Macierzyństwo to krew, pot i łzy!

Może i z samego tytułu tekstu wieje już skrajnymi emocjami ale czyż nie tak właśnie jest? Gdyby tak przyjrzeć się macierzyństwu od samego początku, czyli od dwóch kresek na teście aż do wypuszczenia dziecka czy też dzieci z rodzinnego gniazdka – niemal bez końca mamy powody do tego by się denerwować, przejmować, zamartwiać i w ogóle! I niech pierwsza rzuci kamieniem, która tak ani przez moment nie myślała czy czuła… Bo nie oszukujmy się ale każda z nas czasami do takich wniosków dochodzi albo po prostu zdaje sobie z tego w pełni sprawę.

Z chwilą, gdy dowiadujemy się, że zostaniemy matkami – zaczyna się prawdziwa gonitwa myśli. Pojawiają się tysiące pytań. Czy dziecko będzie zdrowe? Czy poród przebiegnie bez komplikacji? Czy sprawdzimy się w roli matki? Czy damy sobie radę? Czy będziemy umieć to czy tamto?

I nadchodzi ten moment, gdy opuszczamy szpital i nagle uświadamiamy sobie, że mały człowiek w nosidełku zupełnie nieświadomie – ale na nas liczy. I niemal natychmiast (jeśli nie wcześniej) zaczynamy martwić się o to, czy nie zawiedziemy, czy podołamy, czy będzie dobrze…? Zaczynając już od banałów. Czy nie jest ubrany za ciepło? Czy nie je za często? Albo je za mało? Czy nie za wcześnie na pierwszy spacer? Czy nie za długi ten spacer? Czy ono płacze bo coś robię źle? Później czas mija, miesiące lecą ale zawsze znajduje się jakiś powód do zamartwiania. Skoki rozwojowe, ząbkowanie, raczkowanie, chodzenie, mówienie. Dlaczego ono ciągle płacze? Dlaczego te ząbki muszą wychodzić tak opornie? Dlaczego wszystko musi być takie niepewne? Bo wydawałoby się, że zdążyliśmy już naszego oseska poznać i nauczyć się zgadywać, o co w danej chwili chodzi a okazuje się, że tak nie jest i często trudno nam stwierdzić, co się dzieje i z jakiego powodu. Można by podobne sytuacje czy wątpliwości wymieniać niemal bez końca bo każdego dnia są ich dziesiątki, jeśli nie setki.

Zabawa zaczyna się wraz z rozszerzaniem diety, później płynnie przechodzimy do siadania, chodzenia i mówienia. A no i ząbków! Bo dziecko sąsiadki dwa tygodnie młodsze a zębów ma pięć, podczas gdy nasze ma l e d w i e trzy! Bo według podręczników czy wuja Google powinno już siedzieć a ono jeszcze się giba i przewraca. Bo chodzić też już powinno a wciąż raczkuje! Bo rówieśnicy w żłobku już składają krótkie zdania a ono ledwie zawołała ma-ma czy am-am. Nie pomagają nam fora dla matek, artykuły czy porady innych bo zawsze znajdzie się jakieś “ale”, jakieś “coś” i uczepiamy się tej wrednej myśli, która tylko potęguje cały ten stres. Paranoja, istna paranoja!

Moje dziecko ma prawie trzy lata a stresu, niepokoju i nerwów przysporzyło – oczywiście błogo nieświadome – już cały ogrom. Niby kolek większych nie było, ząbkowanie w miarę bezproblemowo, pomijając wiadra śliny i przyczepność do Mamy na poziomie możliwie najwyższym. Niby usiadł szybko, poszedł a właściwie pobiegł też o czasie. Ale mówić leniuszek nie chciał! Po pierwszym ma-ma minęły długie miesiące nim wycisnął z siebie kolejne sylaby. Godziny spędzane nad książeczkami, pokazywanie zwierzątek, jedzonka, zabawek i innych rzeczy, powtarzanie sylab, nazw i wygrzebywanie kolejnych metod ćwiczenia z nim mowy i… nic.

Nauczył się chrumkać jak świnka, miauczeć jak kotek i szczekać jak piesek, ot co. Później nauczył się naśladować nawet kaczuszki. A mówić nie chciał dalej. Ileż to ja się naczytałam, napytałam, namartwiłam. pediatra uspokajał, że jak już zacznie mówić to zatęsknię za czasami milczenia. Że niby taki dowcipny doktor. A ja się martwiłam dalej. I nagle, z dnia na dzień, zaczął szczebiotać jak nakręcony. Ale spokojnie! Znalazłam sobie nowy powód do zmartwień.

Gdy sobie pomyślę o tym wszystkim, co mnie dopiero czeka, – bo przecież małe dzieci to mały kłopot a duże dzieci to jak wiadomo i duży kłopot – uświadamiam sobie, że macierzyństwo naprawdę jest poniekąd pasmem niekończącego się niepokoju i stresu. Wielu rodziców starszych dzieci z przekąsem podkreśla, że po buncie dwulatka następuje ten trzy-, cztero-, pięcio-, sześciolatka i tak dalej. Pomijam już wyzwania, jakie się pojawią, gdy Mały Człowiek pójdzie do szkoły. Ojeju! To dopiero pewnie będzie stres! Zadania domowe, nieodpowiednie towarzystwo, nie daj Bóg – nałogi. Tyle zagrożeń, tyle wątpliwości, tyle możliwości zmartwień.

Gdy sobie wygooglujemy najczęstsze przyczyny stresu u rodziców – można się nieco zdziwić. Bo wymieniane jest m.in. namówienie dzieci do jedzenia czy umycia zębów, zapewnienie im ciekawych zajęć podczas deszczu lub choroby, początek roku szkolnego czy też poranne ubieranie się. Są też inne, na równi często przytaczane kwestie, jednak już kilka takich przykładów wystarczy by zrozumieć, o co chodzi. Bo kto nie wkurza się czasami – tak zwyczajnie, tak po prostu wkurza – na zakładania piętnaście razy tej samej czapki bo dziecko ją co rusz zdejmuje? Na szczęście wymyślono wiązania pod szyją. Ja notorycznie denerwowałam się (bardziej chyba sama na siebie), gdy Mały Człowiek ciągle zdejmował sobie rajstopki. Serio! Pierwszej jesieni, gdy ten element garderoby do nas zawitał zamiast niemowlęcych śpiochów.

Wraz z nimi pojawiły się też różne pomysły brzdąca, głównie zsuwał je aż do kostek i tak paradował niczym pingwin, kołysząc się na boki. I matka wymyśliła! Bodziaki zapinam na rajstopach zamiast pod. I dziecko już nie ogarnia, jak to się dzieje, że rajstopki zsunąć się nie chcą. Grunt to ociupinka dystansu, pomysłu i… luzu.

Nie nad wszystkim jesteśmy w stanie sprawować kontrolę i nie wszystko zależy od nas. O tym naprawdę trzeba zawsze, absolutnie zawsze – pamiętać! Wiem z autopsji, że przy dziecku czy nawet dzieciach, to niesamowicie trudne. Jakiś czas temu napisałam tutaj, że niekiedy sprawy zupełnie zwyczajne, przyziemne, traktujemy ze zbyt wielką powagą. Stawiamy sobie poprzeczkę cholernie wysoko z niewiadomego powodu a tak naprawdę rozchodzi się o takie głupstwo, jak załadowanie brudnych naczyń do zmywarki koniecznie wieczorem a nie rano. I ostatnie: przestańmy się przejmować tym, co powiedzą inni. To nie było, nie jest i nigdy nie będzie najważniejsze w naszym życiu! I tak właśnie być powinno również w wychowaniu dzieci. Czasami trzeba odrobinkę odpuścić, nasze nerwy czy niepokój nic nie zmienią a pozbycie się ich może naprawdę wiele ułatwić. Denerwujmy się, ojcowie i matki – ale z głową!

Napisane teksty 282

2 thoughts on “Macierzyństwo to krew, pot i łzy!

  1. Od początku uczymy się siebie i coraz mnie zaskakuje. Ma już 10 mscy i jak sytuacja wydaje się opanowana ona wymyśla coś nowego. Ząbkowanie wjedzie prym

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

%d bloggers like this: