#30ubrań: czy garderoba kapsułkowa musi być droga?

Coraz częściej pokazuję na Instagramie swoje typy. #30ubrań funkcjonuje już sobie u mnie w najlepsze, od jakiegoś przecież czasu. Dotąd dość zachowawczo podchodziłam do zdjęć, strzelałam samą teorią na prawo i lewo, w końcu przełamałam się i coraz częściej staję przed obiektywem albo sama pstrykam jakieś detale. 

W ostatnich miesiącach, zaraz po moim powrocie do pracy – na dobre rozbujał się akurat sezon targowy, niezliczone sesje stylizowane i branzowe eventy – muszę więc wyjść z domu, pokazać się, czuć się przy tym dobrze i swobodnie zarazem. Wyrzuciłam z szafy kolejną partię nic nie wartych szmatek z sieciówek, w ich miejsce pojawiły się pojedyncze nowe nabytki. Dlaczego taka dysproporcja?

Bo tanich można mieć na pęczki, porządnych wcale tyle nie potrzeba.

Każdy z nas przeszedł chyba okres, w którym szło się przede wszystkim w stronę tej nieszczęsnej ilości. Zachłyśnięcie się pierwszymi zarobionymi pieniędzmi, chęć kupienia jak najwięcej za jak najmniej. Piętnasty sweter, dziesiąta spódnica, nie wiadomo już która – sukienka. W okresie wyprzedaży naładować w ramiona, ile tylko uda się znaleźć i unieść. Wcisnąć to później w szafę, założyć raz (albo i wcale) i zapomnieć. Przysypać kolejnymi zdobyczami, ledwie założonymi a już porzuconymi.

I w ten sposób owe piramidy kiepskiej jakości, się budują. Czasem miesiącami, czasem latami. Prowadzi to nieuchronnie do jednego: stoisz przed szafą, wypełnioną po brzegi i… naprawdę nie masz się w co ubrać. Nie jest to kiepski żart, nie jest to stereotypowe uprzedzenie. Mimo niepoliczalnych ilości ubrań – brakuje takich, w których śmiało można wyjść na okazję Y, na okoliczność Z. A wystarczyłoby porzucić dążenie do ilości, na rzecz skupienia nad jakością.

Oczywiście nie mówię o sytuacji, gdy zwyczajnie nie stać nas na nic ponad przeciętnej jakości łaszek z sieciówki, i to raz na jakiś dłuższy czas. Znam, rozumiem, sama przerabiałam moment, gdy nosiłam coś aż do skraju zużycia. Potem kupowałam coś nowego, wcale nie lepszego. I tak w kółko. Ograniczanie jakości i ilości ze względu na sytuację, jest dość zrozumiałe. W momencie jednak, gdy stać nas na zakupy i wówczas stawiamy na sporą ilość kiepskiej jakości, rzeczy – szkoda trochę potencjału naszego portfela.

Bo zamiast pięciu toreb, moglibyśmy przynieść do domu jedną a w niej – na przykład – porządną casualową sukienkę i równie porządną koszulę. Takie, które posłużą latami, w różnych zestawieniach, dopasowane do naszej sylwetki i urody. Noszone z przyjemnością.

Porządne ubrania nie muszą być ultradrogie.

Są wyprzedaże, są promocje. No i jest ten przelicznik: kupuję mniej za więcej, zamiast więcej za mniej – i bilans wychodzi podobny. Nie musimy kupować od razu wszystkiego, nie musimy wyrzucać całej zawartości szafy a następnego dnia wykupić pół butiku na najwyższym poziomie. Absolutnie nie o to chodzi!

Przykład? W pewnym momencie wyrzuciłam jakieś 70 % nienoszonych, niedopasowanych, kiepskich ubrań. Pozostałe 30 % to nadal była dość niska półka jakościowa, jednak lubiłam je, naprawdę nosiłam i do mnie pasowały. Po wyrzuceniu większości, nie odczułam ich braku – w końcu wcześniej nie odgrywały wielkiej roli, zajmowały tylko miejsce.

Pozbywanie się jest fajne, zwłaszcza pozbywanie się tego totalnie zbędnego balastu. W szafie robi się przestronniej, jaśniej, krócej dokonywane są codzienne wybory, i tak dalej, i dalej. Gdy już się pozbędziemy tego, co nie powinno się u nas nigdy znaleźć, można przejść do kompletowania nowej odsłony garderoby.

I tutaj warto zadać sobie pytanie: co jest priorytetem? 

Przykład: w pierwszej kolejności zaczęłam wymieniać sukienki. Jednego dnia wyrzuciłam cztery dotychczasowe, praktycznie nienoszone, znalazłam im nowe właścicielki, do uzyskanej kwoty dołożyłam i w ten oto sposób na wieszakach znalazła się chociażby druga już moja Your Choice Dress. Wcześniej nosiłam z uwielbieniem szarą (również w ciąży!) a teraz noszę ją już na zmianę z czarną. Czarną kupiłam podczas promocji, zaoszczędziłam więc trochę. Mimo że zakup i tak był mocno zaplanowany!

Aktualnie mam w szafie cztery sprawdzone, świetnej jakości, sukienki. Noszę je do oporu, biegam w nich po sesjach, do lekarzy, na spacery i do przedszkola. Kolejne cztery czekają na wymianę, w ich miejsce pojawi się jedna, maksymalnie dwie. A moje ostatnie odkrycie? Sukienka FlowerBe z warsawbe.pl – jakaż ona jest wygodna i piękna! Mam ją dopiero od miesiąca, była już ze mną na targach, w podróży i na kilku spotkaniach, zestawiana póki co z płaszczem i botkami – bo jesień w końcu, chłodno i mgliście ostatnio. 

Gdybym miała zebrać najistotniejsze rady dla tych, którzy chcą zabrać się za rewolucję w swojej szafie, brzmiałyby:

  1. Bez litości wyrzuć z garderoby wszystko to, czego nie nosisz, w czym kiepsko się czujesz, jeszcze gorzej wyglądasz i nie widziało światła dziennego od lat. Wówczas zostaną tylko te naprawdę używane i chciane, ubrania.
  2. Nic od razu, nic na siłę! Nie biegnij od razu do sklepów z długaśną listą, odhaczając kolejne punkty w poszukiwaniu ideałów. Stopniowo uzupełniaj zauważane braki. Zacznij od jednej, dwóch rzeczy i oswój się z nimi, wprowadź w codzienność – później dorzuć kolejną. I tak do skutku.
  3. Kupuj świadomie. Czasem lepiej chwilę dłużej poczekać, odłożyć większą sumę i kupić – na przykład – wełniany płaszcz, zamiast poliestrowego. To zaledwie jeden przykład, można je mnożyć bez końca. Wniosek nasuwa się jednak ten sam za każdym razem. Nie warto wracać do starych nawyków, dobierajmy nowe ubrania pod kątem jakości i dopasowania do nas.
  4. Nie podążaj na siłę za trendami. Szukaj swojego stylu. Lubisz czernie i szarości? Nie rób więc nic wbrew sobie i nie sięgaj po neony. Znajdź swoich ulubieńców i twórz z nich na co dzień.

Nie od razu Rzym zbudowano – dlaczego więc miałoby się dać zbudować tak garderobę idealną? Na wszystko potrzeba czasu, pieniędzy, pomysłów, prób i… błędów. I absolutnie nie warto się tego obawiać. Prawda jest taka, że dopóki nie spróbujemy – nigdy nie poznamy efektu finalnego. A ten z kolei może nas naprawdę pozytywnie zaskoczyć! 

Osobiście uwielbiam w swojej szafie to, że mimo swojej jeszcze niedoskonałości, zapewnia mi codziennie dokładnie to, co chcę nosić i dobrze na mnie leży. Nie muszę przedzierać się przez rzędy wieszaków by cokolwiek z niej wydobyć. Mam na wyciągnięcie ręki to, co dla mnie najlepsze. I takiej świadomości życzę każdemu. Skupiania się na tym, co lubimy i chcemy mieć. Z pominięciem tego, co niewygodne, brzydkie i niedopasowane. 

Zdjęcia: Lady Amarena Photography

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ➡ klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ➡ klik!

Napisane teksty 282

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

%d bloggers like this: