Dobra rada, konstruktywna krytyka czy zwyczajny hejt? Jak odróżniać? Co stosować? Na co nie pozwalać?

To, co czasami dzieje się w Internecie – a w zasadzie nie tyle czasami, co szalenie często – przekracza najśmielsze pojęcie. Ilość zwyczajnego chamstwa, głupoty i nierzadko nienawiści, potrafi zmiażdżyć. I to zmiażdżyć zwyczajnego odbiorcę, obserwatora zaledwie! A co dopiero tych, którzy sami są obiektem czegoś takiego!

Rzadko kiedy wdaję się w podobne dyskusje czy burze, które można spotkać na każdym kroku. Czy to na Instagramie, czy to na Facebooku, czy to gdziekolwiek w Internecie. Staram się również nie czytać podobnych (wybaczcie stwierdzenie) bredni. Z prostego powodu: szkoda mi czasu i nerwów. Swego czasu sama walczyłam z przejawami czegoś podobnego i nauczyłam się odróżniać radę od krytyki, krytykę od hejtu, hejt od czepialstwa a czepialstwo od głupoty.

Zwracać uwagę czy nie zwracać?

Bardzo dużą wagę przykładamy (ogromną!) do bezpieczeństwa w przewożeniu Małego Człowieka samochodem. Jeszcze jako samodzielna mama – zbierałam grosz do grosza na każdy kolejny fotelik, odmawiając sobie wiele by nie był to antymandat z marketu. Aktualnie Mały Człowiek jeździ najlepszym fotelikiem, dopasowanym do naszego samochodu. Zawsze w starannie zapiętym, nigdy w kurtce, uczymy go nie wychylać się z niego, nie dajemy w samochodzie zbędnych przedmiotów, nie karmimy, nie poimy bez postoju.

Na Instagramie często widzę te wspomniane antymandaty (ostatnio nawet u dużych blogerów parentingowych, o wiele bardziej znanych ode mnie czy kogokolwiek innego, o zgrozo!). Jeszcze częściej widzę kurteczki pod pasami. A już chyba najczęściej widuję za luźne, niedociągnięte pasy. Kiedyś, ze dwa lata temu – zdarzało mi się zostawić uprzejmy komentarz z uwagą, że pasy dociągamy tak mocno, jak kochamy. Wychodziłam z założenia, że być może ktoś z niewiedzy to zrobił. Kilka razy mi się za to oberwało, rzuciły się na mnie inne matki w komentarzach, argumentując że dawniej fotelików nie było i wszyscy przeżyliśmy a teraz się ktoś pasów czepia. Od dawna już nie zwracam nikomu uwagi, nawet najuprzejmiej. Mogę napisać tekst, wrzucić post, wziąć udział w dyskusji ale nic poza tym.

Bardzo często takie uprzejme zwrócenie uwagi spotyka się z odzewem nie samej zainteresowanej – co innych komentujących. Rozwija się burza, komentarze się mnożą, w końcu zaczyna się wzajemne obrażanie, licytacje. Ludzie nie potrafią odróżnić troski od chamstwa, którym… sami w takiej sytuacji emanują.

Jestem absolutnie przeciwna wrzucaniu zdjęć dzieci do sieci. Czy to fejs, czy to Insta – nigdzie. Pisywałam o tym, pisuję, sama tych zdjęć nie wrzucam i zdjęć wrzucać nie będę. To się nigdy nie zmieni. #instamatki robią to notorycznie, każdego dnia, bez hamulców i często – zastanowienia. Nie wyszukuję takich zdjęć, nie zostawiam komentarzy o tym, jakie to lekkomyślne czy złe. Nie linczuję bo robią inaczej niż ja. Po prostu takie zdjęcia omijam, nie obserwuję takich osób, nie zostawiam serduszek. Skoro ich styl bycia i życia mi nie odpowiada – nie udzielam się w nim. Po prostu.

To takie proste, prawda? Nie chcesz na coś patrzeć? To nie patrz! Nie interesuje cię czyjeś życie albo cię wręcz drażni? To nie wchodź w nie, nie obserwuj, nie śledź, nie czekaj na kolejne zdjęcia.

Fakt, że ktoś wrzuca zdjęcia do sieci, na profilu publicznym, ogólnodostępnym – powoduje, że te zdjęcia mogą w sieci zostać na zawsze, że tracimy nad nimi kontrolę, że można je zapisywać i kopiować, totalnie bez naszej wiedzy. Teoretycznie każdy o tym wie, prawda? Bądźmy dorośli, bądźmy świadomi swoich działań. A teraz odwróćmy sytuację.

To, że ktoś wrzuca zdjęcia do Internetu i są one ogólnodostępne, chociażby w aplikacji takiej jak Instagram – nie daje nam absolutnie żadnego, najmniejszego nawet, niczym usprawiedliwionego prawa – by siać tzw. hejt. Możemy skomentować, zadać pytanie, wyrazić opinię, konstruktywnie skrytykować (w granicach rozsądku i kultury!) ale nie atakujemy, nie wylewamy frustracji, nie obrażamy, nie prowokujemy, nie nawołujemy do nienawiści.

Przykład? Nie widzę nic złego w napisaniu komuś, że stara tapeta w sypialni bardziej przypadła mi do gustu niż ta nowa, po metamorfozie. Nie widzę nic złego w zapytaniu, gdzie autor zdjęcia kupił ten piękny wazon? Nie widzę też nic złego w zwyczajnej pochwale, gdzie doceniamy coś, co widzimy. I niech nikomu nie przyjdzie do głowy, że mamy tylko lukrować. Osobiście sama czuję się czasem rozdrażniona setkami komentarzy pod jednym zdjęciem a każdy o treści: Pięknie! lub Świetnie! Ale są takie pytania i takie komentarze, których zwyczajnie nie powinno się zostawiać. Przede wszystkim jakkolwiek obrażające. A już na pewno nie obrażające bezbronne dzieci! Wierzcie lub nie – ataki na maluchy w komentarzach to jakaś nowa plaga…

Nie oceniajmy. Instagram to ułamek życia każdego z użytkowników. Pomijając ludzi, którzy nagrywają non stop, od rana do wieczora – zazwyczaj są to wrzucane zdjęcia z urywkami, momentami. Nie narzucajmy swojego zdania na siłę wręcz. To, że ktoś robi coś tak a nie inaczej, nie oznacza wcale że ktoś inny musi robić dokładnie to samo. Nie ma jednej prawdy najprawdziwszej, nic nie jest czarno-białe.

Nie wywołujmy burzy tam, gdzie nie ma takiej potrzeby. Instagram, tak jak i w ogóle Internet – mają ogromne możliwości. Wystarczy, że coś ktoś udostępni, ktoś następny zrobi to samo a reszta może potoczyć się błyskawicznie. Nagle jakieś zdjęcie czy nagranie może obiec pół kraju w godzinę. Owszem, to może nierzadko pomóc. Ale lincz jest czymś absolutnie niedopuszczalnym!

Po drugiej stronie smartfona – siedzi też jakiś człowiek. Być może silny, być może taki, którego trudno złamać. Może się jednak zdarzyć, że to ktoś o wiele słabszy. Ktoś, kogo nasze słowa mogą dosłownie zniszczyć. Nie zawsze. Czasami wzbudzą poczucie winy, innym razem zasieją wątpliwości ale jeszcze innym – wyrządzą wielką krzywdę. Jesteśmy tylko ludźmi, nieważne jakie wrażenie sprawiamy na zdjęciach – mamy uczucia, mamy prawo do potknięć, mamy prawo do słabszego dnia.

Przez ostatnie lata korzystania z mediów społecznościowych, czy też pisania bloga – nauczyłam się z czasem dystansu do tego, co czytam. Zwłaszcza, gdy dotyczy to bezpośrednio mnie. I polecam każdemu to samo. 

Ileż można być sama? Młoda jesteś, otwórz się na miłość! To czytywałam na początku, przez długi czas. Nie zaniedbasz dziecka przez nowy związek? A co, jeśli ten facet okaże się być taki sam i zniknie? To z kolei odpierałam, gdy ogłosiłam, że ktoś się u nas pojawił. Jesteś pewna tego ślubu? Nie za szybko? On naprawdę chce adoptować nie swoje dziecko? To już pytania, których chyba było najwięcej. Później przyszły następne. Czy nie zaniedbuję domu i rodziny, pracując nad tyloma projektami? Czy mąż nie ma nic przeciw, że obowiązki dzielimy na pół? A teraz najlepsze! Czy nie zaniedbuję dziecka, leżąc i nic nie robiąc od kilku miesięcy? To pytanie padło kilka razy w ostatnim czasie, od kiedy przyznałam na Instagramie, że jestem w zagrożonej ciąży, z przymusem leżenia i odliczania do bezpiecznego tygodnia ciąży. Bezpiecznego dla naszego drugiego dziecka.

Pytania uprościłam, dodałam do nich szczyptę kultury, której zazwyczaj nadawcom brakuje. Niekiedy nie wiem, co odpisywać na coś takiego, zazwyczaj staram się zachować spokój i takt (ironia losu w takim momencie, prawda?) ale nie zawsze mam na to ochotę i siłę, w końcu przestałam odpisywać w ogóle. Nie czuję się z tym źle. Po prostu szanuję swój czas i spokój, na podobne kwestie nie zwracam już takiej uwagi, jak kiedyś. Nie odpowiadam również na pytania skrajnie wścibskie. Nie uwierzycie, ile może takich paść.

Mieliśmy taką sytuację w zeszłym roku: byliśmy na targach, wrzuciłam jakąś relację, wracamy po kilku godzinach do domu, spoglądam w telefon a tam mnóstwo pytań i gratulacji. Bo jestem w ciąży. Niby tak wyglądałam w koszuli, którą tego dnia miałam na sobie. Tylko my wiemy, ile bólu to wszystko przyniosło bo w ciąży nie byłam i w tym momencie zwyczajnie w niej być bym nie mogłam… Głupawym pytaniem, chęcią potwierdzenia jakichś wydumanych wyobrażeń, możemy kogoś po drugiej stronie, zwyczajnie skrzywdzić. Trzeba o tym pamiętać. Rada? Nie wtykać nosa w czyjeś prywatne sprawy. Jak ktoś będzie chciał – to się podzieli jakąś informacją.

Moda na hejt.

Pojęcie hejtu stało się bardzo modne a sam hejt stał się bardzo powszechny. Z uwagą i wrażliwością powinniśmy zachowywać się w sieci, pamiętając że nie jesteśmy tam sami. Że społeczności internetowe tworzą ludzie. A co za tym idzie – istoty myślące i czujące.

Jeśli decydujemy się na upublicznianie większości swojego życia w mediach społecznościowych, udostępnianie wizerunku swojego i swojej rodziny, kreowanie go w jakiś sposób – bądźmy gotowi na dyskusje i pytania, nie reagujmy na głupie zaczepki, ignorujmy wścibstwo a na hejt stanowczo reagujmy.

To my tworzymy Internet i im więcej świadomości i empatii w niego wlejemy, im mniej granic przekroczymy – tym lepiej będzie się wszystkim żyło, korzystało i współistniało w tym światku.

 

Zdjęcia: Lady Amarena Photography

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ->  klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ->  klik!

Dołącz do naszej grupy, gdzie sobie porozmawiamy ->  klik!

Napisane teksty 282

4 thoughts on “Dobra rada, konstruktywna krytyka czy zwyczajny hejt? Jak odróżniać? Co stosować? Na co nie pozwalać?

  1. Na pewno hejt jest obecny wszędzie ale często jest też mylony z opinią. Są ludzie którym nie można powiedzieć nic poza słodzeniem i co gorsza są to zazwyczaj naprawdę bardzo duże konta. Tworzą wokół siebie jakieś zamknięte kręgi adoratorów i każdy o innym zdaniu jest nawet blokowany. Uważam, że jednak lepiej jest mieć mniej obserwatorów a większą kontrolę nad tym co się dookoła nas dzieje.

  2. Ciebie szanuję za powściągliwość w calym tym szaleństwie ale jak widzę ludzi którzy nagrywaja na Instagramie od rana do nocy życie swoje i dzieci to zastanawiam się dokąd ten świat zmierza….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

%d bloggers like this: