#mamaweddingplannerka Dzień z życia pracującej mamy dwójki

No dobra, minęły dwa miesiące jako #mamadwójki i mogę co nieco na ten temat napisać. Zaliczyliśmy w międzyczasie dwa tygodnie urlopu męża tuż po porodzie, miesiąc zamkniętego przedszkola (bo przerwa wakacyjna), choróbsko, szpital a nawet… wesele. Nie sposób zliczyć również wszystkie emocje. Od totalnego zmęczenia, wyczerpania wręcz – po ogrom energii. Bezsilność, przeplataną z mega powerem. I tak dalej, dalej. Niekiedy ze skrajności w skrajność. Bo tak to już bywa, gdy łączymy ileś ról. Tak to bywa, gdy chcemy dać z siebie wszystko, czasami po prostu odpuszczając. 

Tak to bywa, gdy przyspieszamy – by móc później zwalniać właśnie wtedy, gdy zachodzi taka potrzeba. I tak bez końca, wciąż od nowa. Pochylamy się nad małymi wielkimi porażkami, napawamy się długo wyczekiwanymi osiągnięciami, odbijamy drobne przeciwności niczym piłeczkę. To wszystko tworzy niesamowity rollercoaster życia, nierzadko naprawdę na krawędzi szaleństwa!

Dystans to podstawa, z odrobiną… rozsądku!

Praca wedding plannera ma to do siebie, że jest szalenie nieregularna. Jednego dnia pracuję od świtu do… następnego świtu – a zaraz następnego mogę pozwolić sobie na dzień dla rodziny, planując służbowe obowiązki na kolejny, albo i za tydzień. Praca copywritera z kolei jest o wiele mniej dynamiczna. Konkretne zlecenia, określona ich ilość, określony deadline. W grę wchodzą jedynie niespodziewane poprawki, ewentualnie jakieś teksty do napisania znienacka – bo pojawi się nagle propozycja, nie cierpiąca zwłoki ani odmowy. I tyle. Tutaj również mam ten luz i swobodę, że wszystko zależy ode mnie, od moich decyzji, moich planów i własnego tempa pracy, dostosowanego do realiów. Dodajmy pierwsze zajęcie do drugiego, odrzucając cechy wspólne i przyglądając się tym różnicom – widzimy pewne zgrzyty, prawda?

Bo idealnie skrojone na moją miarę, szczegółowo zaplanowane, zlecenia redaktorskie – mogą zostać zaburzone dość nagle. Czymś, co osobiście nazywam pożarami. Bo sala weselna wypali z jakimś problemem, bo Panna Młoda zadzwoni z jakąś trudną sytuacją, bo trzeba będzie piętnaście razy zmieniać koncepcję kwiatów, oczywiście osobiście. A to wszystko na teraz, zaraz, już, na wczoraj najlepiej. A deadline pisarski w tle wciąż czeka przecież! Do tego dodajmy teraz skok rozwojowy niemowlaka, całe dnie i noce na rękach, kwik i pisk przy każdej próbie odłożenia. Trudno, co? Podnieśmy stawkę! Dorzućmy pięciolatka z infekcją, czyli w domu a nie w przedszkolu! To już level o nieco podwyższonym stopniu trudności. Wierzcie lub nie: może być trudniej. Dodajmy migrenę, wyjątkowo kiepską pogodę (nici ze spacerów!), zakupy do zrobienia, obiad do ogarnięcia i stertę prania wychodzącą już niemal z łazienki.

To nie musi tak źle wyglądać.

Naprawdę nie musi.

Jak ja na wszystko znajduję czas? Otóż cała tajemnica polega na tym, że nie mam czasu na to wszystko. Po prostu mam czas na to, co jest dla mnie ważne. Umiejętnie balansuję między delegowaniem, zwyczajnym olewaniem, staraniem się, pracą i odpoczynkiem, przyspieszaniem i spowalnianiem. Po prostu.

Powyższe słowa napisałam w tekście Chcesz mieć czas na wszystko? Nic prostszego!, w zeszłym roku. I w zasadzie niewiele się w tym temacie zmieniło. Owszem, przybyło obowiązków i bieżących spraw, nie ubyło jednak dystansu i organizacji. Balansowanie pomiędzy tym, co konieczne a tym co totalnie zbędne – stanowi nieodłączny element mojej codzienności. Do tego szczypta dystansu, garść zdrowego rozsądku i… gotowe!

Jak więc wygląda dzień z życia mamy dwójki, pracującej… na dwa etaty?

Załóżmy, że mówimy o wersji uproszczonej – czyli taka na przykład… środa. Gdy starszak jest zdrowy i przebywa w przedszkolu przez część dnia. Mąż wraca z kolei po siedemnastej. Tyle w temacie konkretów, przejdźmy do harmonogramu dnia. Przede wszystkim: nie ma harmonogramu. Zapisywane są terminy o określonych godzinach – wizyty u lekarza, kosmetyczki, spotkania z klientami czy cokolwiek podobnego. Poza tym na każdy dzień zapisuję od jakiegoś czasu, pięć rzeczy najważniejszych do zrealizowania oraz pięć takich, które fajnie by było zrobić, jednak nie są naglące. Jeśli uda się i z nimi uporać – pełen sukces, jeśli nie – trudno, pozostają do ogarnięcia innego dnia. I tyle. Bo umiejętność odpuszczania to ważny punkt checklisty na drodze do organizacyjnego sukcesu.

Godzina 6:30. Mąż i syn wychodzą do pracy i przedszkola. Zbiegam na dół, po drodze zgarniając pranie, butelki, pieluszki i co tam się nazbierało od wieczora w sypialni i okolicach. Trzyminutowy dosłownie prysznic + masaż rękawicą. Soczewki, krem pod oczy, krem do twarzy. Włączona pralka. Woda, czajnik, biegnę do góry, zaglądam do łóżeczka. Budzi się. Ścielę łóżka. Przewijam i ubieram Maleństwo. Idziemy na dół.

Godzina 7:00. Kawa na stoliku, komputer włączony, córka u boku. Mejle, social-media, komentarze i odpowiedzi na zlecenia. Gaworzymy sobie, uśmiechamy się a w międzyczasie klawiatura płonie.

Godzina 8:00. Po karmieniu i porannym klepaniu w klawiaturę – spacer. Nasza stała trasa, minimum pięć tysięcy kroków (aplikacja w smartfonie zlicza je oczywiście za mnie).

Godzina 9:00. Wracamy, czajnik, kawa, karmienie, rozwieszenie wstawionego wcześniej prania. Pierwszy tekst tego dnia napisany, drugi też, zaplanowane telefony wykonane. W międzyczasie bujanie, karmienie, przewijanie. Drukowanie i skanowanie. Odpisywanie i czytanie.

Godzina 11:00. Wychodzimy, spacerek do kosmetyczki. Manicure, brwi zrobione, wracamy. Przy okazji kupuję świeże kwiaty, jakieś drobne zakupy, kolejne kilka tysięcy kroków załatwione i teraz.

Godzina 14:00. Obiad się robi, dom w miarę ogarnięty, deadline nie dyszy nad głową, robota (w zasadzie) skończona.

Godzina 15:00. Po obiedzie zabawa z Małym Człowiekiem, spacer, podwieczorek, w międzyczasie bujanie, karmienie, przewijanie.

Godzina 18:00. Wraca mąż. Wspólna kawa.

Godzina 19:00. Kąpiele. Mąż kąpie i ogarnia syna, ja córkę. Syn później idzie ze mną do siebie, czytamy, zasypia. Córka zasypia w międzyczasie z Tatą.

Godzina 20:00. Podejście do pisania numer dwa. Pracuję nad własnymi projektami, piszę ile wlezie, z przerwą na wspólną kolację, jakiś film, kieliszek wina albo snucie planów.

Godzina 23:00. Po odrobinie pracy, prysznicach, ogarnięciu kuchni po całym dniu – idziemy do sypialni, pora na odpoczynek. Czasami muszę jeszcze popracować ale staram się to maksymalnie ograniczać o tej porze.

Co drugi dzień robię pranie. To, co się zdążyło nazbierać. Raz w tygodniu robię prasowanie. Tego, co niezbędne i nazbierane na desce w garderobie. Dwa razy w tygodniu ścieram wszędzie kurze a mąż odkurza i myje podłogi. Lekarzy z dziećmi ogarniam ja, zakupy mąż. Ubranka, pampersy, chusteczki, książki i wszystko to, co się da – zamawiamy przez Internet. Sztafeta obowiązków, ułatwianie, odpuszczanie i tony dystansu. Nie musimy być we wszystkim najlepsi, nie musimy absolutnie wszystkiego i zawsze – dopinać na ostatni guzik. Nie da się i nawet nie próbujmy wmawiać sobie i innym, że jest inaczej. 

Nauczyłam się dokonywać wyboru, co jest dla mnie w tej chwili ważne. Deadline zazwyczaj będzie ważniejszy od umycia podłogi, chory Mały Człowiek będzie ważniejszy od treningu na siłowni, rocznica czy imieniny męża – będą ważniejsze od spotkania z kimś tam. Kwestia priorytetów. Nie da się ogarniać wszystkiego. Trzeba wybierać.

Czasami mam tyle pracy, że nie sprzątam przez tydzień. Czasami jemy dwa razy w tygodniu jajko sadzone z puree i mizerią, i żyjemy! Czasami nie mogę doczekać się poniedziałku – bo wizja przedszkola od rana, napawa spokojem o odkopanie się ze stert zaległości, powstałych podczas choróbska chociażby i kiszeniu się w domu całymi dniami we troje. To jest dopiero szkoła przetrwania! Trochę jakby wyłączyć myślenie – bo pięciolatek jest absorbujący na tyle, że czasem myśleć trudno. Trochę jakby urwać sobie jedną rękę – bo z niemowlakiem na piersi, ciężko robić cokolwiek dwoma, prawda? 

Najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że trzeba odpowiedzieć sobie na jedno pytanie: co jest dla mnie w tej chwili ważne? Jednego dnia jest dla mnie ważna gorąca kawa i deadline, innego czas z dziećmi a jeszcze innego niezliczona ilość prania, prasowania i sprzątania. Nie musi w konkretnym momencie najważniejszym być absolutnie wszystko. Bo na pewno coś może poczekać, na pewno coś można odłożyć na wieczór, na jutro, za tydzień. I warto to robić, bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Przede wszystkim w zgodzie ze sobą. 

 

Zdjęcia: Lady Amarena Photography

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ➡ klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ➡ klik!

Napisane teksty 281

One thought on “#mamaweddingplannerka Dzień z życia pracującej mamy dwójki

  1. Trafiłam tutaj przypadkiem od przyjaciółki i już teraz muszę kolejny raz podziękować Ci za świetny wpis. Jestem osoba bardzo aktywną która za cztery miesiące stanie się mamą i takie wpisy dają mi niesamowite poczucie stabilizacji i ukojenia że jednak się da i to przy więcej niż jednym dziecku ❤️

    Robisz Kobieto dobrą robotę❗️

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

%d bloggers like this: