Co warto mieć w torebce? | cz. I

10 rzeczy niezbędnych w mojej codzienności

Pamiętacie ten tekst? Wymieniałam te mniej lub bardziej oczywiste elementy mojej codzienności, które towarzyszą mi absolutnie zawsze. Od tamtej pory jedynie zdegradowany na jakiś czas został czytelnik e-booków, wróciłam znów do papierowych książek. Zwyczajnie tyle mi się ich nazbierało na moim parapecie wstydu*, że zaczęłam po nie regularnie sięgać w cyklu #książkacomiesiąc. 🙂 

Moja dotychczasowa torebka (czarna, sporych rozmiarów, z rączkami i odpinanym dłygim paskiem, z Mohito) budziła wiele prześmiesznych emocji i dyskusji – dowiadywałam się między innymi, że z torebką Korsa byłabym bardziej wartościowa. Niestety – nie planuję takiej w najbliższym czasie. Mamy chwilowo inne priorytety. Najpierw dopieścimy te priorytety właśnie, osiądziemy we własnym domu a później może tego Korsa kiedyś kupię, a może nawet nie? 

***

Moja wspominana niejednokrotnie, torebka – zaczęła kończyć powoli swój żywot. Używana od lat, pakowane do niej codziennie tony przydasiów, włącznie z ciężkim komputerem, książkami, nierzadko nawet butami – zaczęła wołać o swojego następcę. Nim jednak takowy się znajdzie – pora zweryfikować, czy nie za wiele do jej wnętrza ładowałam? Czy wszystko naprawdę jest mi tak potrzebne, jak byłam tego niemal pewna wcześniej?

Często na InstaStories pytacie o to, co ja tam noszę, że potrzebuję takiej dużej? Myślałam, że od czasu, gdy tzw. shopper bag podbiły świat – rozmiar nikogo nie dziwi. A jednak! Chociaż osobiście uważam (mąż mój osobisty zresztą też!), że sytuacja inaczej by się miała, gdybym komputer i kable nosiła w osobnej, dedykowanej temu, torbie. Mi się jednak zwyczajnie nie chce, zwłaszcza że często dochodzi do tego dodatkowa torba z aparatem, zależnie od pogody też parasol i wówczas wyglądam niczym wielbłąd, obładowana wszystkim.

Co mam w torebce absolutnie zawsze?

Są takie drobiazgi, które towarzyszą mi każdego niemal dnia, których nawet nie wyjmuję, które po prostu są. Są oczywiście też takie wyjmowane niemal codziennie ale zawsze z powrotem wkładane – bo zwyczajnie potrzebne. Portfel na przykład. Wkładam, wyjmuję, wkładam, wyjmuję i wciąż jest. Bo przecież wciąż jest potrzebny!

  • Słuchawki. Mam je zawsze w torbie, absolutnie zawsze. Mają swoją własną kieszonkę, zapinaną na suwak i znajdują się tam tylko one oraz dwa awaryjne pendrivy. Słuchawki są mi potrzebne do rozmów, gdy mam zajęte ręce – nie znoszę zestawów głośnomówiących. Są mi potrzebne również do słuchania muzyki, bez której nie wyobrażam sobie codzienności! Energiczniejszy krok, większy uśmiech na twarzy, mniejszy stres i wszystko jakby wydaje się być bardziej kolorowe.
  • Chusteczki higieniczne. Banał. Ale jakże to prawdziwe! Sama wielokrotnie przyłapywałam się na ich braku. Bo wyjęłam z torebki i zostawiłam w aucie. Bo wyjęłam z torebki i włożyłam do kieszeni kurtki, podczas gdy następnego dnia miałam już chociażby płaszcz. Bo zużyłam wszystkie i… nie sięgnęłam po nowe. I tak ciągle coś, zawsze jakiś powód. A nie ma co się oszukiwać – chusteczki są potrzebne, w najmniej oczekiwanym momencie zazwyczaj.
  • Długopisy. Mam zazwyczaj minimum pięć przy sobie, czasami i dziesięć. Któryś się wypisze, któryś się zgubi, któryś komuś dam i nie dostanę go z powrotem. A długopisy są jednym z tych detali, których potrzebuje w zasadzie na każdym spotkaniu i nie tylko. Po prostu więc muszę ich całkiem sporo mieć.
  • Płócienna torba. Złożona w małą, zgrabną kosteczkę, ukryta na dnie torebki. Na zakupy, na dźwiganie paczek z poczty, na schowanie butów na zmianę czy czegokolwiek innego. Przydaje się, po prostu. Zamiast kupować niezliczoną ilość tzw. jednorazówek – zawsze mam swoją szmaciankę przy sobie.
  • Mini-apteczka. Innymi słowy mała kosmetyczka, w której oprócz wymienionych wyżej chusteczek higienicznych – trzymam również tampony, proszki na migrenowe bóle głowy, kilka plasterków, balsam do ust (niezastąpiony Carmex) oraz Sachol Aftigel, czyli coś, co w zasadzie nigdy mi się jeszcze nie przydało ale mam przy sobie bo przydaje się ciągle komuś w moim otoczeniu.
  • Ładowarka do telefonu. Tutaj chyba nie muszę się rozpisywać? 🙂

Zatrzymam się na dłuższy moment przy tej mini-apteczce, kosmetyczką też nazwaną. Po co to wszystko? Po to, żeby w razie sytuacji, która się przydarza nierzadko (i zdaję sobie z tego sprawę) – nie musieć pędzić od razu do drogerii, apteki czy sklepu. Nowe szpilki obtarły? Skaleczyłam się, ciąć papier na zaproszenia ślubne? Otwieram torbę i wyciągam plasterek. Migrena przychodzi czasem znienacka, niekoniecznie z samego rana i wcale nie muszę żyć z nią cały dzień. Może pojawić się nagle a wówczas co miałabym zrobić? Pędzić do domu po proszki? Bo są na receptę, spontaniczny zakup nie wchodzi w grę. Muszę więc być przygotowana.

Całkiem niedawno do tejże kosmetyczki trafił właśnie Sachol Aftigel – z banalnie prostej przyczyny. Po prostu się przydaje.

Kiedyś myślałam, że problem aft mnie nie dotyczy. Bo w zasadzie nigdy nie dotyczył. Wystarczył jednak RAZ. Tak, jeden raz. I ten wspomniany raz wystarczył, żebym wolała być zabezpieczona na wypadek takiej ewentualności w przyszłości. W momencie, gdy miałam okazję poczuć na własnej skórze dyskomfort związany z tą dolegliwością i przekonać się, jak bardzo to może przeszkadzać (!) w codzienności – ręce mi opadły, no! Ileż można się męczyć z czymś tak pozorni drobnym?

Kawa nie smakowała tak dobrze, jak zwykle. Nic nie smakowało tak, jak dotychczas. Wszystko drażniło, powodowało ból albo przynajmniej dyskomfort. Masakra! Na szczęście w osiedlowej aptece doradzono mi Sachol właśnie, kupiłam, sprawdziłam i przekonałam się, że problem może zniknąć tak szybko, jak się pojawił. Wyczytałam, że minimalizuje to, co najbardziej męczące – bolesne, nieprzyjemne objawy. A co ciekawsze – pomaga w procesie odnowy nabłonka w jamie ustnej. Innymi słowy, upraszczając już zupełnie: goi, łagodzi i stopniowo eliminuje. Czegoż chcieć więcej?

***

Jeśli coś nam przeszkadza, uprzykrza codzienność – nie ma najmniejszego sensu na to pozwalać. Jeśli w grę wchodzi otarcie – przyklejamy plaster. Jeśli w gr wchodzi ból głowy – sięgam po proszek. Jeśli pojawią się afty – wyciągam Sachol. I tyle w temacie. Wszystko to, na co mamy wpływ – trzeba eliminować, jeśli w jakikolwiek sposób zaburza naszą codzienność. Proste, prawda? Pewnie, że proste!

Jak każda chyba – moja torebka skrywa wiele przydasiów, każdy jednak – niezmiennie potrzebny, zbędności nie znoszę. Następnym razem pokażę planner, notatniki i kilka innych drobiazgów, które ułatwiają mi pracę w terenie, które muszę mieć przy sobie zawsze, niezależnie od planu dnia. 

A Wy? Co absolutnie m u s i c i e mieć w swojej torebce? 

 

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ➡ klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ➡ klik!

Dołącz do naszej grupy, gdzie sobie porozmawiamy ➡ klik!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top