Trudny temat: Instagram vs dystans

Kiedy jakieś trzy lata temu zaczęłam zgłębiać tajniki aplikacji, jaką jest Instagram – nie pałałam entuzjazmem. Wychodziłam z błędnego wówczas, założenia. Wydawało mi się, że zdjęciami z telefonu to nikogo nie zachwycę. Nie pokazując siebie czy Małego Człowieka – nikogo nie zainteresuję. Nie podróżując, nie bywając zbyt wiele – nie mam nic do pokazywania. 

Ale robiłam te zdjęcia i wrzucałam, to był dla mnie sposób na podzielenie się tymi elementami codzienności, którymi dzielić się chcę i mogę, którymi nie wychodzę poza swoją strefę komfortu. Wtedy nawet ustaliłam sobie wzór, według którego miałam wrzucać zdjęcia. Jedno z trzech w każdej linii miało być w wersji black&white. Dlaczego? Nie wiem, nie pamiętam, nie mam pojęcia.

***

Tworzyłam sobie jakąś maleńką społeczność – bo na początku tych obserwujących było kilkanaście a później kilkadziesiąt, osób. Teraz jest tysiąc i mimo że to tylko tysiąc, podczas gdy są przecież konta z dziesiątkami lub setkami, tysięcy – odpowiada mi to. Kojarzę nicki, kojarzę ludzi, którzy odpowiadają na InstaStories czy zostawiają gdzieś komentarze. Kojarzę tych, którzy dają serduszko pod każdym zdjęciem.  To zdecydowane plusy niewielkiej społeczności. Gdyby była większa – też znalazłabym jakieś plusy, bez wątpienia.

Chcę podkreślić, że niezależnie od ilości obserwujących – można znaleźć fajne strony korzystania z aplikacji.

Czasami dostaję pytania: ile można zarobić na Instagramie? I szczerze? Znam to jedynie z teorii, na Instagramie nigdy nie zarobiłam ani grosza. Wiem – mało kto mówi o tym tak wprost bo modne, fajne i inspirujące jest chwalenie się stawkami. Posiadając tak małą społeczność, na dodatek konto prywatne, które nie wyświetla się przypadkowym osobom a jedynie tym obserwującym – mam zwyczajnie mały zasięg. A zasięgi (jak wiadomo) interesują reklamodawców bardzo. Do tego dochodzi nasza osobista selekcja i fakt, że pokazujemy, piszemy tylko o tym, co nas naprawdę zainteresowało, co naprawdę chcielibyśmy wypróbować czy używać. I tutaj kolejne zmniejszenie szans – bo większość marek nie bierze pod uwagę możliwości obiektywnej opinii, ona musi być pozytywna. 

Ale pokazuję. Pokazuję miejsca, które lubię. Pokazuję ułamek swojej codzienności – tej blogowej, zawodowej, prywatnej. Gdyby tak scrollować mój profil a następnie tylko i wyłącznie na jego podstawie określić moją codzienność czy życie – zauważymy kawę, śluby, pracę, weekendowe podróże, Małego Człowieka sporadycznie, jakieś zabawki czy książeczki jeszcze bardziej sporadycznie. Nie czuję potrzeby pokazywania wszystkiego, co towarzyszy mi na co dzień. Podobnie nie czuję potrzeby pokazywania swojego dziecka, swojego męża. Bo nie są przedmiotami, którymi można się pochwalić. Bo album rodzinny nijak się ma do Instagrama, to absolutnie nie jest to samo!

Dla nas? Dla nas Instagram to zbiór inspiracji, krótkich komunikatów czy przemyśleń, takich: tu  i teraz. Takich, które nie nadają się na odrębny tekst na blogu.

To możliwość pokazania czegoś, co podoba mi się tu i teraz, co niekoniecznie pasuje do bloga albo czegokolwiek innego. To taki codziennik, w którym mogę pokazać jakieś migawki. InstaStories z kolei traktuję jeszcze… luźniej. Wrzucam nagrania z podróży autostradą, gdy w radio leci disco-polo, mąż podśpiewuje dla żartu – w pełni świadomy nagrywania – a deszcz dudni w szyby. Wrzucam ujęcia z ulubionych kawiarni, spijanych kaw, konsultacji z parami, odwiedzanych z nimi miejsc czy codziennych obowiązków typu: uganianie się za paczkami, zostawionymi przez kuriera g d z i e ś.

Do czego dążę? Ano do tego, że na Instagramie widzicie tylko marny ułamek całego życia. Wiem, że są ludzie, którzy nagrywają na Stories od świtu do późnej nocy. Wiem, że są ludzie wrzucający pięć czy dziesięć zdjęć dziennie. Ale to nadal nie jest całe życie!

Przez krótki moment próbowałam wrzucać trzy zdjęcia dziennie. Nie wyszło. Brakowało mi chęci, materiału (ile można robić zdjęcia kawom?!) i czasu. A wrzucać byle co, na dodatek niedopieszczone – trochę bez sensu. Owszem – mam dość spójny wall. Ale to kwestia zwyczajnie… przemyślana. Wrzucam tylko jasne, minimalistyczne zdjęcia, nie ma u mnie miejsca na przeładowane detalami flat lay z pierdyliardem różnych drobiazgów. Bo tego nie czuję i czuć raczej nie będę. Po prostu. Łapię moment i go wrzucam.

Niezależnie od tego, co widzicie na danym profilu – pamiętajcie, że życie nie kręci się wokół ujęć tam obserwowanych. Na co dzień (poza obiektywem) nikt nie układa bogatych, przemyślanych i nader skomplikowanych niekiedy, kompozycji – tylko po to, żeby wypić kawę. Naprawdę trudno również o tak nieskazitelny, nienaganny, wymuskany porządek, jaki widzimy na kontach wnętrzarskich czy parentingowych. Jeszcze trudniej jest właśnie o idealny ład i porządek w pokoikach dziecięcych, które można tam podziwiać.

To wszystko, owszem – można podziwiać. Ale zdecydowanie trudniej byłoby w takich warunkach żyć, to wręcz niewykonalne, nie uważacie? Bo przecież nie ma domów, gdzie nikt nie używa (a co za tym idzie – nie brudzi) naczyń. Bo przecież nie ma domów, w których dzieci nie bawią się zabawkami a zabawki jedynie zdobią półki. Sama znam to od drugiej strony i wiem, ile musiałam się nasprzątać by zrobić zdjęcia pokoju Małego Człowieka, gdy chciałam pokazać mebelki na blogu. I mimo że nie toniemy w zabawkach, mimo że nie obrastamy w nadmiar – nigdy nie ma niezmąconego niczym ładu! Bo książeczki nie są poukładane równiuteńko, bo klocki są pomieszane a autka nierzadko garażowane są pod łóżkiem, zamiast w dedykowanej im skrzyni.

I to jest normalne! Tak samo jak normalne jest wypicie od rana już trzeciej kawy w tym samym kubku, niekoniecznie fotogenicznym, niekoniecznie dobranym kolorystycznie do wnętrz. Jeszcze normalniejsze jest chodzenie po domu w znoszonych dżinsach, ukochanych dresach czy szortach – zamiast w pełnym #ootd i #makeup, wcześniej oczywiście pstrykając sobie ileś zdjęć, wrzucając które – oznaczymy każdy element garderoby. Wszystko, co normalne i zwyczajne – jest okej! 

Uczy się nas niemal każdego dnia, że trzeba być #wow, że trzeba mieć to, dążyć do tamtego. I tak sobie każdego dnia obserwujemy te wszystkie instagramowe konta, zatracając gdzieś granicę. Bo o ile fajnie jest się zainspirować, poznać coś nowego, coś naprawdę dla nas przydatnego – o tyle ślepe podążanie za wszystkim, co widzimy, już tak dobre nie jest. Warto za każdym razem zadać sobie pytanie: czy naprawdę tego potrzebuję? Czy to w ogóle do mnie pasuje? 

Dystans i zdrowy rozsądek powinny być nieodłącznymi elementami korzystania z social-media. Obserwujmy, podziwiajmy, inspirujmy się ale nigdy i pod żądnym pozorem – nie czujmy się gorsi, że nie mamy tego czy tamtego. Nie dążmy ślepo do tego, co widzimy na ekraniku telefonu. Bo to nijak się ma do rzeczywistości, do życia, do codzienności autora zdjęć. To tylko migawki, to tylko kadry. Nikt nie żyje w bańce, w której jest tak perfekcyjnie, jak można to dostrzec na zdjęciach. Nikt, absolutnie nikt!

***

Więc nie wmawiajmy sobie, że jeśli kupimy ileś przedmiotów, zaczniemy robić ileś zdjęć w podobnym stylu – nasze życie diametralnie się zmieni. Nie, nie zmieni. Zmieni się nasz #instaprofil i nic więcej. Zamiast nagrywać swoje dzieci przez pół dnia, wisieć nad nimi z telefonem – pobawcie się z nimi, po prostu, bez aparatu w ręce. Zamiast fotografować każdy moment dnia – przeżywajmy go. Tak zwyczajnie, tak po ludzku.

Jakiś czas temu wprowadziliśmy weekendy bez Instagrama. Nie wrzucamy, nie nagrywamy, nie przeglądamy, nie używamy. Podobnie w czasie, gdy jesteśmy z Małym Człowiekiem – czy to na spacerze, czy to na lodach, czy to gdzieś. Zrobimy czasem jakieś zdjęcie, które wysyłamy Dziadkom lub ciotkom niezliczonym. Ale to pojedyncze sytuacje. Nigdy Go nie pokazywałam ani tutaj, ani na portalach społecznościowych. Robiłam sporo zdjęć, chcąc uwiecznić wiele. Teraz uwieczniam tylko to, co naprawdę warto zachować. Trzeba się pogodzić z tym, że całego dzieciństwa naszych maluchów nie damy rady uwiecznić. A nawet jeśli – kto będzie te ogromne ilości kiedyś przeglądał?

Żyjmy i uczmy żyć dzieci. Przeżywać, doświadczać. Uczmy się na błędach – swoich lub czyichś. Uczmy się tego w swoim tempie, po swojemu. Nie zatracajmy się w wirtualnej rzeczywistości – bo ona nijak się ma do tego, co tworzymy w swojej prawdziwej, realnej codzienności. Inspirujmy, czerpmy inspiracje ale wszystko w taki sposób i w takim stopniu, żeby nie stracić możliwości pełnego życia. 

 

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ➡ klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ➡ klik!

Dołącz do naszej grupy, gdzie sobie porozmawiamy ➡ klik!

3 Responses

  1. Najlepsze są laski które raz pokażą ciuch a później na Stories robią wyprzedaże. Codziennie inne ciuchy i rzadko który ubrany dwa razy. A później widzki kupuje bez opamiętania bo taka laska coś miała…

  2. Mało kto ma ten dystans. Takie czasy, szczescie uzalezniamy od posiadanych przedmiotów i od tego, że możemy się tym chwalić. Poczucie wartości budujemy na podstawie oceny innych ludzi.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top