Minimalizm na co dzień: im mniej tym lepiej!

Nasz dom powinien być miejscem, do którego chętnie wracamy. Takim, w którym możemy odpocząć, zrelaksować się, poczuć się swobodnie i dobrze. Takim, w którym czujemy się swobodnie. Takim, który nas cieszy i przywodzi na myśl tylko najlepsze wspomnienia. Nasz dom powinien być miejscem, które istnieje dla nas. Nie dla zadowalania innych. Nie dla możliwości pochwalenia się przed innymi. Nie dla obnoszenia się zasobami swojego portfela.

Nasz dom wcale n i e  m u s i pokazywać gościom, ile zarabiamy i na co nas stać. Nasz dom wcale nie musi przypominać magazynu przedmiotów modnych i drogich bo “tak trzeba” i “tak wypada”, skoro pracujemy i mamy znajomych, którzy chętnie nasze zdobycze podziwiają. Nie, wcale nie musi. Nasz dom to nasze schronienie i musimy zrobić wszystko by czuć się w nim jak najlepiej, nie robiąc przy tym nic wbrew sobie!

***

Zanim urodził się Mały Człowiek – ceniłam sobie organizację, wszystko miało swoje określone miejsce. Pudła, pudełeczka i puszeczki – do każdego przypisana konkretna zawartość. Książki poukładane tematycznie, ubrania kolorami od najjaśniejszych do najciemniejszych. Pozostając w temacie ubrań – starałam się posiadać tylko te pasujące do mnie, lubiane i naprawdę używane, nie znosiłam zbieractwa. Tak mi się przynajmniej wydawało. Szykując wyprawkę, ład i porządek również były wszechobecne – idealnie poskładane ubranka w komodzie, dopasowana kolorystycznie do reszty dodatków pościel czy poukładane w równych rzędach pampersy w szufladach. I tak dalej i dalej.

Gdy Mały Człowiek rósł, rosła też ilość przedmiotów, jakie go otaczały. Zabawki, ubranka, akcesoria niezbędne bardziej i mniej, wózki czy masa innych pierdółek.

Gdy wyniosłam się z sypialni by zrobić Jemu samodzielny pokoik – swoją pościel czy inne rzeczy zaczęłam upychać do wielkiej zabudowanej szafy. Później wpadłam na pomysł by jej wnętrze wypełniły dopasowane do półek pudła, każde mając przypisaną inną zawartość. I to się nawet przez jakiś czas udawało. Później pojawił się B., jeszcze później się wprowadził a jeszcze później w szafach przeprowadziłam kolejną małą rewolucję. I to wciąż było niestety mało.

Wyjęcie czegokolwiek, odszukanie właściwego pudła, przekopanie się przez – co prawda podpisane i ładnie ułożone – teczki by dostać się do szukanego dokumentu czy wyjmowanie w łazience pojemniczków z szafki by użyć konkretny kosmetyk. Męka, męka i jeszcze raz męka! Strata czasu, energii i dobrego nastroju bo frustracja w końcu się pojawiła. Odkryłam, że przez ostatni rok przestałam nosić mnóstwo – ulubionych dotąd – ubrań. Gdy zaczęłam je mierzyć – okazało się, że część jest za ciasna, część za luźna, jeszcze inna część stała się nagle dziwnie niewygodna. Frustracja zmieniłam się w smutek. Naprawdę nie miałam się w co ubrać a jeszcze kilka miesięcy temu moja garderoba była niemal idealnie dobrana. Codzienna praca stała się zmorą. Sterty papierów, co prawda na dedykowanej im półce. Ale musiałam się przez nie codziennie przebijać od nowa by sprawdzić, co wciąż jest do zrobienia. Jejku!

Wcześniej w y d a w a ł o mi się, że cenię i wprowadzam minimalizm w swoim otoczeniu. Serio tak myślałam! Dopiero w chwili, gdy nieco o nim poczytałam – doszłam do wniosku, że bardzo bym chciała go wprowadzić ale to, co wcześniej mi się takim działaniem wymagało jest jakimś błądzeniem we mgle. Musiałam zastanowić się, po co właściwie chcę to zrobić, co miałoby mi to dać i jakiego efektu końcowego się spodziewam. Na pozór trudne, w rzeczywistości banalnie proste zadanie. Chciałam bez problemu wszystko odnajdować, nie czuć się przytłoczona ilością przedmiotów budzących przykre skojarzenia i zawsze mieć, w co się ubrać. Tak wiele i tak niewiele zarazem.

Pogrzebałam w sieci, łapczywie rzuciłam się na kilka poleconych mi książek i zaczęłam powolutku odkrywać własne błędy w swoim dotychczasowym postrzeganiu porządku. Nagle okazało się, że nie dążę tak naprawdę do nienagannego ładu a do prostoty, która jest dokładnie tym, czego przez ostatnie lata szukałam w organizowaniu swojego otoczenia na przeróżne sposoby. Wcześniej nie zastanawiałam się, dlaczego nie czuję potrzeby wymiany telefonu na nowszy model co kilka miesięcy, zapełniania półek dziesiątkami pamiątek czy obławiania się w sieciówkach w każdy weekend. Nigdy nie ciągnęło mnie jakoś szczególnie do zbieractwa czy chomikowania czegokolwiek. Oczywiście zdarzały się wyjątki, wpadki czy nieprzemyślane zakupy. Mimo wszystko jednak – dotąd nieświadomie – dążyłam do prostoty. Teraz postanowiłam to zmienić.

Skoro nabrałam już świadomości tego i przekonałam się, że to właśnie ta prostota i minimalizm mają dać mi to, czego szukałam w pedantycznym segregowaniu, układaniu i organizowaniu – postanowiłam je po prostu osiągnąć. Zgłębiając temat, wielokrotnie natrafiałam na stwierdzenie, że aby oczyszczenie otoczenia ze zbędnych przedmiotów miało sens – musi odbyć się za jednym razem. Kto ma dzieci – ten wie, że takie generalne porządki, mogące zająć cały dzień a nawet więcej – są zazwyczaj niemożliwe. Wymyśliłam więc sobie, że podzielę to na etapy. I tak też zrobiłam.

Najpierw opróżniłam naszą niewielką piwnicę. Wszystko zostało dokładnie obejrzane i odłożone na właściwą stertę. Do wyrzucenia. Do oddania. Do sprzedania. Do zachowania. Cztery grupy, do których trafiły wszystkie zgromadzone tam przedmioty. Wyrzuciliśmy dwa ogromne worki śmieci. Oddałam dwie pełne torby niemowlęcych zabawek Małego Człowieka koledze, który ma maleństwo w domu. Sprzedałam na lokalnym portalu parę akcesoriów po Malutkim. W ten sposób w piwnicy zostały tylko poskładane kartony przeprowadzkowe, rowerek Małego Człowieka i nasz poprzedni fotelik samochodowy, który czeka na nowego właściciela.

Następnie zabrałam się za zabudowę szaf w przedpokoju, gdzie dotąd składowane były wszelkie okrycia wierzchnie, buty, mopy, odkurzacz, narzędzia i pierdyliard innych rzeczy, poupychanych w zgrabne pudła i kartony.

Któregoś dnia w s z y s t k o, absolutnie wszystko z tych pudeł wylądowało na podłodze i rozpoczęła się segregacja. Mnóstwo rzeczy zostało bez wyrzutów sumienia wyrzuconych, ilość zapełnionych pudeł się zmniejszyła, bez problemu można powiesić płaszcz bo wszystkie kurtkowe przydasie zniknęły i mamy teraz na wieszakach tylko te, które naprawdę nosimy i lubimy. Otwierając szafę by wyjąć odkurzacz, nie obawiam się już ataku mopów, płaszczy i pudełek. Wszystko ma swoje miejsce, wolnej przestrzeni jest całe mnóstwo, nie trzeba wspinać się na krzesło by wszczynać poszukiwania śrubokrętu. I d e a l n i e!

Kolejnym krokiem była kuchnia. Ile trzyosobowa rodzina może posiadać kubków…? Serio – nie chcecie wiedzieć! Zostały tylko ulubione. Niepasujące do niczego szkło, talerze, filiżanki, szklanki, sztućce – wyleciały w jedno popołudnie, lądując w wielkim kartonie. Został tylko zestaw talerzy trzech rodzajów, zestaw kieliszków, zestaw szklanek, zestaw sztućców, itd. Same komplety, spójne, jednolite i pasujące do siebie. Cała pozostała chaotyczna zbieranina zniknęła. I to był strzał w dziesiątkę! W końcu bez cienia niechęci otwieram kuchenne szafki, na półkach pojawiło się sporo wolnego miejsca, dzięki czemu naczynia nie muszą być poupychane ciasno czy piętrowo. I póki co nawet nie odczuliśmy braku całego pudła naczyń, garów i kuchennych pierdółek.

W ten sposób zakończyłam pierwszy etap oczyszczania naszego domu z wszelkich zbędności. Pokój Małego Człowieka, garderoba, łazienka i nasz wielofunkcyjny salon były już o wiele bardziej czasochłonnym wyzwaniem, o tym będzie niebawem! Będzie też o tym, w jaki sposób i czego się pozbywać? Będzie też o niezawodnych sposobach na przejrzystość i porządek we wszelkich szafach i szafkach. Będzie też o tym, jak wiele zmieniła ta rewolucja w naszym domu. Będzie o wielu innych kwestiach, będących kontynuacją tego tematu. Wszystko już niedługo!

***

A co – na ten moment – mogę powiedzieć o skutkach takiej decyzji…? Jest lepiej! Żyje nam się prościej, przyjemniej i jakby wolniej. Nie marnujemy czasu na przekopywanie się przez zbędne przedmioty, dbanie o ich porządek czy czystość ani sprzeczki o pozostawianie gdzieś jakichś drobiazgów. Z przyjemnością wracamy do domu, gdzie wszystko ma swoje miejsce, nic nie zagraca nam jakiejkolwiek przestrzeni i otaczają nas przedmioty tylko wzbudzające pozytywne emocje. I zawsze mam się w co ubrać! Mimo że z mojej szafy ubywa co tydzień kolejne dziesięć ubrań, co zapewne zdążyliście zauważyć na Instagramie. Nic nie przybywa, jedynie ubywa a garderoba zyskuje. Magia! ❤ A przecież tak naprawdę to dopiero początek!

Napisane teksty 283

3 thoughts on “Minimalizm na co dzień: im mniej tym lepiej!

  1. Już od jakiegoś czasu o tym myślę i myślę, Twoje teksty tak po prawdzie mnie inspirują i to jest takie fascynujące i wciągające że aż chce się w to zatopić. Bo czuć energię i radochę bijące z tych tekstów naprawdę!

  2. Tyle można czerpać z Twojego bloga. Wcześniej uczyc się od Ciebie wielkiej siły a teraz inspirować tum co pokazujesz ❤❤

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

%d bloggers like this: