Ślub po swojemu: czy wedding planner jest potrzebny?

Jednym z tegorocznych celów nie podlegających najmniejszym nawet negocjacjom – był kurs wedding plannera, biznes plan i start naszej działalności w tym zakresie. Dałam sobie na to wszystko dokładnie cały rok. Chciałam z końcem grudnia mieć odhaczony każdy z tych punkcików. Okej! Kurs zrobiłam z początkiem czerwca, mamy jego końcówkę a ja… mam odkreślone wszystkie punkty.

Aktualnie organizujemy śluby, stoję przed koordynacją pierwszych uroczystości, podczas gdy strona agencji nie zdążyła zostać ukończona. Tempo jest ogromne – nie narzekam jednak, ani przez moment! Zatrzymajmy się jednak na tym, co dzisiaj dla mnie najistotniejsze. Jutro moja pierwsza koordynacja ślubu. Nie do wiary!

***

Przez ostatnie lata pracowałam przy klawiaturze, przez telefon, sporadycznie spotykałam się z kimś służbowo. Mogłam to robić w dresie, na kanapie, mogłam pisać nad morze, za granicą i w przydomowym ogródku. Z małą przerwą na powrót do etatu – tak wyglądała moja praca. Gdy z początkiem tego roku wróciłam do pracy – na początek dodatkowo – z przyszłymi nowożeńcami, odżyłam! Pozytywne emocje, zupełnie różni ludzie, różne historie, różne inspiracje. I mimo zmęczenia fizycznego, które się pojawiało – czułam, że tego mi brakowało.

Kim jest wedding planner? Kim teraz jestem? Czym się zajmuję? Co leży w moich obowiązkach a co absolutnie nie?

Nie będę tutaj rozprawiać o stronie czysto teoretycznej. Gdybym miała skrócić to maksymalnie – co bym powiedziała? Organizuję ślub i wesele, koordynuję ten najważniejszy dzień w życiu konkretnej pary a wszystko po to, żeby wziąć na siebie cały stres i szaleństwo nieprzewidzianych sytuacji, które ich wówczas już nie dotykają. Brzmi absurdalnie, trochę magicznie, trochę odjazdowo. Prawda? 🙂

Pierwsza koordynacja nie jest typową relacją na linii: klient i konsultant. Tą parę poznałam, gdy trafili pod moje skrzydła na zajęciach pierwszego tańca. Z lekcji na lekcje dowiadywałam się więcej – nie dość, że jesteśmy praktycznie sąsiadami, mają dwie przeurocze córeczki (które, jak się okazało – my znamy z placu zabaw!), to jeszcze są świetnymi, pozytywnie zakręconymi ludźmi, z którymi każda godzina pracy to zwyczajna przyjemność. Po prostu.

Polubiłam ich, automatycznie wręcz udzielał mi się ich stres związany z pewnymi kwestiami organizacyjnymi. Podpowiadałam, z automatu niemal podsuwałam rozwiązania. Bo dlaczego nie? I w momencie, gdy sama koordynacja dnia ślubu była już ustalona a do samej uroczystości pozostał nieco ponad dwa tygodnie – włączyłam się już maksymalnie. Wiem, wiem – koordynacja nie równa się organizacji. Ale dla mnie był to naturalny odruch. Widziałam i reagowałam.

Szukałam serwetek, podtalerzy, starałam się uspokajać emocje, gdy pojawiały się jakieś absurdy ze strony podwykonawców. Jeździłam na ostatnie przymiarki sukni ślubnej, cieszyłam się jak dziecko – gdy Panna Młoda w ostatniej chwili zdecydowała się na zmianę w fasonie, która była dla niej ważna. Mimo wszystko, mimo wszystkim! Tak się czuła lepiej, tego chciała, tak wybrała a ja czułam się z tego powodu współszczęśliwa bo stałam obok, zadawałam pytania, wspierałam, słuchałam.

Szalenie ważne, poruszające i… pouczające było dla mnie to, że moje zdanie i moje spojrzenie komuś tak zwyczajnie pomaga. Poczuć się pewniej, podjąć najlepszą decyzję, spojrzeć na siebie łagodniejszym okiem.

Czego sama chciałabym doświadczyć w dniu swojego ślubu? Chciałabym by ktoś podał mi kawę, moją ulubioną, gorącą – taką, jak uwielbiam, do tego może jakieś śniadanie? Znając moje zapędy do zapominania o jedzeniu, mogłoby się okazać że zjem dopiero weselny obiad, gdzieś późnym popołudniem… Zdecydowanie chciałabym, żeby w ten dzień ktoś pamiętał o moim śniadaniu za mnie! Chciałabym by ktoś był obok mnie podczas czesania i makijażu. Ale nie był w sensie stania i gapienia się na mnie. Rozumiecie? Trzy godziny męki bo ktoś grzebie nam we włosach, nakłada kolejne warstwy makijażu a kolejna para oczu patrzy ni to z zainteresowaniem, ni to ze znudzeniem. Chciałabym by ktoś przypilnował, żeby Pan Młody na pewno nie zobaczył mnie wcześniej, niż w kościele. Chciałabym nie musieć upominać DJ-a, że gra zbyt smętnie ani kuchni, że kolacja spóźnia się godzinę.

Mogłabym to wszystko robić. Ale na co dzień ogarniam tyle różnych spraw, że w dzień własnego ślubu wolę nie musieć nic. 

Ile Panien Młodych myśli podobnie? O ile sam proces organizacji ślubu i wesela może być ciekawym, emocjonującym doświadczeniem – o tyle dopilnowanie wszystkiego już w tym dniu – niekoniecznie bawi. Zwłaszcza, gdy pojawiają się nieprzewidziane, stresujące sytuacje. A wspomnienia dnia ślubu nie powinny mieć nic wspólnego z negatywnymi emocjami, które mogą się pojawić. 

Dlatego zabiorę moją Pannę Młodą na wczesne śniadanie, dokładnie takie jak lubi. Wypiję z nią gorącą kawę, porozmawiamy o bzdurach – by się zrelaksowała. Zawiozę ją do fryzjera i wizażystki. Będę z nią cały czas, usiądę w fotelu obok, niech mnie druga pani uczesze w tym samym czasie jakoś. Niech mi chociaż włosy wyprostuje, ot co! Będę obecna ale nie w sposób krępujący, wgapiona w Pannę Młodą. Później pojedziemy w miejsce wesela, obejrzę salę i kościół, później Panna Młoda rzuci okiem by być spokojna o efekt. Pomogę jej włożyć suknię, odbiorę bukiet od florystki, przywitam się z DJ-em.

Pobiegnę do kościoła, przywitam się z Panem Młodym i dopilnuje by czekał ustawiony odpowiednio, żeby nie widzieć swojej wybranki aż do kulminacyjnego momentu. Pomogę przypiąć kwiatki jemu i świadkowi, sprawdzę obrączki, przywitam fotografa, upewnię się że ich córeczki z Dziadkami już są. Pobiegnę z powrotem, przyprowadzę Pannę Młodą i jej świadkową, wzruszę się w momencie #firstlook i całej ceremonii. Zadbam o tren, odpięcie i podpięcie w odpowiednich momentach. 

***

I tak można wymieniać bez końca. Po prostu będę. Cokolwiek by się nie wydarzyło – Para Młoda swoje oczy będzie mogła skierować na mnie, oczekiwać reakcji. Będę mieć w torebce wszystko, co może im się przydać od agrafki po plasterki, chusteczki i wodę. Będę kontrolować podwykonawców, rozliczać się z nimi z końcem imprezy, pomogę uprzątnąć dekoracje kwiatowe, prezenty, wszystko co trzeba. Będę – to najistotniejsze słowo. Najważniejszy tak naprawdę element mojej pracy w tym dniu. 

Będę. W stanie gotowości. Cały czas. Każdą nieprzewidzianą sytuację, każdy problem, każdy stres – wezmę na siebie, uporam się z nim a Para Młoda będzie czerpać tylko z gotowego rozwiązania. Będą garściami czerpać z tego dnia, z ich dnia, żeby za ileś lat wspominać ten czas z błogim uśmiechem na twarzy, pamiętając tylko to, co absolutnie najlepsze i najprzyjemniejsze. Świadomość, że poniekąd skroję ten dzień na ich miarę? Bezcenna! 

 

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ➡ klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ➡ klik!

Dołącz do naszej grupy, gdzie sobie porozmawiamy o ślubach ➡ klik!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top