Chcesz mieć czas na wszystko? Nic prostszego!

Obiecałam na naszym Instagramie zacząć nagrywać InstaStories “mówione”, w którym będę pokazywać od kulis nasze zwyczajne dni, kiedy to ogarniam dom – bo podobno zawsze mamy ład i porządek, dziecko i męża – bo zawsze mamy super (serio?!) obiad, studia, pisanie pracy i kursy wszelakie – cholera wie, kiedy ja właściwie się uczę? Do tego niezliczone ilości tekstów dla klientów, na oba blogi, zdjęcia, teraz jeszcze ślub za ślubem, parę za parą, spotkanie za spotkaniem.

Jak ja na to wszystko znajduję czas? Otóż cała tajemnica polega na tym, że nie mam czasu na to wszystko. Po prostu mam czas na to, co jest dla mnie ważne. Umiejętnie balansuję między delegowaniem, zwyczajnym olewaniem, staraniem się, pracą i odpoczynkiem, przyspieszaniem i spowalnianiem. Po prostu.

***

Po pierwsze: deleguję.

O tym nie będę się rozpisywać. Pisałam o tym ostatnio, polecam po prostu wrócić do tamtego tekstu: Dlaczego uczę się delegować zadania? i przypomnieć sobie, dlaczego warto pewne zadania oddać w sprawdzone ręce? Tytułem małego przypomnienia dodam tylko: nie wszystko da się zrobić samodzielnie, czasami trzeba dojrzeć do decyzji o wsparciu ze strony kogoś innego. 

Po drugie: przyśpieszam, żeby później zwalniać. 

Bez wyrzutów sumienia dwa, maksymalnie trzy dni w tygodniu wypełniam po brzegi. Wtedy wychodzę w rano, wracam późnym wieczorem, z przerwą na wstąpienie do domu i ugotowanie obiadu, przemycie podłóg. Albo i nie – bo na przykład tylko wpadam do domu przebrać się i zostawić obiad, wzięty na wynos z naszej ulubionej restauracji z domowym jedzonkiem.

Takie maksymalne obroty przez część tygodnia dają mi… spokój. Bo wiem, że znaczną większość tego, co zaplanowałam na ten tydzień – zrobię w dwa dni i reszta tygodnia może rządzić się innymi prawami. Gdy Mały Człowiek zachoruje – nie ma dramatu bo wszystkie najważniejsze wychodne obowiązki są skumulowane w dwa dni. Wówczas – na przykład – mąż weźmie dwa dni zwolnienia na Małego i zastąpi mnie w domu a resztę tygodnia przejmę ja, trzymając wartę codziennie do powrotu B. z pracy – i wówczas następować będzie ewentualna zmiana.

Kolejna sprawa – zostaje mi czas, sporo czasu. Na spacery, wyjście na lody, wieczory z mężem przy filmie i domowej kolacji. Zostaje mi czas na książkę czekającą w kolejce, gruntowne porządki w kuchni, kawę z koleżanką czy cokolwiek innego.

Po trzecie: wybieram to, co naprawdę ważne. 

Przykład? Wyjeżdżamy na weekend, startujemy w piątek po przedszkolu. W koszu sterta brudnego prania, w organizerze deadline na cztery teksty, brudny samochód, brudne okna w domu. Wstawię pranie, wystawię na nasłoneczniony taras by wyschło – owszem. Napiszę teksty – by nie przeszkadzała mi przez weekend świadomość, że coś dyszy mi nad głową. Nie umyje auta bo jest mi to dość obojętne w tej sytuacji – czas zmarnowany na myjni, podobnie jak ten na myciu okien, wolę przeznaczyć na pracę, która da mi spokojny weekend bez klawiatury. Proste? Proste.

Przykład? Biegam od samego rana, ze spotkania na spotkanie. Na jednym ze spotkań klienci się wyjątkowo rozgadali, widzę na zegarku upływający czas i malejące szanse na obiad. Najpierw przepada zupa – w życiu nie zdążę dobiec do domu, nakroić warzyw, naszykować, gotować dwie godziny. Później przepadają młode ziemniaczki plus jajko sadzone. W życiu! Nie zdążę! Później przepadają już nawet naleśniki. Wiem, że spotkamy się z B. i Małym pewnie w drzwiach mieszkania. Mogę zakończyć spotkanie i klienci zostaną niewysłuchani do końca ale – jakkolwiek brutalnie to brzmi – w tym momencie to oni są priorytetem, ten czas przeznaczony jest dla nich. Kończę więc spotkanie, gdy kończą je oni, wychodząc – wybieram już numer i zamawiam rosół w naszej restauracyjce, odbieram po drodze i później biegnę przez osiedle, w jednej ręce dzierżąc szpilki, torb, laptopa i płaszcz a drugą podtrzymując chwiejną konstrukcję spakowanych na wynos, zup. Nikt nie umrze od rosoły z knajpy, zamiast z domowego garnka. A strat klienta odczułby nasz domowy budżet. Proste? Proste.

Nauczyłam się dokonywać wyboru, co jest dla mnie w tej chwili ważne. Deadline zazwyczaj będzie ważniejszy od umycia podłogi, chory Mały Człowiek będzie ważniejszy od treningu na siłowni, rocznica czy imieniny męża – będą ważniejsze od spotkania z kimś tam. Kwestia priorytetów. Nie da się ogarniać wszystkiego. Trzeba wybierać. 

Po czwarte: umiejętnie olewam, odpuszczam.

Tutaj chyba nic nie trzeba tłumaczyć? To, co nie jest dzisiaj najpilniejsze – zwyczajnie olewam. Najnormalniej w świecie. To tak jak z tym myciem samochodu czy okien wyżej – nie jest to najpilniejsza rzecz na świecie, jeśli w tym samym czasie coś naprawdę pilnego nade mną ciąży.

Nauczyłam się sobie stawiać granice. Oddelegować zadanie komuś – okej. Nie zdążę zrobić zakupów do ich powrotu, B. podjedzie wieczorem i zrobi na szybko. Odkładanie w czasie nienajpilniejszych – okej. Dziś nie robię tego, co jest potrzebne na za tydzień – w zamian skupiając się na czymś, co wymaga mojej uwagi właśnie teraz. I odpuszczanie. Wszystkiego, co nie jest na tyle ważne w tym momencie, żeby mogło przysłonić mi najpilniejsze zadania danego dnia. 

***

A poza tymi wszystkimi zasadami – pamiętam o sobie. Nie tylko w roli matki i żony, które zawsze będą dla mnie numerem jeden. Równolegle do nich jest jeszcze rola kobiety. Spełniam się, pamiętam o sobie i o siebie dbam. Czy to w ramach pielęgnacji ciała, czy to w ramach wysiłku fizycznego, który pomaga mi się zrelaksować – czy to dbałości o moje pomysły, moje marzenia i ich realizację, krok po kroku. 

Patrząc z boku – wydawałoby się, że żyję z ręką na kalendarzu, zegarkiem w zasięgu wzroku, nigdy nie śpię, jem tylko w biegu a mąż i syn widują mnie w weekendy. I to jest właśnie ta otoczka, którą mogą tworzyć dni na najwyższych obrotach. Zdecydowanie więcej jednak jest takich, gdy te obroty są mniejsze. Gdy jemy zupę z restauracji, całe popołudnie leżymy we troje na kanapie i czytamy, idziemy na lody albo spacer. Gdy w pełni świadomie mogę przez tydzień nie pracować, skupiając się na rodzinie i nauce przed egzaminem – bo pracę ogarnęłam na zapas, żeby nie zaprzątać nią sobie głowy. 

Polecam spróbować! 🙂

 

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ➡ klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ➡ klik!

Dołącz do naszej grupy, gdzie sobie porozmawiamy ➡ klik!

7 Responses

  1. A czy będziesz pisac o tym jak powstaje wasz biznes? Jak konkretne etapy łączycie z domem i byciem rodzicami? Bo to mnie ciekawi na przykład bardzo i pewnie nie tylko mnie.

    1. Zastanawiam się nad tym, jednak przez myśl przeszło mi, że nie robimy nic nowego, odkrywczego i nie wiem, czy to w ogóle byłoby czytane w takim stopniu, jak inne tematy. 🙂

      Pozdrawiam! <3

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top