Rodzice w sieci: dzieci bez twarzy

Sieć absolutnie nie jest miejscem na zdjęcia małych dzieci. Te zbyt intymne, prześmiewcze, upokarzające, w sytuacjach – w których my sami nie chcielibyśmy być fotografowani. O tym mówiłam już nie raz, i nie dwa, i jeszcze nie jeden raz to powtórzę. Od pięciu lat sama jestem mamą, zdjęcia swojego dziecka nigdy do social-media nie wrzuciłam (nawet na prywatnym koncie) i nie wrzucę, podobnie jak teraz drugiego malucha. Oboje, gdy dorosną na tyle by rozumieć świat i technologię – same będą decydować o swojej obecności w sieci. I tutaj zdania nie zmienimy, nie ma takiej opcji.

Dlaczego taką decyzję powinniśmy pozostawić właśnie dzieciom? O tym już kiedyś pisałam w tekście Jak publikować zdjęcia dzieci w Internecie? Odsyłam do całości tekstu, tutaj przywołując jedynie najistotniejszy fragment: 

Wizerunek. Czym jest? Z czym się kojarzy? Co nim jest a co… nie jest? Dlaczego o to pytam? Z prostego powodu! Bardzo wielu ludzi – nie tylko rodziców małych dzieci – zapomina, że istnieje przecież coś takiego jak prawo do wizerunku!

Tyle w temacie. Nasze dzieci mają prawo do wizerunku. Owszem, jesteśmy ich prawnymi opiekunami. Ale nie możemy decydować o ich obecności w sieci, nie mamy prawa rozpowszechniać ich wizerunku bez zastanowienia, tłumacząc to jedynie niezrozumieniem przez nich świata wirtualnego i swoimi dobrymi intencjami. Bo za kilka lat może się okazać, że nasze dzieci wcale z tego faktu zadowolone nie będą. Bo być może poczują się upokorzone tym, że do sieci trafiały wszystkie intymne i ważne momenty ich dzieciństwa. Gdybać można bez końca, zdecydowanie łatwiej jednak temu zapobiegać niż później żałować swoich pochopnych działań.

Dlaczego wrzucamy całe dzieciństwo dzieci do sieci?

Sporo artykułów, źródeł, badań, również tych zagranicznych – już na ten temat czytałam. I zazwyczaj pojawia się w nich chęć pochwalenia się, podniesienia swojej samooceny. Nierzadko jest tak, że zdecydowanie więcej takich zdjęć i aktywności możemy zobaczyć u tych rodziców, którzy poza dzieckiem nie mają zbyt wiele innych aktywności. Żadnej pasji, znajomych, czasu dla siebie, pracy dającej spełnienie. To często typowe (cytując Fejsbuczka) mamy 24/7, które poza tym macierzyństwem – nie znajdują w swojej codzienności miejsca na nic, kompletnie na nic. Scrollują więc tego nieszczęsnego Fejsbuka, oglądają to i owo, i również chca pokazać światu, jak mają super. A że ich cały świat i rzeczywistość to wychowanie dziecka – chwalą się więc nim.

Dwudziestoma różnymi minami nad rozmemłanym brokułem, zdjęciami prosto z porodówki (ewentualnie sali poporodowej, koniecznie z rozpiętą koszulą), każdym wyjściem na plac zabaw i na lody. Po prostu – dla nich to norma, chwalić się tym wszystkim bez zahamowań. Bez najmniejszych nawet zahamowań. Odwróćmy teraz sytuację. Bo również często taki nadmiar aktywności przejawiają te kobiety, które pracują, robią karierę i takimi zdjęciami chociażby – chcą udowodnić (przede wszystkim) sobie i innym, że są też super matkami. W zasadzie wymieniać można tak bez końca – każdy typ matki czy ojca, można jakoś uzasadnić. Ale nie o tym dzisiaj miało być! Dzisiaj chciałam napisać o zjawisku jakże często widywanym, zwłaszcza na Instagramie – dzieci bez twarzy.

A w miejscu twarzy kremik do pupy, ręka mamy albo czapka opuszczona na sam czubek nosa.

Teoretycznie wszystko się zgadza. Wizerunku dziecka poniekąd nie udostępniamy, pieczołowicie zakrywając go tubką kosmetyku czy dłonią własną. Teoretycznie. W praktyce jednak jest to… mega słabe! I to słabe przede wszystkim ze strony moralnej. Bo z jednej strony dziecka pokazywać nie chcemy, niby je chronimy a jednak w momencie, gdy w grę wchodzi zarobek na lokowaniu produktu – zdjęcia robimy, w taki a nie inny sposób? No kiepskie, przyznacie sami. Moim zdaniem jedno z drugim się totalnie wyklucza. Albo dziecka nie pokazujemy wcale, albo to robimy. A jeśli już chcemy zachować jakieś granice prywatności – są inne sposoby niż przyklejanie czegoś w miejscu buzi dziecka. Po prostu.

Gdybym za każde zdjęcie z buzią dziecka zakrytą dłonią, zabawką, emotką (?!), które napotkałam na swoim instagramowym szlaku, w ostatnich miesiącach – dostała złotóweczkę, siedziałabym już w wymarzonym domu, bez konieczności zbierania na niego.

Sama w swoich kanałach social-media nigdy nie pokazałam żadnego z moich dzieci. Gdy Mały Czlowiek był niemowlakiem, nie korzystałam z Instagramu, nie miałam więc nawet podobnych dylematów, wszędzie indziej – po prostu tych zdjęć nie wrzucałam. Teraz zdarza mi się uchwycić gdzieś rączkę, stópki czy rozrzucone zabawki. Ale nie wrzucam zdjęć z zamazaną buzią czy jakkolwiek podobnie. Nie i koniec. Nie wrzucanie to… nie wrzucanie. Bo tak w zasadzie: po co?

Każdy wie, że dzieci mam. Fajne są, urodziwe całkiem, urocze i kochane – najbliżsi to wiedzą. Po co mają wiedzieć to nieznajomi, przypadkowi ludzie? Bo przecież wędrując po hashtagach, na nasze konta trafiają właśnie tacy, absolutnie przypadkowi goście. Teoretycznie prowadzę bloga z pogranicza parentingu, owszem. Jednak nie testuję dzieciowych kosmetyków, zabawek czy akcesoriów. Czasami zdarzały się recenzje książeczek czy pojedynczych drobiazgów – zawsze jednak bez dziecka w tle. A nawet, gdybym taką testerką była – nie ma problemu! Dany przedmiot można fajnie pokazać bez piętnastu portretów malucha z opakowaniem w rączce. Kosmetyki mogą stać wyeksponowane na łazienkowej półce, w estetycznej szufladzie komody, gdziekolwiek. Książeczki mogą leżeć na półce albo nawet na tle pokoiku dziecięcego, a co! Sposobów jest naprawdę wiele. Tak samo pokazując kompletowanie wyprawki i urządzanie kącika dla Maleństwa, wcale nie uważam by brakowało tam tego dziecka, przecież bez niego to nadal niemowlęcy kącik i nadal może być inspiracją dla kogoś.

Odrobina kreatywności i pracy wystarczy, żeby nie musieć do każdego zdjęcia ustawiać własnych dzieci.

Zanim siadłam do tego artykułu, przejrzałam Instagram pod kątem kilku najpopularniejszych instamatkowych, hashtagów. I co wówczas ujrzałam? O wiele za dużo! Obok idealnie wystylizowanych i tych zupełnie zwyczajnych, były również spore ilości tych zatrważająco niestosownych. I niestosowny nie oznacza tu od razu dziecko nago czy z piwem w rączce – chociaż i takie się zdarzały. Niestosowne to w tym wypadku wszystkie te zdjęcia, które są w jakiś sposób prześmiewcze, w pewnym stopniu te dzieci upokarzają. I chociaż większości odbiorców (postępujących zresztą, w identyczny sposób) to zupełnie nie przeszkadza, na szczęście są też tacy, których to razi.

Przykłady? Widziałam dziecko śpiące w krzesełku do karmienia, z buzią w makaronie. Widziałam dzieci w samych pampersach. Widziałam dzieci w szpitalach z wenflonami, wymęczone jelitówką czy zapaleniem oskrzeli. Widziałam dzieci przy ich szafkach w przedszkolu a nad ich główkami imię i nazwisko.

Uff, tyle wystarczy. Widzicie to? Przecież te sytuacje mają jak najbardziej prawo bytu (bo to normalne, to się zdarza!), nie mają jednak prawa wychodzić poza próg domu. Nie możemy dzielić się takimi momentami z całym światem! Nie mamy pojęcia, czy nasze dziecko za kilka lat nie uzna, że znacznie przekroczyliśmy jego granice intymności. Bo przecież w końcu dorośnie na tyle, żeby mieć świadomość pewnych kwestii, wyrobić sobie zdanie na pewne tematy. I wówczas może się okazać, że to, co nas bawiło i rozczulało – nasze dziecko nie bawi ani trochę. I ma absolutne prawo mieć do nas pretensje o to, że potraktowaliśmy go jak swoją własność, bez zahamowań szastając jego wizerunkiem.

Jeśli nie wyobrażacie sobie by ktoś wrzucił na Facebooka Wasze zdjęcie, jak siedzicie na toalecie – nie wrzucajcie zdjęć swoich dzieci na nocniku. Jeśli nie wyobrażacie sobie by ktoś wrzucił na Facebooka Wasze zdjęcie, gdy usmarowaliście się sosem od spaghetii albo osmarkaliście się przy przeziębieniu – nie wrzucajcie zdjęć swoich dzieci, leżących w jedzeniu. Jeśli nie wyobrażacie sobie by ktoś wrzucił na Facebooka zdjęcie w samych majtkach – błagam, nie wrzucajcie zdjęć swoich dzieci w samym pampersie lub bieliźnie. Po prostu nie róbcie z wizerunkiem dziecka tego, czego nie zrobilibyście ze swoim. Chociaż tyle na początek. A na sam koniec przypomnę to, co przypominam zawsze i przy każdej okazji: 

Jakich zasad, powinniśmy się trzymać, jeśli chodzi o publikowanie zdjęć dzieci?

  1. Zastanów się, zanim opublikujesz zdjęcie. Czy fotografia z maseczką inhalatora na buzi, zasmarkanym noskiem, na nocniku, w samym pampersie na plaży czy jakakolwiek inna – na pewno powinna trafić do sieci?
  2. Zastanów się, zanim podpiszesz jakiekolwiek zdjęcie. Czy prześmiewcze komentarze, szydzenie z dziecka lub obrażanie go – jest na miejscu? Czy rolą rodzica jest obśmiewać własne dziecko na forum publicznym?
  3. Zadbaj o ustawienia prywatności. Temat rzeka. Koniecznie ustawmy w swoim profilu widoczność naszych postów tylko i wyłącznie dla naszych znajomych, nigdy nie pozostawiajmy ustawień publicznych!
  4. Ograniczaj ilość publikowanych informacji. Adresy, nazwiska, miejsca wakacji, dane opiekunki czy inne kwestie, które ktoś może wykorzystać przeciwko nam, w zasadzie przeciwko naszemu dziecku – by zdobyć jego zaufanie w niebezpiecznym celu.
  5. Pamiętaj, że mniej znaczy więcej. Wcale nie musisz informować świata (albo wszystkich znajomych) o każdym kolejnym punkcie z harmonogramu dnia Twojego dziecka. Nie musisz a wręcz nie powinieneś! Dlaczego? Patrz: punkty wyżej.
  6. Nigdy – i pod żadnym pozorem! – nie publikuj zdjęć dzieci: nago, półnago, w sytuacjach kompromitujących, narażających na ośmieszenie lub krytykę (zarówno teraz, jak i w przyszłości). Przy tym pamiętajmy, że w Internecie nic nie ginie!

PS Jeśli ten tekst skłoni do refleksji chociaż JEDNEGO rodzica, który przescrolluje swoje konto na Facebooku czy Instagramie, usunie niestosowne zdjęcia swoich dzieci, zmieni ustawienia prywatności – będzie to dla mnie mały wielki osobisty sukces. Serio!

 

Zdjęcia: Lady Amarena Photography

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ➡ klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ➡ klik!

Napisane teksty 276

6 thoughts on “Rodzice w sieci: dzieci bez twarzy

  1. Ale zaraz czy dobrze rozumiem, że dla Ciebie wstawianie zdjęcia dziecka tyłem jest złe z zasady czy tylko jeśli się na tym zarabia? Bo ja np jestem zwykłą zjadaczką chleba i jeśli już publikuje zdjęcie dziecka to albo rączkę albo właśnie tyłem, ponieważ uważam, że jak ktoś chce go zobaczyć to zapraszam do domu. Nie uważam żebym robiła coś złego… W jednym się zgodzę. Zmienię ustawienia na tylko dla znajomych bo o tym zapomniałam.

    1. Ustawienia prywatności są bardzo ważne!
      Zła jest podwójna moralność – “z jednej strony nie wrzucam zdjęć dzieci bo to beee, z drugiej gdy w grę wchodzi zarobek – wrzucę, a co tam!”
      Osobiście również nie publikuję zdjęć swoich dzieci ani tutaj, ani na Instagramie, ani na prywatnym profilu. Czasami wrzucę zdjęcie stópki czy rączki, na Insta ewentualnie zdjęcie wózka czy pokoiku. Bo to przedmioty, nimi mogę się dzielić, identyczne mają tysiące ludzi na świecie. Dziecka nie wrzucę, koniec, kropka.
      Za żadne pieniądze. 😉

  2. W 100% zgadzam się z jednym : wszystkie zdjęcia upokarzające/intymne/kompromitujące/prześmiewcze nigdy nie powinny trafić do sieci, z czystego minimum szacunku dla naszego dziecka i jego prywatności (i tak, ciągle dziwi mnie ile osób takie fotki wrzuca)…
    Z drugiej strony (to wcale z tym pierwszym nie dyskutuje) uważam, że wszystkie argumenty osób przeciw (o tym, że co to się ze zdjęciem stać nie może) są mocno przesadzone. Nikogo nie namawiam, do wrzucania dzieci do internetu, szanuje jeśli jak np Ty podjęto decyzję by tego nie robić, sama wrzucam mało zdjęć rodzinnych bo zwyczajnie tego nie potrzebuję, ale też nie uważam, że sam fakt wrzucenia fajnego zdjęcia dziecka z wakacji, świąt , spaceru czy sesji jest słaby sam w sobie – o ile zdjęcia nie są jak wcześniej wspomniałam żenujące, to wizje tego jak to zdjęcie może się rozejść są dla mnie przesadnym czarnowidztwem 🙂

    1. Akurat tutaj chodzi o te żenujące.
      I niestety prawda jest taka, że one zaczynają żyć swoim życiem, często.
      Rodzic wrzuci, zwłaszcza gdy ustawienia prywatności kuleją – jest udostępniane i kopiowane dalej, trafia na prześmiewcze grupy, profile, powstają memy. Nie chcę rzucać tutaj konkretnymi historiami ale przez głupotę jednej matki, zdjęcie pewnego dziecka obiegło polską sieć zeszłego lata, wzdłuż i wszerz. Żenujące do granic…

      Wyznaję zasadę: nie wrzucać nic, czego sami nie chcielibyśmy zobaczyć ze sobą w roli głównej. Na prywatnym profilu mam może ze 3 zdjęcia, dzieci żadnego i dobrze mi z tym, mężowi również. Mam w gronie znajomych zarówno takich spamujących wszelkiej maści fotkami, jak i powściągliwych podobnie do nas. Zdecydowanie lepiej wrzucić mniej niż o trochę za dużo.

      Pozdrawiam stałą czytelniczkę! 🙂

      1. Masz rację żenujące, i w tej kwestii zgadzamy się bardzo 🙂 po prostu czasem też osoby które zdjęć nie wrzucają widzą niepotrzebne i rozdmuchane zagrożenie nawet w tych zwykłych fotkach 🙂
        a ja również pozdrawiam, choć raczej wpadam z różną regularnością i w efekcie komentuje hurtowo :p

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

%d bloggers like this: