Pozwólmy dziecku… nic nie robić!

Dzieci mają w obecnych czasach bardzo ciężkie życie. Dlaczego? Akurat wstęp do tego tekstu należy potraktować niejako z przymrużeniem oka, jednak ile w tym jest prawdy i smutnych refleksji – wyciągajcie sami. Tyle, ile uznacie za stosowne. Tyle, ile w was uderzy.

Maluch się rodzi, trafia na pierś mamy, utulony, ucałowany, później ląduje w pieczołowicie dobieranym (jeszcze przed jego narodzinami, oczywiście) rożku czy też otulaczu, w końcu otulacze są o wiele bardziej na czasie, wszyscy na Instagramie mają, nie będziemy dziecku żałować! Pierwsze zdjęcie, pierwsze video, już wszyscy znajomi widzieli, już mogą podziwiać!

W domu czeka już łóżeczko wypełnione pościelami, poduchami, kocykami i kokonami. Obowiązkowo szumiący pluszak, obowiązkowo kolorowa karuzela – z projektorem i melodyjką, w pogotowiu naszykowana już mata edukacyjna, leżaczek-bujaczek z funkcją wibracji, bujania, kołysania, grania i wieloma innymi. Później to już idzie z górki. Mijają miesiące, kolejne interaktywne zabawki, kolejne gadżety i kolejne… rozpraszacze. A to wszystko zazwyczaj ze smartfonami i telewizorami w bliskim tle.

***

Ogromnym problemem dzisiejszych dzieci jest to, że są z każdej możliwej strony przebodźcowane, jak kto woli – przestymulowane. Od pierwszych dni tabuny gości, noworodek wędruje z rąk do rąk. Nadmiar osób, dźwięków, hałasów. Później dziwimy się, dlaczego nasze dzieci są rozdrażnione, nie biorąc pod uwagę zupełnie takich właśnie oczywistości.

Od pierwszych miesięcy uczymy, że każda minuta, każdej doby – jest na coś przeznaczona.

Już niemowlęta są atakowane wieloma różnymi zajęciami – nie ma nic złego w kontaktach z rówieśnikami na takowych, jednak warto pamiętać o jakichś granicach. Bieganie codziennie na inne, w innym miejscu, w innym gronie – to trochę zbyt wiele dla chociażby półroczniaka czy nawet roczniaka. Tu nie chodzi o jakiś bliżej nieokreślony wyścig, która mama będzie uczestniczyć w większej ilości muzykowania, sensoplastyki czy innych zajęć tego typu. W tym wszystkim zawsze chodzi o dziecko, o jego dobro, o jego potrzeby, o jego równowagę.

Później przychodzi żłobek, przedszkole. Zdarza się, że dzieciaczki siedzą tam od otwarcia do zamknięcia. Rozumiem wszystko, rodzice muszą pracować przecież, w takiej placówce dziecku krzywda się nie dzieje, ba – w większości przypadków maluchy się świetnie rozwijają i są wśród rówieśników szczęśliwe. Ale… tyle godzin w przedszkolu powinno w zupełności wystarczać, zwłaszcza że w międzyczasie mają często i angielski, i rytmikę, i różne inne dodatkowe aktywności. Niestety wiele z tych maluchów po przedszkolu nie trafia do domu, jadą z rodzicami dalej…

W poniedziałek klubik piłkarski, we wtorek angielski, w środę karate a w czwartek znów angielski. Dziecko wraca z rodzicem do domu, kolacja, kąpiel i sen. W weekendy z kolei rodzice chcą sobie odbić zapracowany tydzień i mnożą atrakcje – rano basen, później park rozrywki, na koniec restauracja, wracają do domu padnięci i… przychodzi pora spania.

Tyle się mówi o czasie dla siebie, w świecie dorosłych trąbi się o jakże znanym work-life balance. Dlaczego więc pozbawiamy tej równowagi własne dzieci? Dlaczego chcemy by cały czas ich życie toczyło się na najwyższych niemal, obrotach?

Każdy człowiek, również mały człowiek (czyli dziecko!) potrzebuje czasu dla siebie, potrzebuje tak po prostu, najzwyczajniej w świecie… się ponudzić. Nuda jest zupełnie niepotrzebnie traktowana po macoszemu, moim zdaniem. Nie jest to absolutnie coś niepożądanego, każdy maluch potrzebuje nudy by nieco rozbudzić swoją kreatywność. I warto o tym pamiętać, zanim wypełnimy pociechom całą dobę, nie dając chwili na odpoczynek czy taką nudę właśnie.

Czym jest nuda? Zazwyczaj motywacją do jakiegoś dalszego działania. Dziecko podejmuje aktywność by czymś się zająć, zapewnić sobie jakieś zajęcie czy rozrywkę. Wniosek? Rośnie zaangażowanie, rozwija się kreatywność. Same plusy, nie ma na co narzekać, prawda?

A słyszeliście kiedykolwiek o tym, że ktoś złapał flow? Czym jest to słynne, często wymieniane flow? Jeśli dobrze pogrzebiemy w sieci i poczytamy trochę ciekawych źródeł, możemy dowiedzieć się o tym, że flow to nic innego jak… stan przepływu, uskrzydlenia. Maksymalnie intensywnie skupiamy się na danym zadaniu wówczas, angażując się do tego stopnia, że świadomość otaczającego nas świata – znacznie się zmniejsza.

Znacie to? Zdarza się, że coś pochłonie was do tego stopnia, że na chwilę tracicie kontakt z rzeczywistością, czas jakby przestaje płynąć, bodźce z zewnątrz jakby mniej intensywnie docierają? Osobiście doświadczam czegoś takiego w najmniej oczekiwanych momentach. Biorąc pod uwagę fakt, że w ostatnich miesiącach dużo leżę i odpoczywam – podobne momenty dopadają mnie właśnie w chwilach takiego nicnierobienia. Wtedy natychmiast sięgam po laptopa, spisuję na poczekaniu cały tekst albo gorączkowo rozpisuję mejla z super pomysłem na super projekt z konkretnymi ludźmi. Mija pół godziny, godzina a ja w tym czasie zdążę zrobić tyle, co normalnie podczas całego dnia wytężonego wysiłku. I to jest fajne, naprawdę! Owocem takich sytuacji jest wiele naprawdę dobrych pomysłów. Dlaczego miałabym pozbawiać swoje dziecko takich możliwości?

Nie wyobrażam sobie stać nad Małym Człowiekiem i dyktować jemu, co ma teraz robić, w co się bawić, czym zajmować.

Pomijam oczywiście wspólne zajęcia czy zabawy, gdy czas jest przeznaczony na spędzanie go we dwoje czy we troje, rodzinnie. Bo wówczas sprawa jest jasna – robimy to i to razem, to nasz czas. A co z czasem wolnym? Możemy co najwyżej go zainspirować, coś podsunąć, zaproponować ale z czystym sumieniem pozostawiamy jemu wolną rękę w samodzielnej zabawie.

To w takich właśnie momentach okazuje się, że można przebudować rakietę z klocków na kilka mniejszych pojazdów, czego producent nawet nie przewidział. To w takich właśnie momentach powstają najładniejsze obrazki, najdokładniejsze kolorowanki, odkrywane na nowo są zabawki nie używane już od jakiegoś czasu. Warto? Warto, bez wątpienia.

***

Nie wyobrażam sobie pojechać na urlop i zaplanować go od A do Z, musi być też czas na grzebanie się w piasku na plaży, bez żadnych planów, bez żadnej presji. Tak samo nie wyobrażam sobie siedzieć przy Małym Człowieku w piaskownicy i dyktować jemu, czym i jak ma się w tej chwili bawić. Nie ma też opcji na to, żeby w weekend od samego rana odhaczać kolejne punkty dnia, ułożone przez nas – bez miejsca na jego swobodę i czas dla siebie.

Wiem, że wszędzie się krzyczy o tym, że z dnia trzeba wyciskać maksimum. Nie popadajmy jednak w paranoję, nie odbierajmy dzieciom dzieciństwa, nie pozbawiajmy możliwości rozwoju! Bo nuda, bo zajęcie się sobą – to właśnie rozwój. Kreatywności. Zaangażowania. Nie miałabym serca by odbierać to własnemu dziecku. W zamian wolę obserwować, ile to jemu daje. Polecam, serio! 🙂

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ->  klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ->  klik!

Dołącz do naszej grupy, gdzie sobie porozmawiamy ->  klik!

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to Top