Czego nauczyło mnie samodzielne macierzyństwo?

Samodzielne macierzyństwo to coś, co można porównać do prawdziwej próby. Bo taka matka z każdej strony natrafia na jakieś próby właśnie. Czy to siły, czy to cierpliwości, czy to determinacji – zawsze coś. Przekonuje się, ile zakupów maksymalnie uniesie, z dzieckiem na ręku. Przekonuje się, ile nocy z rzędu da radę zarwać nad kolejnymi projektami. Przekonuje się, ile łez jest w stanie wypłakać wieczorem a rano mimo wszystko – promiennie się uśmiechać. Przekonuje się o tak wielu, zupełnie odmiennych i skrajnych rzeczach, że nie sposób je wszystkie chyba wymienić. Tak naprawdę samodzielne – czy też samotne, jak kto woli – macierzyństwo to niekończące się wyzwanie. Czego nauczyło mnie to trudne wyzwanie…? Bardzo wiele!

Cierpliwości. Oj tak… Pierwsze miesiące naszej przygody tylko we dwoje to jedno wielkie, niekończące się oczekiwanie. I powtarzanie sobie, że warto. Że trzeba. Że będę czekać zawsze. Nie było warto. Nie było trzeba. Ale swoje wyczekałam, pokłady ogromnej cierpliwości zużyłam. W zasadzie to wyczerpałam jej limit maksymalnie. Potrafię nadal na pewne rzeczy cierpliwie czekać, czasami bardzo cierpliwie. Samodzielne rodzicielstwo kształtuje tą cechę szczególnie. Czeka się na coś, co być może nigdy nie ma prawa nadejść. Ale się czeka. I wierzy w sens tego czekania.

Dystansu. Właściwie dystans to jeden z fundamentów, dzięki którym można dać radę jako samodzielny rodzic. Do pewnych kwestii po prostu trzeba go mieć. Gdyby tak brać do siebie absolutnie wszystko – można by oszaleć! Trzeba – i koniec! – nabrać go do spraw, na które nie mamy żadnego wpływu i nauczyć się z tym żyć. Nie da się wszystkim przejmować, o wszystko zadbać i we wszystkim zawsze być niezastąpiona. Nie da się i tyle. Im szybciej się tego nauczymy, im szybciej dystans złapiemy – tym łatwiej nam będzie.

Przekonania, że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Banał. Ale jakże prawdziwy! Dziesiątki, jeśli nie setki, sytuacji na pozór bez wyjścia, które na mnie spadły w całym tym okresie – nauczyły mnie, że wyjście jednak jest zawsze. Czasem trzeba niemal stanąć na głowie, czasem z czegoś zrezygnować, czasem wysilić się ponad siły, innym razem po prostu odpuścić albo poprosić kogoś o pomoc. Zawsze jest jakaś możliwość, zawsze jest jakaś opcja, której w pierwszej chwili nie wzięliśmy nawet pod uwagę. I tego wyjścia trzeba do skutku szukać. Po prostu.

Właściwych priorytetów. Kiedy masz do wyboru siedzenie w domu z maluchem przechodzącym infekcję albo wyjazd na weekend na blogerski spęd – wybór jest oczywisty. Kiedy masz w portfelu marne resztki do wypłaty i masz w spożywczaku do wyboru zakup wszystkich artykułów potrzebnych maleństwu lub cokolwiek sobie – wybór jest oczywisty. Kiedy padasz na twarz i masz do wyboru dokończyć projekt, który zapewni Ci przyszłotygodniowe zakupy albo pójść spać – wybór jest prosty. I tak dalej i dalej. Bez końca. Bo zawsze trzeba dokonywać wyborów. I zawsze trzeba mieć odpowiednio ustawione priorytety. To zawsze ten maluch u boku i nowe buciki czy słoiczki z przecierkami będą ważniejsze od tego, że masz ochotę na pizzę. Makaron też jest spoko, serio! I może taka a nie inna hierarchia tych priorytetów poniekąd nauczyła mnie rezygnować z siebie – wtedy nie miałam jednak zbyt wielkiego wyjścia.

Nadludzkiej siły. Zarówno fizycznej jak i psychicznej. Bo zakupy trzeba było zrobić z dzieckiem, bo wnieść je trzeba było z dzieckiem. Bo przesuwać meble, skręcać je czy taszczyć łóżeczko turystyczne, wózek i inne graty w tę i z powrotem na każdy służbowy wyjazd – trzeba było z dzieckiem i to sama. Bo trzeba było radzić sobie z rozdzierającym smutkiem, wątpliwościami, pytaniami i zwyczajnymi kryzysami. Bo trzeba było bić się w pierś, wstawać za każdym razem i powtarzać sobie: jesteś silna, dasz radę, no dasz, no dalej! Bo trzeba było pokonać każdy, najmniejszy nawet kryzys, niezależnie od jego rodzaju. Bo trzeba było być matką, ojcem, żywicielem rodziny, sprzątaczką, opiekunką, pielęgniarką i odnajdywać się w dziesiątkach jeszcze innych ról. A ta siła rosła z każdym dniem. W pewnym momencie czułam się niepokonana, silna jak nigdy wcześniej. Ta siła była przeogromna.

Cieszenia się z najmniejszych rzeczy. Z każdego uśmiechu Małego Człowieka. Z każdego wieczoru bez łez. Z każdego, nawet najkrótszego artykułu, napisanego przed czasem. Z promocji w markecie. Ze spaceru w piękny dzień. Z prostych, niewielkich rzeczy, które powodowały, że dany dzień stawał się lepszym, piękniejszym. To wtedy nauczyłam się cieszyć nawet maleńkimi sukcesami, nie zamartwiając przy tym porażkami. Dla naszego dobra. Bo szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. A ja bardzo chciałam mieć szczęśliwe dziecko. I miałam. I nadal mam. I moje dziecko również będzie cieszyć się z małych rzeczy, tak jak jest tego uczony.

Kiedy przechodzimy w życiu okres, w którym wydaje się, że już nic dobrego nas nie spotka – może być trudno. Kiedy każdego dnia spadają na nas kolejne trudności – możemy zwątpić. Kiedy podnosimy się a za moment znów upadamy – możemy tracić wiarę a momentami nawet siły. Kiedy codziennie patrzymy na małego człowieka, będącego podobieństwem kogoś, kto tego człowieczka tak bardzo skrzywdził – możemy cierpieć. Kiedy musimy wkładać nadludzką siłę by dokonywać rzeczy niemal niemożliwych – możemy czuć się niekiedy wyczerpani.

Ale to wszystko to nic innego jak cenne doświadczenia. Wychodzimy z tych prób silniejsi, bogatsi w wiedzę o sobie i naszych możliwościach. Każde, nawet najtrudniejsze momenty czegoś nas uczą. I ta nauka może przydać nam się w przyszłości, prędzej niż mogłoby się wydawać. Pokonywane przeszkody i własne słabości kształtują naszą wewnętrzną siłę a tego nikt – absolutnie nikt – nam nigdy nie odbierze. To, jak bardzo silni wyjdziemy z tego szeregu trudnych prób – zależy tylko od nas i naszej determinacji. A gdy już tak silni będziemy – nic nas nie pokona. Trudna próba, jaką było samodzielne macierzyństwo nauczyła mnie tego wszystkiego i pozwoliła uświadomić sobie, że mamy o wiele większe pokłady siły i umiejętności niż mogłoby nam się wydawać. Potrzebujemy jedynie bodźca i motywacji. I na koniec przytoczę tylko moją ulubioną swego czasu odpowiedź na pytanie: Jak Ty sobie ze wszystkim radzisz?! Odpowiedź brzmi: A mam wyjście…? 😉 

4 komentarze

  1. Trafiłam na Twojego bloga przypadkiem, ale wiem, że będę tu zaglądać. Bardzo fajnie się czyta, piszesz o rzeczach ważnych w prosty sposób.
    Pozdrawiam i zapraszam do mnie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to Top