Miejsca bez wstępu dla dzieci. Czy mają prawo istnieć i mieć się dobrze?

Mając w domu – już! – pięciolatka a co za tym idzie, pięć lat macierzyństwa za sobą, mogę śmiało stwierdzić: z dziećmi DA SIĘ naprawdę wiele zrobić. Od pierwszych tygodni i miesięcy Mały Człowiek bywał ze mną u lekarza, w urzędach, na poczcie, w supermarkecie, w kawiarni czy restauracji. Zabierałam go wszędzie tam, gdzie musiałam się udać a jednocześnie nie miałam możliwości zapewnienia jemu na ten czas opieki. Z perspektywy czasu? Podziwiam siebie za odwagę. Bo później niejednokrotnie zderzałam się z opiniami, że matki z dziećmi w przestrzeni publicznej powinny się gdzieś usunąć najlepiej. Nigdy jednak nie zabrałam go tam, gdzie dzieci zabierać się nie powinno. 

Powszechnie uważa się, że dzieci hałasują przy jedzeniu, biegają, wrzeszczą, kręcą się pod nogami, wprowadzają chaos i masakrę – w skrócie mówiąc. Owszem, są takie przypadki. Nie raz i nie dwa takowe widziałam, niejednokrotnie zażenowana zachowaniem dzieci i rodziców widzianych gdzieś tam. W czym tkwi problem? W zasadzie to (jak zwykle) w generalizowaniu i skrajnościach. Bo nikt nie każe rodzicom zamykać się w domu na cztery spusty i z dziećmi nosa nie wyściubiać poza własny próg. Oczywiście, że nie! Nikt też nie każe im pozwalać swoim dzieciom dosłownie na wszystko, zwłaszcza w miejscach publicznych. 

***

Jest całe mnóstwo miejsc dedykowanych rodzinom z dziećmi. Klubokawiarnie, restauracje z placami zabaw i dziecięcym menu, i tak dalej, i dalej. Osobiście często korzystałam i korzystam z pierwszej opcji. Ba! Bardzo ją sobie chwalę. Idźmy dalej. Tyle się mówi o przewijakach w publicznych toaletach, miejscach do karmienia, kącikach dla dzieci w przychodniach, galeriach handlowych i w ogóle. Zauważyliście? Tak jak ileś lat temu to było rzadkością – tak teraz staje się niemal normą. Skoro więc mamy tyle miejsc przyjaznych dzieciom, dlaczego by nie odwrócić sytuacji i stworzyć miejsca wolne od maluchów? Takie tylko dla dorosłych? Bez kredek, kolorowanek, menu dla dzieci i kącika z kolorowymi krzesełkami? Bez płaczu w jednym kącie albo wózków rozstawionych przy wejściu? 

Czy powinny bulwersować nas takie miejsca przeznaczone tylko dla dorosłych, bez wstępu dla dzieci? 

Przykład: para ma dzieci (powiedzmy, dwójkę czy trójkę), pracują, mają jakiś tam wachlarz codziennych obowiązków. Zmęczenie, stres, sztafeta powinności – to nieuniknione, prawda? Zapewne fajnie by było czasami odpocząć od tego, co mają na co dzień. Od chaosu tej codzienności właśnie. Kolacja w miejscu, gdzie nie uświadczą obecności (i nierzadko związanego z nimi, tegoż chaosu) dzieci i rodziców, którzy zazwyczaj wprowadzają o wiele więcej zamętu niż same pociechy – wydawałaby się być kuszącą wizją. Nie mówcie, że nie!

Wiem, wiem. Zaraz odezwie się chór głosów, że dobry rodzic (wszak idealnych mamy w internetach pod dostatkiem!) nigdy, absolutnie NIGDY dobrowolnie nie zostawiłby dzieci i nie poszedłby do knajpy siedzieć przy pysznym jedzonku, opijać się dobrym winem i tak zwyczajnie… dobrze się bawić. Bo gdzież to tak? Dla własnej przyjemności, egoistycznie, bez dzieci?! A no tak. Po prostu tak. Dla własnego zdrowia psychicznego, dla dobra związku, dla równowagi w życiu – wychodzić z domu trzeba. Bez dzieci. Regularnie. 

Wiem, że nie każdy ma możliwości. Sama nie miałam ich naprawdę długo. Później, żyjąc już we troje – nadal ich nie mieliśmy. Każdy wspólny wypad gdziekolwiek wiązał się z ogromnymi kombinacjami, wsparciem Dziadków, którzy na co dzień byli przecież daleko. Zdarzały się pojedyncze dni urlopu na rzecz wspólnego czasu, gdy dziecko w przedszkolu. I wiecie co? Gdy już tak człowiek wyjdzie do ludzi, bez dziecka, samotnie lub we dwoje – zdecydowanie bardziej woli omijać miejsca family friendly na rzecz tych, gdzie trudno o rodzinki z maluchami. Chcą odpocząć od swoich – nie musimy chcieć tolerować czyichś. Proste, prawda?

Świat potrzebuje różnorodności. 

Mamy kawiarnie dla kotów i ich właścicieli, restauracje wegańskie czy miejsca przyjazne dzieciom. Są miejsca dla palaczy, są też takie z absolutnym zakazem palenia. Dlaczego więc nie miejsca tylko i wyłącznie dla dorosłych? Co jest w tym niewłaściwego? Miejmy prawo wyboru: czy chcemy zjeść w towarzystwie innych dzieci, samych dorosłych czy może kotów? Każdy z nas jest inny, każdy ma totalnie odmienne potrzeby i upodobania. Korzystajmy z praw wolnego rynku, który pozwala nam na taką różnorodność. 

