Wypowiadacie swoje zdanie, jakbyście miały monopol na rację, nie używacie słów ,,u mnie jest inaczej, ciekawe, jakby się sprawdził Twój system”, tylko z wyższością krytykujecie wybór autorki.
    Dodatkowo przypominam – blog to jakies 10% pokazanego życia. Tyle i aż tyle. Ale niektórym tyle wystarczy, by wyciągnąc jedyne słuszne wnioski.

    Trzymam mocno kciuki!!!

    1. Tekstualna Ty tu! Wow! To tylko kolejny argument za poziomem autorki. Jeśli Ty ją czytasz to ja nie mam więcej pytań!
      Co ja miałam pisać? Racja. Autorka nigdy nie pokazuje swojej wyższości. Uwielbiam ją za to że powtarza “każdy ma swój plan i swój sposób” i przypomina by łapać balans. Ogólnie uwielbiam Was obie bo czerpać z waszej siły można bez końca. I nie rozumiem jak można właśnie z taką wyższością krytykować czyjeś wybory skoro one krzywdy nikomu nie robią. Są też inne kobiety jak ja, które z takich jak Ania czerpią garściami. Dzięki niej wyrzuciłam połowę ubrań z szafy i złych ludzi ze swojego życia. Dzięki niej przestałam wrzucać foty bez zastanowienia do internetu. Dzięki niej planuję ślub #poswojemu i jestem zachwycona tym jakim jest tytanem pracy w tak kobiecej otoczce. Żałuję że tego wcześniej nie napisałam i dopiero taka gownoburza mnie zmobilizowała. Zawsze będę trzymać kciuki!

  2. Dobry wieczór.
    A ja widzę że Pani ma bardzo mało czasu dla dzieci oraz dla męża. Goni Pani za czymś zupełnie nie ważnym. Pieniądze, kariera … kosztem rodziny, która jest najwyższym dobrem. Po co tyle tego wszystkiego? Nie za dużo? Mój mąż kończy pracę o 16 i resztę dnia spędzamy razem z dziećmi, całe wieczory ze sobą. Po co odpoczywać od ludzi których się kocha? Mamy trójkę chłopców ( 6, 5 i 2 lata). Jak się dziećmi dobrze kieruje to nie trzeba od nich odpoczywać. W każdej chwili ktoś bliski może odejść, trzeba się skupić na ukochanych ludziach, nie na jakichś tam zadaniach, etatach, sztafetach. Mamy 10 000 zł miesięcznie i możnaby powiedzieć że tacy to mogą sobie siedzieć razem wieczorami, ale kilka lat temu mieliśmy 3000 zł i również rodzina była ważniejsza od tego żeby mieć więcej…… Spędzajmy czas razem, bo życie się kończy. Męczysz się podczas gdy mogłabyś być w pełni szczęśliwa i nie mieć na co narzekać. Wiem co mówię.
    SKOŃCZYŁAM FIZYKĘ TECHNICZNĄ WYCHOWUJĄC SAMOTNIE DZIECI.

    1. Nie oceniajmy innych, nie znając szczegółów. Nie lubię również zaglądania innym do portfela. Każdy ma swoje potrzeby i cele, pieniądze nie są najważniejsze ale są środkiem do nich, nawet tych najbardziej przyziemnych.

      Pracowałam na dwa etaty, studiowałam i wychowywałam samotnie syna. Nie widzę związku z tematem. 😉

      Nie każdy mąż może też kończyć pracę o 16:00, nie każda żona może tylko i wyłącznie spędzać czas z dziećmi i mężem.

      Jestem też zaciekawiona tym, jak “kieruje się dziećmi by nie musieć od nich odpoczywać” – bo każdy przyzna, że rodzice potrzebują odpoczynku, niezależnie od ilości, wieku i temperamentu dzieci. I tak, trzeba odpoczywać. Również od ludzi, których się kocha. Dla dobra swojego i tych ludzi.

      Nie lubię takiego szufladkowania, jakie bardzo często się spotyka, czyli “gonienie za karierą”. Nie znając czyichś pobudek – nie oceniajmy tak łatwo.

      Jestem szczęśliwa, dziękuję.

    2. Gratuluję fizyki i zarobków męża.
      Obserwuję autorke na bieżąco i widzę ze ostatnie o czym mozna tu krzyczec to zaniedbanie. Jest caly dzien z dziecmi sama i w miedzyczasie pracuje. Ma siedziec i patrzec jak niemowlak spi? Nie w zamian sie spełnia zawodowo. Z duza dawka rownowagi i to widac.

      Mezowie maja wypadki, traca prace, odchodza do kochanek. Nie masz pewnosci ze bedzie utrzymywał rodzinę zawsze. Takie kobiety pracujace albo majace cos swojego, dadza sobie rade bez meza. Gdyby cokolwiek sie stalo nie zgina. Zostalam sama z synem a wczesniej zajmowalam się domem i rodzina. Teraz zyje z zasilkow bo nie moge znaleźć pracy do połączenia z przedszkolaczkiem. Fajnie wiedzieć ze sa zaradne kobiety nie opierajace swojej wartości tylko na mezu i dzieciach. I kibicuje mocno!!!!

    3. Ed a może odwrócimy sytuację?
      Ja widzę to inaczej.
      Autorka jest cały dzień sama z dziećmi i łączy to z pracą. Mąż wraca wieczorem.
      Nie uważasz że jeśli już ktoś za mało poświęca czasu rodzinie to on? Ktoś już wyżej napisał że jemu widocznie nie przeszkadza ilość tej pracy. Dzieci i dom są zaopiekowane a że co drugą sobotę czy niedzielę z nimi zostanie to żaden wyczyn. Ania jest z dziećmi cały czas. To męża nie ma. Zarzut więc jest absurdalny. Ale w matki zawsze łatwiej się celuje karierowiczowskimi zarzutami.

    4. co znaczy ,,w pełni szczęśliwa”? Może autorka jest w pełni szczęśliwa realizując się jako mama, i jako weddingplannerka?
      Szanujmy wybory innych. Nie zauwazyłam, żeby ktoś tu napisał, że być może jest pani leniem na garnuszku męża, który sobie wygodnie siedzi w ciepłym domu, raz na jakiś czas ogarnie obiad z mikrofali… ale co ja tam wiem. Nic o Pani nie wiem, prawda?

      Każdy jest inny i ma inne potrzeby. Cieszę się, że Pani potrzeba, by zostać w domu z dziećmi, została zrealizowana.

    5. Pomijając całą sytuację kto z kim siedzi w domu i ile zarabia, totalnie nie rozumiem wpajania komuś swoich własnych wartości. Chcesz być tylko z rodziną w porządku, chcesz się zająć karierą bez posiadania dzieci też w porządku, chcesz być księdzem, też okej. Każdy ma swój system i wie co dla niego jest ważne i co mu przynosi szczęście. Nie ma sensu wpychać się komuś z butami w życie i układać mu na nie plan.

  3. Cala ta sytuacja tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że internet nie jest dla wrażliwych ludzi. W sieci trzeba mieć twardą skórę żeby nie przejmować się tak zdaniem innych ludzi. Jest to tez dowód na to że sukces innych nie cieszy. Za to o porażkach i trudach życiowych to juz bardzo chętnie poczytamy, damy rade, poklepiemy po ramieniu. Mnie osobiscie cieszy to, gdy widze ile radości czerpiesz nawet z małych rzeczy. Rób to co robisz najlepiej i ciesz się z tych malych i duzych sukcesow. Bywaja dni że sukces to znalezienie czasu na pranie, prasowanie itp., są też takie dni kiedy tworzysz coś swojego i możesz zarabiać na swojej pasji. Jedno i drugie to dobry powód do tego żeby być z siebie zadowolonym. Pozatym ja nie zauwazylam żeby mąż dostosował się do Twojej pracy. Za to widzę że bardzo wspiera Cię w tym co robisz i to normalne w małżeństwie.

    1. Ja też nie zauważyłam! 😉
      Jeśli już mamy doszukiwać się dostosowywania – w zdecydowanie większym stopniu ja dostosowuję się do jego etatu, wszystko “swoje” planując poza godzinami jego pracy albo wręcz przeciwnie bo w trakcie, żeby ugrać jak najwięcej z małą u boku za dnia.
      No cóż, widocznie coś źle robimy. Efekty są zadowalające dla obu stron, nie ma więc potrzeby nic zmieniać póki co.

  4. Ludziom nie dogodzisz. Nigdy! Jesteś mądra i o tym doskonale wiesz. Olej takich zakompleksionych ludzików.
    Kiedyś chyba nawet pisałaś o tym, że większa empatia w twoją stronę była wtedy gdy byłaś sama z dzieckiem. Od kiedy masz pełną rodzinę i trochę lepszą sytuację to tej empatii jest mniej bo ludzie zazdroszczą. “Jej się udało” tak to widzą. A tobie się nic nie udało. Pracujesz ciężko od początku i krzycz głośno że jesteś z siebie dumna!

    1. Szok. Szok że trzeba się tłumaczyć z własnej pracy i dumy z własnych efektów. Mikt nikomu nic nie odbiera swoim szczęściem. Trudno się u nas kibicuje innym a jeszcze trudniej cieszy sukcesami ale tutaj to już się szambo wylało. Dziewczyna napisała jak ogarnia trudną rzeczywistość a tutaj szpileczki że się wyywyższa.
      Na Insta niewiele tak naprawdę ale można zauważyć że starsze dziecko non stop chore a młodsze wymaga większej uwagi i opieki. Da się wyczuć że powrót do pracy miesiąc po porodzie to raczej konieczność nadrobienia zaległości niż fanaberia. I mówcie co chcecie ale ja tu wsparcia męża NIE WIDZĘ. List wysłać albo do przedszkola podjechać może każdy. Ty też byś mogła i w związku z tym nie rzucilabys biznesu, mialabys tylko odrobinę mniej czasu i energii. Wsparciem nie jest też przejęcie dzieci wieczorem czy w weekend bo to wasze wspólne dzieci i to normalka. Wsparciem byłoby gdyby czynnie cie wspierał jak mąż żonę a tutaj się tego nie widzi nie czuje. Nie relacjonujesz życia w social media jak inni ale coś tam pokazujesz. Nigdy nie widać kwiatów czy jakiegoś wyjścia we dwoje zaaranzowanego przez niego. Poznał Cię jako zdeterminowana, silna kobiete i taka chce mieć, dlatego tyle pracujesz, tyle robisz a jemu to absolutnie nie przeszkadza. Bo siłą rzeczy robisz dużo na co dzień. W domu macie ład, gotujesz, lekarzy i inne sprawy załatwisz ty, a w weekendy i nocami jeszcze zasuwasz. Tej strony nikt nie widzi. Szkoda!

      1. Na szczęście nie relacjonujemy szczegółów naszego życia.
        To, co można zobaczyć na Stories – to wyrywki tego #motherlifebalance ale w wersji mocno okrojonej. 😉

        Pozdrawiam!

    2. Jeśli tylko będę z siebie dumna – będę o tym krzyczeć.
      Na razie jestem spokojna o ogarnianie, jakoś się udaje, jakoś idzie, powoli do celów.

      Dziękuję, pozdrawiam!

  5. Nie do wiary…
    Moja żona szalenie imponuje mi swoją pasją i pomagam jak mogę! Z własnej woli bo jesteśmy zespołem a nie współzawodnikami. Podejrzewam że Wy z mężem macie tak samo. Nie zważaj na komentarze.
    Powodzenia dalej!

  6. Ładnie się czyta ale… Większość z tego, co piszesz dotyczyć stricte ciebie. Rodzina się dostosowała, mąż wykonuje zadania. Świat kręci się wokół twojej pracy i twoich zasad. Trochę dziwnie czyta się o tym, że wszystko się da, jeśli czyta się o tym, że wszystko co niedogodne przekłada się na kogoś kreując sobie idealna rzeczywistość.
    Wiem, zaraz się okaże, że wcale nie, że tak wiele psowoecasz dla innych (lub ten komentarz nie pojawi się w ogóle). Ale czy możesz tak szczerze przyznać przed samą sobą, że tak jest?

    1. Dziwnie się czyta ten komentarz.

      “Rodzina się dostosowała, mąż wykonuje zadania” – bo wyśle przesyłkę raz w tygodniu czy zajmie się dwie godziny dziennie wspólnymi dziećmi?

      Dzielenie się obowiązkami powinno być czymś normalnym, nie jest to więc stricte subiektywne.

      “Wszystko co niedogodne przekłada się na kogoś” – nikt nie jest specem od wszystkiego. Delegowanie obowiązków nie oznacza, że są niedogodne i tą niedogodność rzucamy innym. Bo dla mnie problemowe może być coś, co dla kogoś już takim problemem nie jest. I po to właśnie jesteśmy różni i specjalizujemy się w różnych tematach – by każdy znalazł coś dla siebie.

      Pozdrawiam!

      1. Jestem tu od bardzo dawna, ale niestety, od jakiegoś czasu nasilił się pewien trend. Kazda, absolutnie każda rzecz przedstawiasz tak demonicznie, żeby poradzenie sobie z nią wyglądało jak bohaterski czyn. Żyjesz jak wszyscy inni, może trochę nawet wygodniej, bo w bajce jakiej sobie życzyłas. I pomimo tego, że próbujesz ciągle pokazać jaka ty zwykła jesteś, pokazujesz jak bardzo jesteś ponad. Bo własną marką, bo inni nie widzą, bo przecież ty z dziećmi. Nie wiem już, oo tym całym czasie, kogo ty przekonujesz. Nas, czy siebie.

        1. Nigdy nie czułam się ponad kimś. Doszukujesz się czegoś, co nie ma miejsca.
          Może nie bohaterski czyn ale dla wielu coś naprawdę dużego to łączenie etatu, domu, dzieci, z własną firmą/marką i zmaganiami dnia codziennego, które tak kolorowe nie są. Każdy ma swoją bajkę, każdy ma swoje życie. Dla jednych bohaterskim czynem jest wstawienie prania i spokojna kąpiel, gdy dzieci za drzwiami a dla innych tworzenie czegoś swojego, mimo niesprzyjających warunków.

          Życzę sobie by żyć wygodniej niż inni, tak jak jest Twoim zdaniem.
          Chętnie skorzystałabym z takiej opcji! 😉

    2. Hah! Wystarczy ze facet angazowany w opieke nad dziećmi to już taki biedny? Trudno uwierzyc ze wciaz panuje takie zasciankowe myslenia. Szczęśliwa matka to nie musi byc męczennica i służąca zarazem.
      Brawo autorko za determinację! I nie sluchaj bzdur!

      1. Smutne to strasznie. Kobieta kobiecie z taką zawiścią. Bo najlepiej by było się położyć w brudnych ciuchach i włosach powtarzając, że nie ma czasu na nic bo dzieci. Nikt tak nie ocenia jak kobieta drugą kobietę. I tutaj kolejny dowód na to że tak naprawdę żadne #girlpower nie istnieje. Bo my się wspierać nie umiemy. Wbijamy szpilki i czekamy na czyjeś porażki. Straszne.

      2. Ania nie przejmuj się. Ludzie zawsze głupio gadali i będą gadać , a takie komentarze, szczególnie ten, piszą ludzie z kompleksami, zazdrosnicy i tacy, którzy nigdy w życiu nie zrobili nic by dogonić swoje marzenia. Powidziam że jesteś w stanie tyle ogarnąć 🙂

        1. Niesamowitym jest, jak kobiety (ktorych jako kobieta chyba nigdy nie pojmę) traktują zwrócenie uwagi w kierunku mężczyzny jako uciśnienie kobiet, patriarchat i w ogóle demonstracje męskiej siły.
          Jak nie zrozumiem, to sobie dopowiem. Będzie się na co obrazić

          Wyłączam się, bo będzie niedługo lincz w moją stronę. Każda krytyka jest hejtem tutaj. No cóż.

          1. MagdaM, nikt tutaj hejtem nie atakuje. Odpowiedziałam na Twój komentarz dość spokojnie i konkretnie. Zauważyłam, że w obecnych czasach mocno nadużywa się słowa “hejt”, ubierając w te słowo każdorazowo inne zdanie i argumentację. Bo w ani jednym słowie, ani w jednym zdaniu – Cię nie zhejtowałam, nie skrytykowałam nawet. Jedynie odpowiedziałam na Twoje własne komentarze.

            Pozdrawiam mimo wszystko! 😉

        2. Pat, chciałam się tymi tipami na ogarnianie, podzielić.
          Bo zauważam, że niewielu ludzi bierze pod uwagę takie oczywistości, jak sztafeta obowiązków czy delegowanie.
          Nie widzę absolutnie nic złego w zleceniu niewdzięcznej dla mnie, pracy – specjaliście.
          On zarobi na mnie, podczas gdy ja zaoszczędzony czas poświęcę na zarobienie na jego usługę + bonus dla mnie.
          I wszyscy zadowoleni.
          Gdybyśmy nie delegowali obowiązków – zawody przestałyby istnieć. Sami byśmy się leczyli, strzygli, naprawiali sprzęty, robili zdjęcia i jeszcze kosmetyki sobie produkowali.
          No kurczę – nierealne! 😮

          Całuję i zdrówka Ci! <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

%d bloggers like this: