Od marzeń do fanaberii – gdzie przebiega granica?

Nie ma co ukrywać – żyjemy w czasach, gdy konsumpcjonizm atakuje z każdej niemal strony. To po pierwsze. Czasy zdominowała też kultura medialna. To po drugie. Co daje to połączenie…? Widzimy zatarcie granicy pomiędzy tym, co jest naszym – ale tak naprawdę, tylko i wyłącznie naszym – pragnieniem a pragnieniem dyktowanym nam przez otoczenie jako właściwe. Oznacza to nic innego, jak sytuację, w której dążymy do czegoś, co nie do końca odpowiada naszym pragnieniom ale po prostu wypada to realizować, coś posiadać, do czegoś konkretnego dążyć. Przykład? Na status danej osoby patrzy się obecnie w kontekście zdolności kredytowej, marki telefonu i butów. Tyle w skrócie.

Jesteś fajny bo masz smartfona uchodzącego za prawie-najnowszy-model albo samochód pięcioletni zamiast piętnastoletniego. Naszą wartość zaczęły stanowić przedmioty, logotypy i kwoty obciążeń na kartach kredytowych. Nie bądźmy więc zdziwieni, że podobna granica, jeśli chodzi o pragnienia i marzenia – zaciera się również w przypadku dzieci. W końcu żyją w tym samym świecie, w którym żyjemy my. W końcu też czerpią wzorce właśnie z naszych zachowań – nic więc dziwnego, że stają się naszymi małymi odzwierciedleniami. Jak odróżniać prawdziwe pragnienia od fanaberii naszych pociech…?

Ustalmy na początek bardzo istotną kwestię: niemal każdy przedmiot, który posiadamy i używamy na co dzień, pełni dwie funkcje. Po pierwsze: funkcja użytkowa. Oczywiste, prawda? Chociażby taki smartfon. Służy nam do wykonywania telefonów, robienia zdjęć czy surfowania po internetach. Po drugie: informacja o naszym statusie. Serio, serio! Dzięki takiemu smartfonowi ktoś może w bardzo prosty sposób ocenić, jakie mamy możliwości, upodobania i stwierdzić, czy jesteśmy wystarczająco ‘na poziomie’ by chciał się z nami zadawać. Brutalne, prawda? Ale niestety baaaaaaaardzo powszechne. Wejdźmy na Instagram. Ktoś wrzuca zdjęcie torebki za kilka tysięcy złotych. Scrollujmy niżej, w komentarze. Znajdziemy powściągliwe słowa zrozumienia tych, którzy posiadają to samo. Dlaczego powściągliwe? Nie będą przecież ekscytować się czymś, co mają w posiadaniu i na wyciągnięcie ręki, nie wypada tak. Znajdziemy wspomnianą ekscytację – u tych, którzy chcieliby mieć ale nie mają. Znajdziemy też odrobinkę zawiści – bo skoro ktoś ma a ktoś inny nie, najprościej zhejtować i pójść dalej, ot taka polska mentalność odrobinę się włącza. Niestety.

Zaledwie kilka lat temu świat obiegła informacja o zdarzeniu w Chinach: pięć osób zostało oskarżonych o ciężkie uszkodzenie ciała nastolatka, który d o b r o w o l n i e sprzedał swoją nerkę. Po co? By kupić sobie iPhone’a i iPada. Serio, serio. Tak bardzo chciał dorównać kolegom i koleżankom.

Przykład może skrajny ale… nie odosobniony. Może i na co dzień dzieciaki nie sprzedają nerek dla smartfona – zdarzają się jednak różne trudne sytuacje, gdy w grę wchodzą zachcianki, wzorowane na rówieśnikach. Bo przecież nie raz i nie dwa słyszało się o tym, że jakiś nastolatek okrada rodziców by coś sobie kupić. Dlaczego? Bo rodzice nie zgodzili się na takowy zakup. Bo przecież dość dużym problemem stał się sponsoring wśród uczennic – a nawet uczniów – już gimnazjów, o liceach nie wspominając. Niemniej drastycznym niż sprzedaż nerki są ogłoszenia o sprzedaży cnoty… Serio, serio! A to wszystko dla gadżetów, markowych ubrań czy kosmetyków…

Jak już wyżej napisałam – żyjemy w świecie kultury medialnej. Siedzimy przed telewizorem, na ekranie którego wpaja nam się, że możemy być lepsi przez droższe perfumy, droższe buty, droższy samochód. Nie mówię, że zawsze to jest złe. Bo każdy – prawie każdy! – z pewnością woli jeździć autem dziesięcioletnim zamiast dwudziestoletnim. Bezpieczeństwo stawiam tutaj osobiście akurat przed komfortem. Zapewne każdy mechanik mnie wyśmieje bo to nijak ma się do stanu faktycznego – jednak z chwilą gdy przesiadłam się z takiego kilkunastoletniego, wysłużonego autka w dużo młodsze, większe i chociażby z poduszkami powietrznymi, których poprzednik nie miał, czuję się o wiele pewniej, zwłaszcza w dłuższych trasach. Fajnie byłoby mieć taki, co ma niezliczoną ilość dizajnerskich funkcji – nie czuję póki co potrzeby by do takiego dążyć nawet bo mamy z B. zupełnie inne priorytety. Idźmy więc dalej!

Gdy dziecko ma klocki X a w telewizji widzi, że klocki Y są fajniejsze – nagle może chcieć je mieć. Gdy do tego wszystkiego kumple z przedszkola mają właśnie te Y – może chcieć jeszcze bardziej. I nie weźmie wówczas raczej pod uwagę, że klocki Y różnią się od klocków X ( które już ma ) zaledwie niedużym detalem, nic nie znaczącym, nic nie wnoszącym a będącym jedynie niezbyt wyszukanym chwytem marketingowym.

I właśnie tak to działa. Dziecko widzi – dziecko chce. I naprawdę trudno w takiej sytuacji cokolwiek wytłumaczyć. Bo właśnie ten nic nie znaczący dla nas detal w nowszej wersji chociażby wspomnianych klocków – działa na dziecko tak bardzo, że nie wyobraża sobie ono już innej zabawki. Nieważne, że ta trafi w kąt, gdy tylko pojawi się kolejna ( jeszcze ciut inna wersja ), oczywiście w mniemaniu małoletniego odbiorcy absolutnie najlepsza na świecie, nie do zastąpienia i nie do podrobienia. Aż do kolejnej wersji, oczywiście. I tak dalej i dalej. Błędne koło, prawda…? Musimy więc – my, rodzice – przede wszystkim nauczyć się odróżniać, czym jest zaspokajanie potrzeb a czym spełnianie zachcianek. Dlaczego?

Po pierwsze: w dorosłym życiu nasze dziecko spotka się z wieloma sytuacjami, nie tylko pozytywnymi.

Innymi słowy: w dalszych latach życia dziecko – a później już nastolatek czy dorosły – zderzy się również z negatywnymi zachowaniami czy sytuacjami. Odmową. Zignorowaniem. Zawodem. Niepowodzeniem. Jeżeli będą wychowywane z dala od podobnych doświadczeń, nie mając nawet pojęcia o ich istnieniu – takie zderzenie może być później niezwykle bolesne. Bo maluch uczony od najmłodszych lat zasady: chcę więc dostaję, nie będzie potrafił zrozumieć, dlaczego nagle i bez uprzedzenia ta zasada przestała działać.

Po drugie: stawiając granice – dajemy poczucie bezpieczeństwa.

O tym akurat już pisałam tutaj: Nie bójmy się stawiać dzieciom granic – to dla ich dobra! Powtórzę jednak: Dzieci potrzebują zasad stawianych im przez dorosłych by mieć poczucie bezpieczeństwa i prawidłowo się rozwijać. Dzięki właściwemu formułowaniu i egzekwowaniu tychże granic, możemy budować w oczach pociechy swój autorytet. Poza tym dzieci – wbrew pozorom – lubią mieć w pewien sposób uporządkowany świat. Chcą wiedzieć, co im wolno a czego nie, jakimi zasadami powinny się kierować, na co zwracać uwagę. Dzięki temu uczą się, co jest akceptowalne zarówno w rodzinie, jak i w społeczeństwie, w którym żyją. A w tym wszystkim czują się szanowane i darzone zaufaniem. Skoro rodzice wyznaczają im konkretne granice – dają tym samym do zrozumienia, że wierzą w możliwości dziecka i jemu po prostu ufają. I to naszym zadaniem jest nauczyć dziecko, że nie wszystko, czego pragniemy – jest nam potrzebne i nie zawsze też jest w zasięgu naszych możliwości.

Po trzecie: dając dziecku wszystko, czego tylko zapragnie – uczymy je słynnego wymuszania.

O wymuszaniu krążą legendy. Podobnie jak o przyzwyczajaniu. Pozostawmy na razie to drugie, skupmy się na pierwszym. W skrócie: jeżeli takiemu dwulatkowi czy nawet trzylatkowi będziemy dawać zawsze to, czego on w danym momencie chce – pozwolimy by w jego wyobrażeniu miał władzę nad nami. Wówczas, gdy zdarzy się sytuacja, że nagle czegoś odmówimy, pojawi się agresja, próba wymuszenia i bunt. Bo jak to tak? Miał wszystko, co tylko wskazał paluszkiem i bez uprzedzenia, tak po prostu – to się zmieniło?! Nie do pojęcia, nie do przyjęcia, nie do zaakceptowania przecież! Lepiej więc takiej sytuacji uniknąć, nie przyzwyczajając dziecka do tego, że zawsze jesteśmy gotowi spełnić jego zachcianki.

Po czwarte: nie uczmy dziecka konsumpcjonizmu.

Sposobem wychowania czy zasadami, jakie wpajamy – mamy ogromny wpływ na to, jakie postrzeganie świata będzie mieć nasze dziecko. Nie uda nam się ukształtować jego światopoglądu w stu procentach, dając jednak odpowiednie wzorce, mamy na to niemałą szansę. Kupując dziecku każdy gadżet, każdą słodkość, każdą pierdółkę na każde jego życzenie / skinienie / krzyk – dajemy do zrozumienia, że liczą się tylko dobra materialne. Że tylko one przynoszą radość i spełnienie. Że tylko one są coś warte. I kształtujemy w ten sposób małego materialistę. Nic dodać nic ująć. Sami nauczymy własne dziecko miłości do rzeczy materialnych zamiast do innych przeżyć czy ludzi. Sami nauczymy je patrzeć na innych pod kątem przedmiotów i ich wartości.

I tak zupełnie na koniec: pamiętajmy, że rodzic ma nie tylko prawo ale też i obowiązek by powiedzieć dziecku “nie”. Nie musimy odczuwać wyrzutów sumienia, że odmówiliśmy kupna piętnastej takiej samej lalki. Nie musimy czuć się winni, że dziecko tupnęło nóżką czy się rozpłakało bo nie zgodziliśmy się kupić czegoś tam. Powinno poznać również takie negatywne emocje i przeżycia, pod naszym czujnym okiem. Nie powinniśmy zostawiać malca z tym doświadczeniem samego, zachowując jednak absolutny spokój. Nie będziemy musieli długo czekać by dostrzec, że wychowujemy szczęśliwe dziecko – znające granice, czujące się bezpieczne i szanowane. Tak naprawdę najtrudniejsze w tym wszystkim jest zachowanie konsekwencji. Łatwo ulec, gdy sytuacja staje się trudna ale powinniśmy mimo wszystko trzymać się ustalonych wcześniej zasad i nie zmieniać zdania.

Napisane teksty 288

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

%d bloggers like this: