Jestem matką. Nie jestem robotem. Jestem człowiekiem.

Ludziom naprawdę trudno dogodzić. Czasami człowiek odnosi wrażenie, że niektórzy zostali powołani do życia tylko po to by wytykać innym błędy, pomijając przy tym swoje. Siedzieliby i doszukiwali się możliwie największej ilości czyichś potknięć, wyolbrzymiając je do rangi światowej katastrofy. Daleko nie trzeba z tymi przemyśleniami iść – my, rodzice, walczymy z tym przecież każdego dnia. I zdarzają się takie momenty, że łatwiej jest zignorować niż wdawać się w dyskusję. Ale zdarzają się też i takie, gdy czara goryczy się przelewa.

U mnie się właśnie przelała. Po ponad dwóch latach znoszenia naprawdę wiele – bo przecież już w chwili, gdy pada informacja o ciąży, wszyscy chcą dyktować Ci warunki życia. A w związku z tym, że pisanie to najlepsze lekarstwo – postanowiłam swój żal przelać na klawiaturę i przytoczyć najgorsze z zarzutów, jakie dotąd miałam okazję odpierać (albo i nie).

Co z Ciebie za matka, skoro pracujesz?!

Boże. Litości. Wy tak serio? Ale tak naprawdę serio? Takie sformułowanie już samo w sobie stanowi absurd totalny. Odwróćmy sytuację. Powiedzmy: Co z Ciebie za matka, skoro nie pracujesz mimo możliwości, kombinujesz, odbierasz dziecku na korzyść sobie, zaniedbujesz, nie myślisz o jego przyszłości? Które z pytań jest sensowniejsze? Nie mówię oczywiście o skrajnościach czy wyjątkach.

Nie mówię o matkach, które pracować nie mogą. Nie mówię o matkach, które za wszelką cenę pędzą w wyścigu szczurów, ignorując istnienie dzieci i laurek od nich. Nie warto generalizować. Ale…

Pracować muszę. Po prostu – nikt chyba nie podda tego w wątpliwość. Szanowny Pan Biologiczny Ojciec dołączył do grona tysięcy polskich rodziców, którzy na dzieci swoje nie łożą. Takie to proste przecież. Wszystko spadło na mnie. Cała odpowiedzialność. Więc pracuję. Dziękuję losowi za szczęście, że ogromną część moich obowiązków mogę wykonywać w domu, zdalnie. To ogromne odciążenie, wiedząc, że w razie jakiejkolwiek niespodziewanej sytuacji wystarczy wykonać kilka telefonów, coś przełożyć, coś odwołać, coś przeorganizować, później zarwać ze dwie noce i nikt nawet nie zauważy tej chwilowej niedyspozycyjności.

Co z Ciebie za matka, skoro masz czelność nosić długie włosy?!

Serio. Dobrze przeczytaliście. Taka ciekawostka. Dobre matki mają włosy ostrzyżone tuż przy skórze, zakładają tylko bezkształtne worki, pojęcie makijażu jest im obce a czas dla siebie ograniczają do kilku minut kąpieli w szarym mydle. Przynajmniej tak można wywnioskować z reakcji różnych ludzi na pozornie zwyczajne, przyziemne sprawy, do których każdy ma przecież prawo. Prawie każdy. Bo wciąż powszechny jest mit, że rodzicielstwo to męczeństwo. Niekończąca się, ciągła i chroniczna rezygnacja ze wszystkiego, co się da. W imię dobra dzieci oczywiście. Jakby dziecku naprawdę aż tak wielką różnicę robiło to, czy mama ma pomalowane paznokcie czy nie.

Zdecydowanie większe znaczenie z kolei ma nastrój mamy a ten z kolei może się niekiedy wiązać właśnie z banałem, chociażby z tym pomalowaniem paznokci. Oczywiste? Tylko na pozór.

A więc usłyszałam, że – będąc matką – długie włosy to coś niewskazanego. Tracę czas na ich pielęgnację, rozpuszczone przeszkadzają Malutkiemu a wizyty u fryzjera to strata czasu i pieniędzy. Powinnam je skrócić. Najlepiej ściąć całkowicie. Bo jestem matką. Bo mam dziecko. Bo nie mam prawa do wyboru fryzury. Mam długie, delikatnie poskręcane ciemnobrązowe włosy. Naprawdę nie wyobrażam sobie innej opcji. Nie umiem nawet wziąć pod uwagę tego, że miałoby ich nie być. Tak bardzo przywykłam. I nie uważam by kilka minut dziennie poświęcone na ich pielęgnację odbierało coś Malutkiemu. Nie uważam by w jakikolwiek sposób utrudniały mi codzienne obowiązki. Nie uważam by ktokolwiek miał prawo ingerować w tak osobistą przestrzeń w imię jakichś wyimaginowanych teorii.

Co z Ciebie za matka, skoro nie karmisz piersią do 3 roku życia dziecka?! Conajmniej!

Temat drażliwy, poniekąd bolesny, odrobinę niewygodny dla mnie. Nie dane mi było. Jeżeli ktoś mi powie jeszcze raz, że wystarczy silna wola i starania – oczy wydrapię! Bo nie, nie wystarczy! Absolutnie nie wystarczy. A kiedy dookoła tylko same uwagi, krytyka i okrzyki zdziwienia ( Ale jak to?! Wystarczy, że będziesz więcej jeść i pokarm się znajdzie! ) – w końcu odpuszczasz.

Bo przecież pielęgniarki i tak dały butelkę. Bo przecież i tak jesteś matką do niczego skoro nie potrafisz stanąć na wysokości zadania. Temat rzeka.

Na początku ignorowałam. Udawałam, że wszystko jest okej. Że się staram. Że wierzę, że się uda. Mimo że wewnątrz krzyczałam z bezsilności. Ze złości i rozgoryczenia. Później przywykłam. Ale nigdy nie zrozumiem, jak ktoś, kto zwyczajnie nie siedzi na naszym miejscu – ośmiela się wmawiać nam podobne dyrdymały, nie zważając na to, jak krzywdzące mogą być. Mleko modyfikowane i butelki też po coś wynaleziono. I nie jest to trucizna. Nie szkodzimy więc dzieciom. Na pewno bardziej zaszkodziłabym, głodząc Malutkiego w imię wyższości KP nad MM. To byłoby złe naprawdę.

Co z Ciebie za matka, skoro nie słuchasz rad innych?!

Moja absolutnie ulubiona część. Tutaj nie ma miejsca na granice rozsądku. Tutaj dzieje się dosłownie wszystko. Mogę zostać okrzyknięta złą matką bo – uwaga! – dziecko nosi za mało kolorowe ubranka. Albo nie ma czapeczki, gdy na zewnątrz tylko dwadzieścia pięć stopni. Całkiem niedawno, jak co weekend zresztą, byłam z Malutkim nad jeziorem. Po wrzuceniu zdjęcia na Instagram, na którym Malutki siedzi p r z y p i ę t y pięciopunktowymi pasami w spacerówce na pomoście o g r o d z o n y m barierkami nastąpiła czyjaś szybka reakcja: to nieodpowiedzialne, ułamek sekundy i dziecko się utopi! Racja. Musiałby z całym wózkiem przeskoczyć ponad metrowe barierki i skoczyć do wody a ja, trzymając tenże wózek, musiałabym nic nie zauważyć z całej akcji. Paranoja.

Zdarzało mi się już słyszeć, że zła matka ze mnie bo dziecku Kinder Czekolady czy Danonków nie daję. Albo nie pozwalam grzebać po szafkach w kuchni. Bo nie daję klapsów – tak, dokładnie! Odpowiedzialna matka wytycza granice sowitym klapsem. Niestety tak nie robię. Bo gdy Malutki wpada w złość i pokazuje humorki – stoję obok i cierpliwie czekam aż Jemu przejdzie. A powinnam Go jeszcze pogłaskać, że stroi fochy. Albo przeciwnie – klaps. Często słyszę, że On taki duży ( toż to już 20 miesięcy! ) i w c i ą ż w spacerówce. Serio?! Po całym dniu bieganiny z Nim i za Nim – naprawdę przyjemnie jest usadzić Go w tym wózku i w spokoju przejść te kilka kilometrów zanim biec w totalnym chaosie za małym terrorystą.

Co z Ciebie za matka, skoro rościsz sobie prawo do uczuć…?!

Nie będę się na ten temat rozpisywać. Przez długi czas wmawiano mi, że mając dziecko – nie mam prawa do miłości, szacunku i zrozumienia. Nie mam prawa chcieć, czuć i być kimkolwiek poza matką. Powtarzano mi, że to nie tylko rola ale i poświęcenie. A później przyszedł moment, gdy zrozumiałam, że nie można było wmówić mi większej głupoty. I że nie mogłam popełnić większego błędu od wiary w coś podobnego.

***

Matka to przede wszystkim człowiek. Ma prawo do zmęczenia, frustracji, łez. Ma prawo pragnąć godziny w ciszy i spokoju. Ma prawo chcieć by ktoś docenił jej urodę, podał kawę do łóżka. Ma prawo marzyć i te marzenia spełniać. Nigdy nie przestanę powtarzać: szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko. Sporo czasu potrzebowałam by wziąć te słowa sobie do serca. Lepiej późno niż wcale.

9 komentarzy

  1. Czytałem bloga, czytam facebooka, przeglądam instagrama. I aż się smutno robi, bo z bloga pełnego uczuć i szczerej walki cudownej matki zrobił się… blog reklamowy. Co drugi wpis dotyczy jakieś marki. Posty opisujące marki pełne ochów i achów bo jak inaczej. Blog chwycił za serca setek ludzi by niedługo potem stać się miejscem polecającym ubrania czy akcesoria. Posty też zaczynają się powtarzać – taki jak ten był już kiedyś poruszany. Nie, nie zrezygnuję z czytania bloga. Ale zdecydowanie omijam teksty “reklamowe”. Bo to po prostu przykre.
    Samotny ojciec pozdrawia

    1. Marku nie zgodzę się z Tobą. Żyjemy w czasach gdzie blogi to potęga i takie rozpoznawalne czy też pcozytne po prostu stają się też inspiracją. Nie uważam by to było pełne ochów i achów, zwłaszcza że na poprzednim adresie autorka obiektywnie oceniała różne produkty. Były i wady i zalety. A nie zapominajmy że zaglądają tu pewnie w dużej mierze rodzice i fajnie jest poznać coś nowego. Na pewno fajniejsza jest taka forma niż wymuskane sesje zdjęciowe z dzieckiem w roli głównej gdzie rodzice blogerzy wrzucają po 50 ustawionych, wyretuszowanych zdjęć. Jeżeli ktoś coś robi dobrze to oczywiste jest że z czasem zostanie zauważony. Chociaż by przez firme chętne na współpracę.

    2. Post reklamowy? A co to takiego wg Pana? Bo napisanie o czymś, co serio jest spoko to raczej żadna zbrodnia. Jak komuś Pan mówi że coś tam jest fajne to znajomi też Pana oskarżają o reklamę albo lokowanie produktu? ?

  2. Przyczepię się, bo ja jestem niestety ogromną fanką KP.
    Można. I to siedzi w głowie. Na prawdę.
    Nie mówię, że jesteś zła, bo podałaś butelkę. Myślę, że to nie ty zawiniłaś, tylko otoczenie, bo to ono najwięcej robi przy zaczynaniu karmienia. Ja mimo wielkiego, wspaniałego nastawienia też miałam ogromny problem z rozpoczęciem… zaczęłam dwa tygodnie po porodzie. Dopiero. Bo właśnie otoczenie, bo nikt mi nie pomagał w tym, nikt nie umiał, a najbliższe mi osoby zamiast pomóc, tylko dowalały. Tylko jedna dobra dusza się znalazła, ta dobra dusza której u ciebie po prostu zabrakło. Mam nadzieję, że za kilka lat, gdy Malutki będzie miał mieć rodzeństwo, spotkamy się, a ja będę tą duszą, która ci pomoże.
    Po prostu.
    Po za tym, cały post jest świetny. To wszystko prawda, zwłaszcza czapeczki i … włosy. Też mam długie, bardzo długie włosy. I uwielbiam je, jedyna rzecz którą w sobie na prawdę lubię. A to że Młody jest na świecie… hm. Za kilka lat na zdjęciach będziemy mogli wspominać, jakie mama miała długie włosy.

  3. Bardzo fajny wpis. Ja również sama wychowuję chłopca (trochę starszy od Twojego) i obecnie dotarliśmy do takiego etapu, kiedy rozumie, że mama nie tylko poświęca swój czas jemu, ale także czasami potrzebuje go dla siebie. Nie ma histerii, płaczu, ciągłego “mamo!”. Jest “pobaw się chwilę ze mną, a potem sobie poczytasz/pooglądasz/zrobisz włosy… itd. itp.”. Dzięki temu i mama jest szczęśliwa i dziecko jest zadowolone.
    Ja też jestem z tych co nie słuchają/stosują się do rad miliona Dobrych Cioć i dzięki temu jestem zdrowsza. 😉
    Powodzenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to Top