Instagramowa wyprawka: czym warto się inspirować a czym absolutnie nie?

Spodziewasz się dziecka, wchodzisz na Instagram i… przepadasz. Ileż to pięknych zdjęć, cudownych stylizacji, uroczych inspiracji! Ileż to piękna ukrytego w tych małych, kwadratowych zdjęciach! Znacie to, prawda?

A później – zupełnie nagle – okazuje się, że my też absolutnie potrzebujemy ten rożek. I tamten też. I jeszcze ten muślinowy. I może ten od tej znanej Instagramerki, co to wypuściła swoje produkty? Na którymś z kolei, koncie widzimy tą świetną torbę, kolejna #instamatka ją chwali. I co robimy? Kupujemy! Przecież taka pojemna, taka fotogeniczna, taka trendy.

Większość tego procesu przebiega nierzadko bez naszej kontroli. Poddajemy się temu na tyle lekko, że wręcz nie zauważamy, ile tych inspiracji ląduje w naszym domu, obciążając konto, zabierając miejsce, finalnie nawet nie zadowalając. Ale posiadamy. Jak te wszystkie #instamatki. Stajemy się jedną z nich.

***

Żadna skrajność nie jest dobra. Owszem znajdą się tacy, co stwierdzą, że oni nawet łóżeczka nie potrzebują. Dziecko przecież może spać z nimi, w gondoli, czy jakkolwiek inaczej. Znajdą się tacy, którzy niemal całą wyprawkę będą mieć po starszym dziecku lub od kogoś z rodziny, nie czując potrzeby aktualizacji jej pod obecne trendy. Znajdą się tacy, którzy będą wykupować najnowsze kolekcje (bo gdzieżby starsze?!) topowych sklepów dla rodziców, bez zastanowienia ile wszystkiego potrzeba tak naprawdę a ile pożąda się mieć, żeby brać przykład z #instaulubieńców.

Kupowanie bez zastanowienia nie jest dobre. Każdy rodzic, każde dziecko, każda wyprawka i każdy dom to… inne potrzeby.

Jestem okrutnie wyczulona na sytuacje, gdy ktoś nie przywiązuje najmniejszej wagi do tego, co poleca. Dzisiaj piękne zdjęcie kocyka firmy X, jutro firmy Y a za tydzień firmy Z. Gdy przescrolluję konto takiej osoby, okazuje się że matka jest w piątym miesiącu ciąży a dziecko ma już przygotowane tyle kocyków i pościeli, że można by dwa żłobki otworzyć… Z kolei pojawianie się u kogoś regularnie danego przedmiotu i nie wciskanie pomiędzy to, produktów konkurencji – uważam za uczciwe polecenie. I tak to odbieram.

Co wcale nie oznacza, że od razu muszę to kupić. Dlaczego? Bo warto pamiętać, że każdy ma inne potrzeby. I ja mogę mieć zupełnie odmienne od tych, które ma polecająca matka. Dlatego zawsze warto zadać sobie pytanie: czy ja naprawdę tego potrzebuję? Często może okazać się, że nie. I nie ma w tym nic zadziwiającego.

Gdy tak przejrzymy ileś kont #instamatek, napatrzymy się na te wszystkie perfekcyjne pokoiki, wyprawki i wystylizowane mamy – może nam się zacząć wydawać, że potrzebujemy tego samego, że to nam się podoba. Może nam umknąć gdzieś prawda, że dla noworodka najzdrowiej jest spać w pustym łóżeczku bez pierdyliarda ochraniaczy, pluszaków, kocyków, podusi i innych gadżetów. Możemy też nie wziąć pod uwagę, że przepełniony dosłownie wszystkim pokoik – może kiepsko wpływać na koncentrację czy pobudliwość dziecka. Bo nie chodzi o to, żeby on był fotogeniczny czy przypominający stronę z katalogu – pokój ma być stworzony przede wszystkim pod potrzeby dziecka. Tak samo może okazać się, że przygotowanie łóżeczka w połowie ciąży jest zwyczajnie głupie – bo kurz będzie się zbierał na tym wszystkim, w co póżniej położymy i czym okryjemy, maluszka. Ale tak się robi, później powstają zdjęcia na tle tegoż łóżeczka z odliczaniem kolejnych tygodni ciąży. Nie muszą jednak podobnie robić wszyscy, prawda?

Każdy ma swój rozum, swoje przekonania. Bezmyślne wzorowanie się na ludziach z Insta, których nawet nie znamy, którzy sprzedają nam jedynie swój wizerunek, często wykreowany przez te idealne kadry – nie prowadzi do niczego dobrego. Nauczmy się odróżniać szczere polecajki od tych masowych, bez jakiegokolwiek przywiązania do jakości czy marki.

Czy sama się inspiruję tym, co widzę na Instagramie?

Tak, zdarza mi się zapisać jakieś zdjęcie czy tekst – by z czasem przemyśleć, czy naprawdę to do mnie trafia, czy naprawdę tego czegoś potrzebuję. Czy inspiruję się kwadracikami w aplikacji, szykując wyprawkę dla Maleństwa? Niekoniecznie, choć są jakieś wyjątki. Przez ostatnich pięć lat, czyli od czasu kompletowania wszystkiego dla Małego Człowieka – bez wątpienia wiele się zmieniło. Pomijam już zupełnie fakt, że te pięć lat temu o wielu rzeczach zwyczajnie nie miałam pojęcia, jakoś nie trafiłam na nie i coś mnie ominęło. Teraz – choć wyprawka w zasadzie jeszcze nawet nie istnieje – od początku wiedziałam, że pewne jej elementy chcę mieć. Z różnych powodów. Każdy jednak przemyślany i dopasowany pod nas. Zupełnym przypadkiem w zasadzie, w naszym domu pojawiły się już drobiazgi, które wyszperałam na fabrykaform.pl, o czym już wcześniej wspominałam.

Przewijak to coś, co dla jest dla mnie jednym z niezbędnych elementów kącika dla noworodka. Łóżeczko, komoda, przewijak – to właśnie trio, które stanowić będzie u nas prawdopodobnie królestwo Maleństwa w naszej sypialni. Łóżeczko i komoda jeszcze nie wybrane, póki co mamy tylko jakieś tam swoje wymagania co do nich. Jaki przewijak wybrałam? Wypełniony pianką, ze zdejmowanym bawełnianym pokrowcem, dzięki czemu utrzymanie go w czystości nie będzie problemem.

Przewijak Dots, marka Done by deer

Pozytywka ukryta w maskotce. Przy Małym Człowieku miałam pluszowy księżyc z pozytywką z Pepco, służył ponad dwa lata! Z czasem zaczął się wyczerpywać, jest wciąż schowany – jeszcze gra, dość słabo ale gra. Wiedziałam, że jakiś jego następca będzie w naszej wyprawce absolutnym #musthave, sprawdzonym sposobem na wieczorne usypianie. Nie miałam żadnego Szumisia ani nic podobnego, pozytywka spełniała swoją rolę bez zarzutu. Na ten moment nie wiem jeszcze, czy będziemy celować w jakąś szumiącą maskotkę, odkładamy decyzję na dużo później. A jaka pozytywka będzie towarzyszyć nam teraz? Przypadkiem tej samej marki, co przewijak – Done by deer, uroczy słonik z ogonkiem, który wystarczy naciągnąć i ze słonika wydobywa się delikatna melodyjka. Rzep z pewnością ułatwi powieszenie jej na łóżeczku czy wózku.

Słonik Done by deer z pozytywką

Organizer. Zaplanowałam sobie, że szuflady komody będą wypełnione prostymi organizerami (chociażby z Ikei), które ułatwią posegregowanie i poukładanie maleńkich ubranek. Nie mam zamiaru ustawiać na zewnątrz niezliczonej ilości pojemniczków, koszyczków i pudełeczek, ani wrzucać do nich dziesiątek zbędnych akcesoriów. Taki noworodek naprawdę potrzebuje niewiele! Kilka kosmetyków (ukrytych w łazience), ileś pieluch flanelowych czy tetrowych (ukrytych w komodzie) a przede wszystkim duuuuuużo pampersów i mokrych chusteczek, które zawsze warto mieć pod ręką, zwłaszcza podczas przewijania. Dlatego postanowiliśmy o jednym pojemnym organizerze, który będzie wypełniany tymi właśnie pampersami i chusteczkami, będzie zawsze tuż przy przewijaku i tyle. Organizer tej samej marki, co dwa poprzednie elementy wyprawki. 🙂

Organizer dwustronny Done by deer

***

Czy po tych trzech drobiazgach odgadliście już płeć naszego Maleństwa? Raczej nie. Nie chcemy zalewać kącika jednym kolorem, stereotypowym dla danej płci. Kiedy zobaczyłam ten przewijak – był pierwszą decyzją – od razu wiedziałam, że wszystko zorganizujemy w stonowanym, uniwersalnym tonie. Zwłaszcza że przez jakiś czas królestwo dziecka będzie współdzielone z naszą sypialnią, fajnie więc by było jakoś to połączyć, zamiast tworzyć dwa zupełnie różne światy.

Spodobała mi się spójność, która połączyła przewijak, organizer i pozytywkę. Motyw słonika fajnie wkomponuje się w całość, dodając uroku i dziecięcej prostoty. Markę tą dotąd miałam okazję obserwować jedynie gdzieś tam właśnie na Instagramie, teraz moje pierwsze spotkanie z nią zaowocowało prostym wnioskiem: naprawdę są warte uwagi. Pięknie wykonane, z dbałością o detale, nieprzesadzone we wzorach, uniwersalne dla obu płci, choć znajdą się i inne kolory, nie trzeba stawiać na tak stonowane, jak my.

Z pewnością pokażę etapy powstawania kącika dla Maleństwa, gdy już pojawią się u nas meble. Wybierzemy takie, które posłużą na naprawdę długo, nie na pół roku, nie na rok a minimum na kilka (z wyjątkiem łóżeczka może). Na tyle uniwersalne, żeby przestawienie ich – chociażby komody – do innego pomieszczenia, również było możliwe. I tak dalej, i dalej. A co jeszcze jest na mojej liście #musthave? O tym niebawem.

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ->  klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ->  klik!

Dołącz do naszej grupy, gdzie sobie porozmawiamy ->  klik!

3 komentarze

  1. Mnie zawsze dziwią te zdjecia z łozeczkami już od połowy ciąży. Te matki stylizuja, kreuja i nic wiecej, jakby ciaza krecila sie tylko wokol koloru poscieli. Obserwowalam taka a pozniej po narodzinach corki z kolei zaczela stylizowac ja, codziennie dziecko przebierane w iles kreacji bo przeciez paczki przychodzą to trzeba pokazac. Teraz tez widzialam taka jedna co dwa dni po porodzie pomarszczone i rozowe jeszcze dzieciatko juz przebiera i uklada w te wszystkie modne kokony i koce. Az glupio sie patrzy na takie dziwne praktyki.

  2. Ostatnio widziałam taki profil na Instagramie: matka w 30 tygodniu ciąży a na zdjęciach już od 2 miesięcy CODZIENNIE nowe zdjęcie przy łóżeczku, kołysce, koszu Mojżesza albo kokonie bo ma wszystkie z tych. W nich układa ubranka a nad nimi eksponuje brzuch i podpisuje który to tydzień ciąży. Paranoja!! Media społecznościowe sprowadziły ciążę do tylko i wyłącznie konsumpcjonizmu i gadżetciarstwa. Wszystkie się przeskakują nawzajem żeby mieć więcej i lepiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to Top