Influencer (niekoniecznie) znaczy żebrak?

Włączam telewizor, śniadaniówka na ekranie. Siedzą na kanapie i dyskutują. O influencerach, o blogerach, o twórcach internetowych. Przysiadam, spijam kawę, słucham. Bo toż to przecież i mnie dotyczy, dlaczego miałabym nie pochylić się nad tematem? A temat szeroki i trudny, budzący kontrowersje i emocje, niekoniecznie pozytywne.

Ktoś wpadł na pomysł i opublikował screeny próśb (propozycji?), które spływały do niego w ostatnich tygodniach. Bo w danym mieście duża impreza masowa, ludzie zjeżdżają a wśród nich właśnie oni. Influencerzy, blogerzy, #instaludzie. I właśnie oni uderzyli z wiadomościami typu: Wypromuję Was za darmowe drinki, wrzucę relację, wrzucę zdjęcia, będzie fajnie i miło. Ostatecznie jednak miło nie było i nie jest. Bo propozycje spotkały się z przysłowiową ścianą, na domiar złego zostały upublicznione.

***

Wiedzieliście, że twórca internetowy, który zarabia na swojej twórczości i poważnie podchodzi do tego zajęcia, ma swoją ofertę? Konkretną ofertę, którą jest w stanie przedstawić. Szczegółową, interesującą, ze stawkami, statystykami i wieloma innymi elementami. Podjęcie współpracy rzadko kiedy wygląda tak:

-Hej, jestem blogerem. Popromuję Was, chcecie?

-Jasne, super, chcemy!

Równie rzadko wygląda to podobnie też od tej drugiej strony:

-Dzień dobry, produkujemy torebki. Chcesz współpracować?

-Pewnie!

Kiedy przejrzałam niektóre z krążących screenów, zrobiło mi się nieco głupio. Brakowało i interpunkcji, i jakiejkolwiek kultury, chociaż minimum. Trochę w tonie koleżeńskim, nazbyt koleżeńskim. Trochę zbyt bezczelnie. Pewność siebie to jedno, bezczelność to już co innego. Ale do brzegu. To, co przede wszystkim chciałabym powiedzieć: nie zgadzam się z takim generalizowaniem. Nie wrzucajmy wszystkich do jednego worka. Bo każdy jest inny.

Owszem, są tacy, którzy biegną za każdą darmoszką, każdym gratisem, każdą współpracą i na ich blogach czy kanałach – mamy wszystko. Od dżemów, przez kremiki – na ubraniach kończąc. Barter pogania barter, paczki przychodzą, kolejne produkty się pokazuje, bez końca i bez końca. Co jest najgorsze? Że bardzo często takie osoby psują rynek. Rozumiem, że każdy jakoś zaczynał i zaczyna. Cztery lata temu zaczynałam, zupełnie nieświadoma realiów blogosfery. Pierwszy barter zaskoczył, drugi ucieszył, trzeciemu odmówiłam, czwartemu też. Bo totalnie nie pasowały do mnie, do bloga, do tematyki, do moich przekonań. I w ogóle. Ale nie o mnie dziś.

Gdy w grupach dla blogerów ktoś wrzuca info o barterze i dorzuca do tego wymagania – można się czasami jedynie gorzko zaśmiać. Bo jeśli ktoś szuka bloga z dużymi zasięgami, dużym zaangażowaniem i w zamian proponuje kosmetyk o wartości kilkudziesięciu złotych, oczekując jednocześnie rzetelnego materiału – jest to straszne. Zwyczajnie straszne. Twórca na to zaangażowanie i zasięgi prawdopodobnie ciężko pracował (pod warunkiem, że nie kupił followersów, co niestety jest istną plagą). Ta praca zapewne nie była kwestią kilku dni czy tygodni a wielu długich miesięcy, jeśli nie lat. Propozycja kremiku za artykuł i zdjęcia (kolejny kawał roboty!) to niemal policzek. Serio, serio.

Napisanie tekstu – w moim przypadku to zazwyczaj minimum osiemset, dziewięćset słów, to nie wszystko. Trzeba zrobić zdjęcia. Trzeba je obrobić. Trzeba podziałać w social-media. A w tym wszystkim jeszcze produkt trzeba przetestować, żeby materiał był możliwie najbardziej rzetelny. To kilka godzin harówy, wycenione w tym wypadku na trzydzieści, czterdzieści złotych. Podczas gdy inny klient przyjdzie i zaproponuje wynagrodzenie, kilkukrotnie wyższe. Jeśli nie kilkanaście razy. Klient szanujący twórcę i jego pracę, znający jej wartość.

To firmy i agencje w ich imieniu – zaczęły żebranie. Wiecie, ile razy otrzymuję mejle, na które najchętniej nawet bym nie odpisywała? Najświeższy: tekst plus zdjęcia w zamian za kosmetyki o wartości osiemdziesięciu złotych. Jeszcze lepiej? W zamian za tubkę kleju. Podbić stawkę? Absolutnym hitem ostatnich miesięcy była propozycja napisania zupełnie za darmo bo firma zużyła już budżet na marketing. I to wcale nie mała firemka – a duży koncern. Uff. Masakra, co?

Przeglądając oferty dla blogerów – trzeba mieć nierzadko nerwy ze stali. W gąszczu nic nie wartych, okrutnie nieuczciwych, trudno znaleźć wartościowe. Naprawdę trudno. Firmy często uważają, że jak rzucą coś w barterze – to każdy się zgodzi na współpracę, nieważne czy ten barter to dwie pary majtek, czy też wycieczka all inclusive. Do tego dochodzi mentalność odbiorców. Recenzja książki, kosmetyku czy ubrań (otrzymanych w mniemaniu czytelników za darmo) spotykają się z różnym odbiorem. Często – niestety – uważa się, że taka praca to żadna praca. Z tej perspektywy pisałam o tym w tekście Bo bloger wszystko dostaje za darmo!.

Sytuację utrudniają też sami twórcy. Praca i pieniądze to jedno. Wiarygodność to już (często) coś zupełnie innego. Jeśli ktoś notorycznie i masowo wszystko reklamuje, bez głębszego zastanowienia, bez większej selekcji – co tylko się da, nieco zakrzywia wizerunek twórcy internetowego. Bo nie o ilość powinno chodzić a o… jakość, prawda? I później wszystkich pozostałych bezkrytycznie porównuje się do takich postaci, do ich stylu bycia i podejścia. W ten sposób dochodzi do sytuacji, gdy pod poleceniem czegokolwiek (nieważne, w jaki sposób) widzimy komentarze sugerujące, że ktoś się “sprzedał” albo “poleca bo za darmo”. To maksymalne uproszczenie, oczywiście. Nie ma jednak co ukrywać: powszechne. Bardzo. Za bardzo.

Ustalmy sobie jedno: nie każdy twórca internetowy jest influencerem, nie każdy influencer jest żebrakiem barterów.

Nie wystarczy mieć kilkudziesięciu tysięcy obserwujących na Instagramie. Serio, to żaden wyznacznik. Na szczęście coraz większy nacisk kładzie się na zaangażowanie odbiorców, nie na cyferki. Wiecie co? Ostatnio chciałam spróbować swoich sił i zgłosiłam się do kampanii na Instagramie właśnie. Barter, owszem. Jednak w stu procentach do mnie pasujący, spełniający moje wymagania – innymi słowy coś, co sama chętnie bym kupiła. Nie dostałam się, spoko. W końcu półtora tysiąca obserwujących to jednak mało. Ale, ale, ale! Do kampanii dostała się osoba z kontem sześć razy większym teoretycznie. Dlaczego tylko teoretycznie? Bo weszłam w kilka zdjęć a tam ilość serduszek podobna do moich wyników. Czyli co? Ma prawie dziesięć tysięcy obserwujących i z nich zdjęcia lakuje ledwie setka? Zajrzałam do obserwujących a tam same zagraniczne i fejkowe konta. Przykro trochę, prawda? I nawet nie chodzi o mnie – bo ja na Instagramie mam naprawdę małe konto. Chodzi o tych ludzi, którzy się zgłosili ale bardziej zasłużyli na udział w kampanii, bardziej by się przyłożyli, ich wpływ (mimo mniejszej ilości followersów) byłby zdecydowanie większy bo ich odbiorcy są prawdziwi, nie kupieni, nie udawani. To jeden z wielu przykładów podobnych sytuacji, NIESTETY.

Żyjemy w czasach, w których influencer marketing ma się świetnie, ma się coraz lepiej. I nie ma w tym nic złego! Jeśli odpowiednio wybrany do kompanii, influencer – pokaże swój pobyt w hotelu z rodziną, ubierając to w fajną historię i pozytywne emocje, ludzie zainteresują się tym miejscem. Odbiorcy będą chcieli tam też być, zobaczyć, doświadczyć. Nie mówię, że wszyscy. Nie mówię, że zawsze. Ale tak to działa. Jest taki jeden hotel, który poznałam dzięki relacji na IG u pewnej blogerki. Mega miejsce, szalenie spodobała mi się ich oferta i to właśnie tam wybieramy się późną jesienią. Szukając noclegu w tym miejscu, nie trafiłabym prawdopodobnie na ten hotel, ewentualnie ominęła przy wyszukiwaniu bo sama nazwa i cena – niewiele by mi powiedziały. A działania tej konkretnej influencerki, pokazanie tylu fajnych rzeczy w tym hotelu sprawiły, że też chcę tam pobyć. Po prostu. I to jest właśnie ten wpływ!

Nie wystarczy napisać, że produkt X jest godny polecenia. To nikogo nie obchodzi, serio. To się nie sprawdza. I mówię to z perspektywy odbiorcy – taka polecajka nie robi na mnie wrażenia. Wiem to też z punktu widzenia twórcy – podobne treści natrafiłyby na ścianę. Co innego, jeśli chociażby zwyczajną sukienkę ubiorę w… historię.

Opowiem o niej tak, jakby była główną bohaterką. A później wplotę w swoją codzienność.

By odbiorcy ją tak zwyczajnie widywali. Skoro jest elementem mojego życia, skoro naprawdę mi służy i naprawdę jest niezawodna, nie będę bała się o tym opowiadać bez końca. A stwierdzenie, że jest godna polecenia i dwa tygodnie później podobne stwierdzenie o zupełnie już innej – jak dla mnie mija się z celem. Nie lubię masówki, nie chcę tworzyć masówki, nie chciałabym również jako odbiorca, z taką masówką zderzać się w czyichś poleceniach.

Zdarza mi się – zwłaszcza w tematyce ślubnej, czysto zawodowo – mieć jakiś pomysł. Zazwyczaj do tego pomysłu potrzebne są konkretne produkty. I nie widzę nic złego w sesjach stylizowanych, gdzie ileś fajnych marek się pokaże a ja będę mieć materiał zdjęciowy. Nie widzę też nic złego w barterze, jeśli mogę pokazać na tamtym blogu, coś naprawdę godnego uwagi. Korzystają obie strony. Ja realizuję swój pomysł, zaangażowane marki mają promocję, materiał zdjęciowy i udział w czymś ciekawym. Za każdym razem jednak, gdy szukam takich partnerów – zawsze opowiadam im historię, którą mogą z nami współtworzyć. Zarys pomysłu, który ma jak najintensywniej pobudzić wyobraźnię a do tego lista konkretnych informacji, dotyczących samych warunków współpracy.

I w tym wypadku nie chodzi o tą darmoszkę, która wabi tak wielu. Jest pomysł, są konkretne działania, jest efekt. Nie ma czegoś za darmo a w zamian migawka na InstaStories, ginąca w gąszczu innych. I naprawdę szalenie przykro się robi, gdy człowiek siedzi nad ofertą, nad pomysłem, nad wyszukaniem konkretnych produktów i marek, które w dany pomysł się wpisują, wychodzi z propozycją, stara się, rozmawia, negocjuje, tworzy i realizuje – a w zamian słyszy gdzieś, że “wyżebrał za darmo” albo “dostał, pstryknął fotkę i hajsik się zgadza”.

***

W każdej branży znajdą się wyjątki i to wcale nie tak rzadkie, jak mogłoby się wydawać. W każdej dziedzinie znajdziemy (bez problemu!) totalne buble. W każdym towarzystwie znajdzie się ktoś, kto gwiazdorzy i uważa, że wszystko się jemu należy już za samą chęć oddychania. I tak też jest w blogosferze, na Instagramie, na YouTubie – wszędzie. Bo wszędzie tam, gdzie są ludzie, znajdziemy różnice i skrajności. Każdy jest inny, pojawiać się będą zupełnie odmienne przypadki, również te ekstremalne. Zawsze. Absolutnie zawsze. I absolutnie wszędzie. 

Nie zakładajmy z góry, że twórca internetowy równa się stereotypowemu Januszowi, czyhającemu jedynie na wszelkie darmoszki. Jeśli takowych widzimy, nie obserwujmy, nie czytajmy i… tyle. Nikt nie zmusza odbiorców do patrzenia na coś, co zwyczajnie drażni. Autentyczność, ciekawy pomysł i zaangażowanie – to zawsze się obroni, na resztę przymykajmy oko. Nie twórzmy publiczności dla kogoś, kogo nie cenimy. Proste? Proste. 

zdjęcia: Lady Amarena Photography

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ->  klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ->  klik!!

Napisane teksty 283

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

%d bloggers like this: