Największa ściema, na jaką dałam się nabrać. Ty chyba w to nie wierzysz?

Jesteśmy od najmłodszych lat oszukiwani. Z premedytacją i nagminnie wmawia nam się – za przeproszeniem – bzdety. Bo są takie stwierdzenia, które ludzie powtarzają z uporem maniaka. Nie do końca znają ich znaczenie, nie do końca biorą pod uwagę oczywiste fakty. Ale wciąż powtarzają. I takie pozorne prawdy – krążą sobie w tę i wew tę, zataczają coraz szersze kręgi, wyrządzają coraz większe szkody. Bo w końcu wielu z nas… w nie uwierzy. Bez zastanowienia, bez głębszej refleksji. 

Rób to, co kochasz a nie przepracujesz ani jednego dnia. 

Kto z nas słyszał podobne słowa chociaż raz w życiu? Wbija się to nam do głowy. Gdy jesteśmy nieszczęśliwi, niespełnieni w obecnej pracy – słyszymy to stwierdzenie. Gdy nie wiemy, jaką drogę obrać i w którym kierunku podążać – słyszymy to właśnie stwierdzenie. Wielu ludzi pozornego sukcesu, powtarza je niejednokrotnie. Dlaczego pozornego? Bo ludzie bardzo łatwo mówią o sobie: człowiek sukcesu. Nie zawsze jednak przekłada się to na realia. 

Czym jest praca? A czym jest pasja?

Powszechnie przyjęło się, że praca to obowiązki, które wykonujemy i za które jest nam wypłacane wynagrodzenie. Stawka godzinowa, wynagrodzenie za dzieło, prowizja – jakkolwiek. Niezmiennie jednak: nie robimy tego za darmo. Między innymi dlatego nieco drażni mnie sformułowanie “mama na pełen etat”. Bo kurczę – ale nikt jednak takim mamom nie płaci, uśmiech bąbelka w ramach wypłaty, też się (mimo wszystko) nie liczy. Ale nie o tym dzisiaj!

Wielokrotnie spotykamy się ze sformułowaniem: to moja pasja, na której chciałbym (kiedyś) zarabiać. Hmmm… ale dlaczego ograniczasz się do chcenia? Pasja nigdy nie stanie się pracą, jeśli nie zaczniemy jej prawidłowo wyceniać i na niej zarabiać. Absolutnie nigdy. Nie ma szans. Najmniejszych! Robienie czegokolwiek za darmo, dla własnej satysfakcji a nierzadko i dokładanie do tego – nadal jest tylko pasją.

Idźmy dalej! Jeśli już przekujemy naszą pasję w naszą pracę, to… pracujemy. Oczywista oczywistość. Jednak dla wielu niekoniecznie. Bo będą nam próbować wmawiać kolejne bzdety, tym razem typu:

Ty pracujesz? Dobre sobie, haha! Siedzisz na swoim, coś tam podziubiesz przy komputerze, coś tam wyślesz, coś tam zrobisz, coś tam zarządzisz. Idź do fabryki na osiem godzin, to dopiero jest praca!

Ufff. Nie znoszę tego. Szczerze nie znoszę. Podobne stwierdzenia rzucane są pod nogi freelancerom, ludziom z własnymi biznesami i wszystkim tym, którzy nie siedzą na etacie u kogoś. W całym tym szaleństwie zapomina się o jednym. O czymś absolutnie ważnym. Najważniejszym. I prawdziwym zarazem.

Potrzebujemy ludzi w różnych rolach.

Potrzebujemy pani na mięsnym, która kroi i sprzedaje nam szynkę. Potrzebujemy pielęgniarki, która podaje zastrzyki naszym dzieciom. Potrzebujemy dozorców, którzy dbają o porządek na naszych osiedlach. Potrzebujemy drogowców, kasjerów w KFC i radiowców, którzy witają nas co rano, gdy stoimy w korku. Każdego z osobna, tych wymienionych i tych pominiętych. Bo nie sposób wszystkie zawody wymienić! Każdego z tych pracowników, potrzebujemy w codziennym życiu.

Ale potrzebujemy też freelancerów. Copywriterów, którzy ubiorą nasze biznesy w słowa. Grafików, którzy zajmą się tym, o czym sami pojęcia nie mamy. Influencerów, którzy nasz produkt ubiorą w historię. I tak dalej, i dalej. Innymi słowy: tych pochylonych nad klawiaturą, w kawiarniach, w domu, w pociągu i na ławce w parku – również potrzebujemy.

I startuperów – też potrzebujemy. I biznesmenów – również. Tych, którzy wychodzą ze swoimi pomysłami, kreują marki, uderzają w nasze potrzeby i zapełniają nisze wszelakie. Potrzebujemy projektantów dobrej jakości polskich ubrań. I niech im się wiedzie, niech ich produkty sprzedają się, wzbogacając nasz rynek o fajny stosunek jakości do ceny! Potrzebujemy kreatorów bezstresowych ślubów, jakim jestem również ja. By odczarować wizerunek zmęczonych Państwa Młodych, sfrustrowanych, rozczarowanych, bez dobrych wspomnień ze swojego wielkiego dnia. Potrzebujemy każdego dobrego pomysłu, który podniesie jakość naszego życia. Potrzebujemy stworzycieli tych idei. 

Reasumując: każdy pracownik, twórca, freelancer, każda kreatywna i przedsiębiorcza dusza – wnoszą wiele w każde społeczeństwo.

To już mamy ustalone. I teraz ustalmy sobie najważniejsze: własny biznes czy wymarzony zawód – to również praca! Nie wystarczy lubić swojego zajęcia. Nie wystarczy się w nim spełniać. W sytuacji, gdy robimy dokładnie to, co kochamy, co jest naszą pasją – owszem będziemy szczęśliwsi i pozytywnie tym nakręceni, będziemy (na pewno) się spełniać. ALE absolutną nieprawdą jest to, że zawsze będzie lekko i przyjemnie. Bo nie będzie.

Będziemy musieli ciężko, momentami naprawdę ciężko pracować. Nierzadko zarywać noce, często kląć w milczeniu a jeszcze częściej na głos, gdy nasze słowa odbijają się od ścian pustego domu. Bo wszyscy w pracy, szkole, przedszkolu a my siedzimy, męczymy, dopinamy, ogarniamy i odliczamy. Nie jeden raz przyjdzie chwila zwątpienia. Nie raz i nie dwa, pożałujemy tej drogi – bo jakaś przeciwność wstrząśnie naszą wiarą w swoje możliwości. Możliwe, że nawet codziennie będziemy przeżywać podobne małe wielkie dramaty.

Nie każdy sukces, nie każda firma, nie każda marka, są wynikiem szczęśliwych zbiegów okoliczności. Większość z nich rodzi się w bólach, bez znieczulenia, wyjątkowo długo, zdarza się że z komplikacjami. I o tym się powinno mówić! Mówić, mówić, mówić!

Przykład? Dobra, przykład! Najlepszy – bo z własnego doświadczenia! Uwielbiam swoją obecną pracę. Dziś wygląda inaczej rok temu. Dziś wygląda też jeszcze inaczej niż na starcie. Dziś prezentuje się w zupełnie innym kształcie niż ten, który jawił się przed pierwszym krokiem. Nie zliczę wątpliwości, nieprzespanych nocy nad klawiaturą, kumulacji obowiązków, dokładania – bo ileś realizacji do portfolio, za free lub za grosze a przecież benzyna kosztuje, kawa na mieście z klientem kosztuje, sukienka i coś tam jeszcze, kosztuje. 

Ostatnie półtora roku to niekończące się zapisywanie nowych pomysłów, wdrażanie tych pewnych, wahanie nad niejasnymi i wykreślanie zupełnie nietrafionych. To ciągłe zmiany, odchodzenie od tego, co nic nie przynosi i przeskakiwanie przez kolejne inspiracje. To spotkania z ludźmi, których niekoniecznie można nazwać przyjaznymi. To targanie ciężkich kartonów, walka z folią bąbelkową, pakowanie samochodu po sam dach, wypakowywanie i bieganie po schodach z kieliszkami w rękach. To niejednokrotnie wyczerpanie i mobilizacja, gdy na horyzoncie nie widać nawet finiszu.

To zawsze ryzyko. Dzisiaj jest dobrze, dzisiaj są efekty mojej pracy. Czy będą porównywalne albo lepsze za rok? Co zrobić by tak było? To litanie pytań, z wieloma odpowiedziami, bez odpowiedzi, bez słowa podpowiedzi znikąd. To zmiany. Nie zawsze są dobre, wszystkie jednak mają prowadzić w dobrą stronę. I staram się by tak było.

Trzy kwartały tego roku miałam wyjęte z życia zawodowego. Bo zagrożona ciąża. Priorytet nie podlegający dyskusji. Teraz mam szansę to nadrobić, wykorzystując ostatni kwartał by na nowo rozłożyć skrzydła. Biegam, jeżdżę, realizuję, piszę, planuję, rozszerzam ofertę i pracuję do upadłego. Z maleństwem u boku, w sztafecie obowiązków z mężem, ze wsparciem bliskich i mojego teamu. Czasami mam ochotę krzyczeć do tych stert papierów, żeby dały mi luz. Czasami mam ochotę zakopać się pod kocem i nie jechać na daną sesję, nie marznąć na łące w koronkowej sukni – bo modelka ma anginę. Czasami wolałabym pójść spać razem z dziećmi ale mejle same się nie przeczytają, same na siebie nie odpowiedzą. 

Nie wciskajcie ludziom kitu.

Ktoś mniej świadomy weźmie Wasze bzdury za pewnik. Będzie mocno rozczarowany, gdy decyzja o robieniu czegoś ukochanego – przyniesie chaos i masakrę. Będzie mocno sfrustrowany, gdy poklikanie przy komputerze godzinę dziennie – nic nie da. Będzie mocno sobą zawiedziony, gdy nie odniesie od ręki spektakularnego sukcesu. Mówmy i krzyczmy prawdę!

Wykonywanie lubianej pracy, tworzenie swojej firmy czy kreowanie marki – to zasuw jak stąd na Alaskę! To niepoliczalne godziny harówy. Począwszy od pomysłu, przez wprowadzenie go – na realizowaniu planu krok po kroku, żmudnie, cierpliwie i z upadkami. To przekleństwa, noce bez snu, kłótnie z bliskimi, przetasowanie wśród znajomych i jakiś hejter (albo wielu) pod drodze. 

Ale to też przyjemność z budowania czegoś swojego. Satysfakcja z małych wielkich sukcesów. Świadomość własnej siły i umiejętności. To coś nieporównywalnego z niczym innym. Nie powiem: znajdźcie swoją pasję a nie przepracujecie ani jednego dnia. Powiem inaczej:

Róbcie to, co kochacie. Zarabiajcie na tym. Bądźcie twórcami, wizjonerami. Ale pracujcie ciężko. Nie czekajcie na gotowe. Cieszcie się efektami. Każdy trud popłaca, gdy umiemy docenić wyniki. Doceniajmy więc.

 

Zdjęcia: Lady Amarena Photography

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ➡ klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ➡ klik!

Napisane teksty 282

4 thoughts on “Największa ściema, na jaką dałam się nabrać. Ty chyba w to nie wierzysz?

  1. Tekst pomocny i bardzo prawdziwy, tym bardziej że sama stoję jedna noga w nowej, własnej firmie. Tak jak piszesz-dużo wątpliwości, pomysłów itd.
    Ja trzymam kciuki za Ciebie, Ty trzymaj za mnie 🙂
    Podziwiam za prowadzenie firmy z maleństwem u boku. Sama mam prawie 4miesieczniaka (z tym, że u mnie to już trzeci skarb) i zastanawiam się czy ogarnę..

  2. Moj komentarz troche odbiegnie od tematu, ale po dzisiejszym dniu o niczym innym nie moge myśleć. Mamy różne zawody, rozne stanowiska, różne zarobki ale każdemu człowiekowi należy się szacunek. Zostać oplutym i to dosłownie, bo ktoś myśli że jest lepszy to bardzo upokarzające doswiadczenie. Szanujmy się wzajemnie. Z kazdej strony znajduje się człowiek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

%d bloggers like this: