Trudny temat: adopcja dziecka żony krok po kroku

Z niegasnącym uporem dążył do tego by stworzyć z nami rodzinę. I stworzył. Stworzyliśmy. Przez niespełna rok mieszkaliśmy razem, we troje – ucząc się codzienności w nowych warunkach. Mały Człowiek uczył się obecności drugiego rodzica, B. uczył się ojcostwa. Mijały miesiące.

Któregoś dnia B. po prostu powiedział: chcę by Mały Człowiek był mój, jak możemy to zrobić? Wyjaśniłam Jemu – tak, dla pewności – jakie konsekwencje się z tym wiążą, jak wielka to jest odpowiedzialność. Ponowił pytanie. W ten sposób zapadła decyzja o przysposobieniu, innymi słowy: adopcji. Jak to wygląda w praktyce? Nie tak źle, jak mogłoby się wydawać z punktu widzenia teorii!

Krok pierwszy: wniosek do sądu

Napisaliśmy go zupełnie sami, wnioskując o przysposobienie pełne. W uzasadnieniu streściliśmy okoliczność: brak i odmowa kontaktu ze strony ojca biologicznego, brak uznania ojcostwa, okoliczności naszego z B. poznania się, staż związku, więź łączącą B. z Małym Człowiekiem oraz pokrótce nasze plany na przyszłość (np. ślub czy budowa domu). To był tak naprawdę najłatwiejszy – pod względem formalnym – etap.

Krok drugi: komplet dokumentów

Otrzymaliśmy po jakimś czasie – oboje – wezwanie na rozprawę. Ponadto B. otrzymał też spis dokumentów, które na rozprawę ma dostarczyć. Jakie to dokumenty?

  • zaświadczenie lekarskie o stanie zdrowia
  • zaświadczenie o niekaralności
  • zaświadczenie o zarobkach
  • opinia pracodawcy
  • akt małżeństwa

Połączcie ostatnią kropkę z naszym pomysłem ślubu na dwa kroki… 😉 O ile uzyskanie pierwszych czterech dokumentów to czysta formalności, z ostatnim było trochę ogarniania – bo przecież chcieliśmy by było pięknie! Otrzymując w dniu ślubu akt małżeństwa wiedzieliśmy jedno: mamy to!

Krok trzeci: spotkanie w ośrodku adopcyjnym

Krok najtrudniejszy. Mieliśmy stawić się w pewien letni piątek z samego rana, zarezerwować sobie jakieś trzy godziny czasu i być w komplecie, we troje. Jako że Mały Człowiek jest zbyt mały by z nim rozmawiać, “ciocia” z ośrodka jedynie go zagadywała: ile ma lat, z kim mieszka, kto to jest (wskazując na mnie i na B.). Gdy Mały Człowiek z entuzjazmem wołał >>tata<< by pokazać kolejno odkrywane zabawki w kąciku dla dzieci – pani ta tylko coś notowała.

Później B. został z Nim sam, podczas gdy Mały Człowiek się bawił a B. wypełniał ileś stron testów psychologicznych – ja musiałam odpowiedzieć na mnóstwo trudnych pytań. O ojca biologicznego, o samodzielne wychowanie, o reakcje naszych rodzin na związek z B., o nasze relacje na co dzień, o plany, obawy, co nas poróżnia a co łączy. Pytań było naprawdę wiele, przy niejednym popłynęły łzy bo dotykały kwestii, które już dawno wyprosiłam ze swojej świadomości i pamięci.

Krok czwarty: wizyta kuratora w domu

Niezapowiedziana. Pani kurator pojawiła się na cztery dni przed rozprawą, kiedy to uznaliśmy że już jest zbyt późno by sąd się na ten element decydował. Wydawało nam się, że skoro dotąd nikt się nie pojawił – tak już się nie stanie. Ale się pojawiła. W jeden z tych dni, który u nas w domu nazywa się Dniem Kuriera. Przyszło kilka paczek, rozpakowałam zawartość a kartony, folie itd wepchnęłam w największe z pudeł i grzecznie czekało na blacie w kuchni (!) aż B. je rano wyniesie do śmieci, wychodząc do pracy. Oboje w dresach, ja zakopana w papierach w moim mini-biurze a B. i Mały Człowiek tworzyli puzzlowy rozgardiasz, bawiąc się w salonokuchni. Wtem zadzwonił dzwonek do drzwi.

Kurator dopytywała o mieszkanie, metraż, opłaty, okres najmu. Nawet o to, czy meble są nasze a skoro część – to która? Na wiadomość, że w pokoju Małego Człowieka wszystko jest nasze, sami go umeblowaliśmy i zaplanowaliśmy – pochwaliła, że jest pięknie i nie może się napatrzeć. Wtedy pierwszy raz odetchnęłam w tym olbrzymim napięciu. Nie mam pojęcia ile trwała wizyta ale byłam maksymalnie spięta i ciągle zastanawiałam się, czy wszystko odbiera tak, jak powinna? Niby był porządek, niby miała nas zaskoczyć ale nerwy były.

Krok piąty: rozprawa

Obawiałam się, że będzie długa, padnie mnóstwo pytań albo – co gorsza – sędzia postanowi wydać postanowienie w odrębnym terminie. Rozprawa jednak była króciutka. Przejrzenie dokumentów dostarczonych przez B., zadanie Jemu kilku dosłownie pytań o więź emocjonalną z Małym Człowiekiem, o sposób w jaki się do siebie zwracają czy podobne kwestie. Mnie zapytano między innymi o to, czy ufam mężowi i czy uważam, że jest i będzie dobrym ojcem?

Po piętnastu minutach oczekiwania przed salą – wezwano nas na odczytanie postanowienia. Sędzia postanowiła o przysposobieniu pełnym, B. został oficjalnie ojcem Małego Człowieka! Pozostawało nam tylko czekać na nowy akt urodzenia Małego Człowieka, w którym widnieć będzie już B. jako ojciec a nasz chłopczyk będzie nosił jego nazwisko. 

***

Nie spodziewałam się, że ten proces przyniesie tyle emocji. Nie miałam pojęcia, co nas czeka. Znałam teorię, praktyka okazała się momentami trudna. Jednak w chwili, gdy wyszliśmy z sali rozpraw – byliśmy absolutnie najszczęśliwszymi rodzicami pod słońcem! Zadzwoniliśmy niemal natychmiast do jednych i drugich Dziadków, na słowa >>Teraz jest oficjalnie Wasz<< powiedziane do mamy B., usłyszeliśmy najpiękniejsze dla mnie, co mogło kiedykolwiek paść bo >>On, od kiedy pierwszy raz się u nas pojawił – był nasz!<< i tyle w temacie. Koniec kropka.

Mój, nasz syn ma prawdziwą, pełną rodzinę, dom i Dziadków z obu stron, którzy go kochają obroniliby go przed całym złem świata. Mój Mały Człowiek tego nie rozumie, nie ogarnął tego, w jak ważnych wydarzeniach brał udział w ostatnich miesiącach – ale wystarczy tylko na nich dwóch spojrzeć i wiem, że to najlepsza decyzja, jaką kiedykolwiek mogliśmy podjąć. Ojciec i syn, kochający się do granic możliwości, rozumiejący bez słów i tak cholernie ze sobą szczęśliwi. Niech teraz ktoś stanie z boku i podda w wątpliwość ich relację. Nie da się. Nie da się dostrzec, że nie łączą ich geny. Wiecie, dlaczego? Bo łączy ich miłość. Taka, której potrzebuje każde dziecko. Nasze ją otrzymuje każdego dnia.

 

Zdjęcie: Lady Amarena Photography

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ->  klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ->  klik!

Napisane teksty 278

13 thoughts on “Trudny temat: adopcja dziecka żony krok po kroku

  1. …i co najważniejsze ta historia wydarzyła się naprawde a jej kolejne rozdziały piszą się codziennie. To dla mnie prawdziwa przyjemność móc uczestniczyć poprzez bloga w Waszym życiu, najpierw dwójki teraz trójki

  2. Przepraszam, że tak od bolesnej strony zacznę, ale…. Facet sobie od tak stwierdził, że to nie jego dziecko? Bez żadnych badań? Chociaż byliście ze sobą? Malutki go nie ciekawił, nie pomyślał, że to krew z jego krwi, że to jego synek? To jakim on był człowiekiem….

    Cudownie, że Ty znalazłaś miłość, a J. znalazł tatę. A tamten człowiek, no cóż. Tatą już nie jest – chyba nigdy nie był. O takich moja kuzynka mówi brutalnie “dawca nasienia”. “Żeby być ojcem, wystarczy mieć jądra, żeby być tatą – trzeba mieć jaja ;)”.

    1. Tak, byliśmy ze sobą – i owszem. W początkach bloga pisałam o tym. Byliśmy ze sobą, od pewnego momentu ciąży nawet mieszkaliśmy już razem. Niestety, to był zły człowiek. I pewnie nadal jest.

      PS “Żeby być ojcem, wystarczy mieć jądra, żeby być tatą – trzeba mieć jaja ;)” – tej wersji jeszcze nie słyszałam!

  3. Cudowne wieści. Cudowne!
    Ślę moc buziaków a dawcy nasienia środkowy palec ??
    Niech patrzy teraz na Was i uczy się jak wygląda normalna rodzina!

  4. A co jeśli dziecko ma tatę ( mój ex mąż) ,a obecny mąż chciałby adoptować mojego Syna. Jak to wygląda prawnie? Co można zrobić w sprawie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

%d bloggers like this: