Dlaczego postawiliśmy na ślub i wesele w wersji slow?

Dostaliśmy już zdjęcia od Lady Amarena, możemy więc napisać wyczekiwany poniekąd, tekst – jak wyglądał nasz ślub kościelny i wesele po nim? Miną zaraz dwa miesiące od tego dnia, można więc na chłodno podsumować wiele kwestii, które przemyślane – lub wręcz przeciwnie – w określony sposób, mniej lub bardziej świadomie, dały efekt jak widać poniżej. 

Na czym nam zależało? 

By ten dzień nie był zapamiętany jako chaos, pośpiech, odhaczanie kolejnych punktów i jedno wielkie zamieszanie. Miało być powolutku, na spokojnie, z uwagą na to, co ważne. Chcieliśmy otoczyć się dawno nie widzianymi bliskimi, z którymi na co dzień łączy nas coś szczególnego. Wszystko miało być nasze, po naszemu – DJ, który rozumie nasze potrzeby, fotograf, którą znamy i której ufamy, jedzenie, które zachwyci prostotą i będzie smakować. Żadnych atrakcji, które zabiorą tylko czas. Cenny czas, który można spędzić na tańcach, toastach, rozmowach i śmiechu. 

Zaproszonych było prawie 70 osób, przyjechało niespełna 60 – niemalże zgodnie z planem, w zasadzie nie zdarzały się sytuacje nie potwierdzenia czy potwierdzenia a nie przybycia później. Część gości przybyła już dzień wcześniej, my również byliśmy już na miejscu by w ślubny poranek nie pędzić z wyładowanym autem do hotelu. Miałam możliwość przygotować sobie salę już wieczorem, stoły zostały nakryte a ja mogłam dostawić szampańskie podtalerze, kolorystycznie dopasowane do wypożyczonych krzeseł chiavari – jednego z niewielu małych marzeń, dotyczących tego dnia. Na każdym nakryciu starannie złożona serweta, w nią wsunięte menu – plan wesela, ułożona czekoladka będąca upominkiem dla gości. I tyle.

Żadnych winietek – goście byli przypisani do konkretnych okrągłych stołów, miejsca wybierali sobie sami. Żadnych dodatkowych dekoracji, tylko kwiaty i wysokie świeczniki na środku każdego stołu. Przy każdym nakryciu a la kryształowy kieliszek do wina, oczywiście wina stały również na stołach. Białe i czerwone, półwytrawne, półsłodkie.

Ksiądz poprowadził mszę i ceremonię absolutnie fenomenalnie. Mówił mądrze, życiowo, z genialnym spokojem i mnóstwem pozytywnej energii, każdy na jego słowa się uśmiechał. W kościele nie mieliśmy żadnych dekoracji. Żadnych. Gdyby ktoś wszedł do środka pół godziny wcześniej – zauważyłby jedynie cztery krzesła chiavari i klęcznik a pod ołtarzem bordowe goździki. Na chórze przygotowywał się wówczas organista z duetem smyczkowym, którzy od początku do końca mszy, nam towarzyszyli. Grali pięknie, wszystko wybrzmiało cudownie a w momencie, gdy ktoś zaczął śpiewać – odwróciliśmy się niemal jednocześnie. Przyjaciółka zrobiła nam niespodziankę i zaśpiewała pieśń, na której mi bardzo zależało. Do ołtarza poprowadził mnie Mały Człowiek, niosąc obrączki.

Z B. zobaczyliśmy się dopiero przed ołtarzem, efekt #firstlook był absolutnie nie do podrobienia. Radość, wzruszenie, zdziwienie.

Do kościoła zawiózł nas z kolei przyjaciel, ja sama poszłam w balerinkach z sieciówki za czterdzieści złotych, dzięki czemu suknia szyta na buty taneczne – łagodnie płynęła po podłodze. Zależało nam bym podczas ceremonii była naturalnie niższa a nie zrównała się wzrostem przez obcasy. Tak czujemy się najbardziej komfortowo. Na suknię założyłam bordową narzutkę z H&M, całe 39,90 zł też kosztowała. B. w garniturze z Lavard, koszuli z Reserved i butach, które już wcześniej miał, postawił na sprawdzone.

Mieliśmy za świadków dwóch mężczyzn. W zaproszeniach nie wyrażaliśmy żadnych życzeń co do prezentów i kwiatów. Dostaliśmy cztery bukiety, różne wina a nawet szampany czy whisky. Z prezentami również nie było zdziwienia – dwa prezenty, reszta to koperty. Wszystkim zajęli się nasi świadkowie. Do dzisiaj nie wiem, kiedy wszystko trafiło do naszego pokoju hotelowego. Rozliczali się również z muzykami, DJ-em, zanieśli ofiarę księdzu.

Po obiedzie mieliśmy oszukany pierwszy taniec. Dlaczego oszukany? Pobujaliśmy się do Perfect Eda Sheerana, czyli najbardziej oklepanej od kilku sezonów, piosenki na tą okazję, jaka istnieje chyba. 😉 Pierwszą atrakcją był tort, drugą gorąca kolacja (płonące mięsa lokalnej wędzarni) a kolejną i zarazem jedyną “ustawioną” był pierwszy taniec już właściwy. Zrzuciłam długi tiulowy dół sukni, zostając w krótkiej sukience, pod którą założyłam rozkloszowaną halkę. I zrobiliśmy TO! Po prawie roku szlifowania umiejętności mojego męża, zatańczyliśmy finałowy układ z Dirty Dancing. Moje marzenie, moja duma, nasze wspólne małe wielkie osiągnięcie. 

Później były już tylko tradycyjne oczepiny i druga gorąca kolacja. W międzyczasie dużo rozmów, pięknych toastów, ludzie do nas podchodzili, my podchodziliśmy do nich, tańczyliśmy, jedliśmy (tak, na własnym weselu jedliśmy!) i tak zwyczajnie świetnie się bawiliśmy. Wszyscy razem i każdy z osobna.

Zrezygnowaliśmy z tradycyjnych poprawin. Rano goście mieli zagwarantowane późne śniadanie w formie szwedzkiego bufetu. Wszyscy schodzili się, zjedli, rozmawiali, spacerowali po ogrodzie, stopniowo rozjeżdżali do domów. Przegenialna atmosfera, które życzę każdej Młodej Parze!

***

A teraz kilka ciekawostek, rad i sposobów, które u nas się sprawdziły:

  1. Przyjazd do obiektu dzień wcześniej był świetną opcją. Rano w dniu ślubu nigdzie się nie spieszyliśmy, wszystko było gotowe, nic nie trzeba było ogarniać na odległość.
  2. Zrezygnowaliśmy z dekoracji kościoła. Oszczędność czasu, pieniędzy i nerwów. Istotą tego dnia nie były tiule ani latarenki przy ławkach. Nikt nie zauważył tego braku.
  3. Organy + wiolonczela + skrzypce = trio idealne! Było magicznie, podniośle, pięknie, cudownie!
  4. Suknia ślubna to odrębna historia, można ją przeczytać tutaj=> Od pomysłu do finalnego efektu: 5 wersji jednej sukni 
  5. Kupiliśmy wina, które lubimy i dzięki temu pozostałość z wesela się nie zmarnuje – mamy kilkanaście butelek na zapas, z biegiem lat zużyjemy. Nie mieliśmy napojów gazowanych, tylko półlitrowe butelki Coca-Coli, wystawione na szwedzkim stole. Poszło zaledwie kilkanaście butelek, resztę rozdaliśmy gościom na drogę powrotną.
  6. Zrezygnowaliśmy z błogosławieństwa rodziców. Nie przyjeżdżali w tym samym czasie, nie chcieliśmy się widzieć przed ceremonią, nie chcieliśmy też tworzyć zamieszania i nie chcieliśmy też robić nic na siłę, nic wbrew sobie. Rodzice – jedni i drudzy – w restauracji witali nas chlebem i solą. Podziękowania dla rodziców też nie było, nie lubimy szopek przed publicznością, zaplanowaliśmy to na późniejszy czas, gdy będziemy mogli wręczyć albumy ślubne w prezencie.
  7. Zrezygnowaliśmy z poprawin. Późne śniadanie było strzałem w dziesiątkę, wszyscy chwalili rozwiązanie.
  8. Kluczowy u nas był słodki stół, wszystko rozchodziło się w tempie błyskawicznym. Trzeba znać swoich gości i wiedzieć, co będzie mieć wzięcie a co nie, nie robić nic na siłę, nie patrzeć co sprawdziło się u innych, dostosować się do potrzeb i upodobań, i… bliskich.

Plus zorganizowania wszystkiego pod siebie, dla siebie i dla bliskich? Atmosfera totalnego luzu, zaufania i swobody. Przygotowania B. trwały u świadka w pokoju, nadzorowane z doskoku przez fotograf, siostry. Ja szykowałam się w naszym, z pomocą koleżanek, mogłam zaproponować im kieliszek wina, chwilę rozmowy, nic na szybko, nic w pośpiechu. Nikt niczym się nie przejmował, wszystko było pod kontrolą, toczyło się swoim rytmem i było pięknie, tak po prostu. 

Zdjęcia powstały z ręki Lady Amarena Photography

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ➡ klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ➡ klik!

Dołącz do naszej grupy, gdzie sobie porozmawiamy ➡ klik!

2 Responses

  1. PIEKNE ZDJECIA.

    SLUB TO COS WYJATKOWEGO!

    Jestesmy mlodym katolickim malnzenstwem z trojka dzieci. Zapraszamy na nasz kanał na YouTube – CHWYĆ ZACHWYT! Głosimy Jezusa. Chcemy dotrzec do dzieci i nie tylko. Duzo u nas dzieciecych audycji ale zapraszamy wszystkich niezaleznie od wieku. Od wczoraj rozpoczelismy serie “Droga do Narodzenia”. Codziennie, biblijnie! Zapraszamy do nas. Pozdrawiamy serdecznie 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top