Nie generalizuję ale jeśli wchodzę do klubokawiarni dla rodzin z dziećmi – muszę mieć na uwadze, że piski, tupanie czy płacz, nie będą tutaj niczym przedziwnym. Nie są pewne ale… zdarzyć się mogą. Jeśli są zabawki, jest miejsce do zabawy, to ta zabawa będzie mieć miejsce. A wraz z nią wszelkie towarzyszące jej, odgłosy. Takich miejscówek jest na tyle dużo, że rodzice z maluchami mają możliwość uczyć je od najmłodszych już lat, zachowania w miejscu publicznym, jedzenia w restauracji czy podstawowych zasad, jakie w podobnych miejscach obowiązują. Ale nie powinniśmy też mieć pretensji o to, że jakieś miejsca podobnych warunków nie stwarzają (bo nie muszą!) czy wręcz nie przewidują miejsca dla dzieci. 

W podobnych dyskusjach zazwyczaj pojawiają się również komentarze, w których rodzice licytują się, które dziecko spokojniejsze i mniej by przeszkadzało w restauracji. Okej! Jako rodzice mamy obowiązek uczyć dzieci życia. W tym współżycia z innymi ludźmi, również w sferze publicznej. Na przykład w takiej restauracji. Od początku uczyłam syna, że po restauracjach nie biegamy, nie zaczepiamy ludzi, nie hałasujemy. Co innego, jeśli jest tam specjalnie przeznaczone miejsce do zabawy – tam można się bawić, owszem. Ale nigdy w sposób, który przeszkadza innym gościom. I nie, nie przemawia do mnie argument: to tylko dziecko. Jesteśmy za swoje potomstwo w stu procentach odpowiedzialni. Zgodzę się, że nie są to małe zaprogramowane robociki. I tak – mogą mieć gorszy dzień. Jak każdy człowiek. Nijak się jednak ma gorszy dzień do zwyczajnego braku wychowania. Rozróżniajmy to. Nie usprawiedliwiajmy zbyt pochopnie. Ale też zbyt pochopnie nie oceniajmy. 

Nikt nie ma zamiaru uniemożliwiać rodzicom wyjścia z dziećmi. Nikt nie zamyka matek w domach (taki argument usłyszałam przeciw miejscom bez dzieci ostatnio…) ani nie skazuje ich na samotność. Nie przesadzajmy! Jest mnóstwo możliwości i ofert. Jeśli w jednym miejscu nie ma wstępu dla dzieci – w pięciu innych będą już mile widziane. Korzystajmy z różnorodności ale też przede wszystkim ją szanujmy. Bo jest niezbędna do tego, żeby funkcjonować w społeczeństwie. 

***

Są dzieci, które od najmłodszych lat są oswajane z miejscami publicznymi, z zasadami tam panującymi i potrafią się dostosować do danych okoliczności. Są dzieci, które – ze względu na temperament czy jakieś problemy – nie umieją wysiedzieć w miejscu, są o wiele bardziej absorbujące czy hałaśliwe. Są też takie, którym zwyczajnie nikt nie pokazał właściwego wzorca i nie umieją zachowywać się w wielu miejscach czy okolicznościach. Dzieci to temat rzeka, w wielu przypadkach za jakimikolwiek nieprzyjemnymi sytuacjami stoją jednak rodzice i ich brak reakcji. Dorośli często zasłaniają się stwierdzeniem, że to tylko dziecko i tworzą w ten sposób niezdrowy wizerunek rodzica XXI wieku. 

Wszędzie zdarzają się patologie różnego rodzaju. Tak jak jedni rodzice będą pozwalać dzieciom skakać po kanapach w knajpie i wrzeszczeć na pół lokalu, nie zwracając na to najmniejszej uwagi – tak inni zjedzą obiad ze swoimi dziećmi w spokoju i wzajemnym szacunku. Każdy przypadek jest inny. Ale każdy powinien zdawać sobie sprawę z tego, że mamy prawo wyboru. Każdy z nas ma prawo wybrać, czy chcemy zjeść kolację w towarzystwie rodzin z dziećmi czy tylko dorosłych. Bądźmy rozsądni. Wybierajmy miejsca odpowiadające naszym potrzebom i dostosowane do nich. Jednocześnie nie krytykujmy miejsc zupełnie odmiennych. Nie da się wszystkim dogodzić i to prawda znana od wieków. Nie pchajmy się więc tam, gdzie nie jesteśmy mile widziani. Trochę dystansu i rozsądku. Kochajmy swoje dzieci, mając na uwadze że nie wszyscy muszą je uwielbiać. 

 

zdjęcie: Lady Amarena Photography

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ->  klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ->  klik!!

Napisane teksty 283

One thought on “Miejsca bez wstępu dla dzieci. Czy mają prawo istnieć i mieć się dobrze?

  1. Jakoś wcześniej ominęłam ten wpis, ale jak nie często mi się zdarza, zgadzam się z nim w 100%! serio, co komu szkodzą restauracje bez dzieci/zwierząt/palaczy jeśli ktoś chce iść do restauracji z dzieckiem/psem czy palić w niej to zwyczajnie idzie do takiej, w której jest na to przyzwolenie 🙂 jakie proste i oczywiste, a jednak nie dla wszystkich

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

%d bloggers like this: