Jak wspierać skórę? | Moja historia zmian

Wchodzimy do drogerii po opakowanie tamponów a wychodzimy z reklamówką pełną różności – znajome? W wielu – naprawdę wielu! – przypadkach tak właśnie się kończy. Zobaczymy reklamę w telewizji, czasopiśmie, ktoś poleci, ktoś pochwali i… sięgamy po to samo. Bez większego zastanowienia, czy to nam właściwie służy albo chociaż… nie szkodzi.

Lata temu zmieniałam kosmetyki dość często, przekonana o ich nieskuteczności. Na przykład już po tygodniu. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to trochę zbyt krótko by ocenić, czy dany specyfik działa tak, jak zakładaliśmy. Na szczęście człowiek uczy się na błędach – po popełnieniu iluś tam (mniej lub bardziej spektakularnych), w końcu ogarnęłam pewne kwestie, wzięłam je sobie do serca i wprowadziłam w życie po prostu.

***

Po prostu. To tak łatwe i… trudne zarazem! Bo przyzwyczajamy się do jakichś rytuałów, niezliczonych niekiedy. Do ton kosmetyków, drobiazgów, ciągłych zmian, eksperymentów i prób. Do niekończącej się ilości czegoś nowego. To wszystko bardzo łatwo napędzić, naprawdę – i ja to wiem. Sama tego doświadczyłam.

Bo ta maseczka miała działać tak a nie inaczej – jednak nie dała efektu, który sobie wymarzyłam. Drugiej porcji więc nawet nie wypróbowałam, sięgałam po kolejną. Bo ten krem miał zwalić z nóg swoim obiecanym działaniem. Nie zwalił jednak. Do kąta z nim, do kosza, koleżance – może ją zwali z tychże nóg? I tak w kółko.

Owszem, miałam pod ręką kosmetyki – pojedyncze ale jednak – warte mojej uwagi. Innymi słowy takie, które się sprawdzały, które dobrze służyły, z których byłam zadowolona. Takie przynajmniej odnosiłam wrażenie.

Regularnie chadzałam na peeling kawitacyjny, zamiennie z mikrodermabrazją. Zdarzało mi się spróbować czegoś nowego, na przykład oksybrazji – później jednak wracałam do sprawdzonych opcji. Używałam – pozornie – dobranych kosmetyków a pewne niewygody tłumaczyłam sobie czymś w stylu: tak już mam. Błąd! 

Tak mam, że po umyciu towarzyszy niefajne poczucie ściągnięcia. Tak mam, że miejscami skóra jest nazbyt sucha. Tak mam, że uczula mnie dziewięćdziesiąt procent kosmetyków do makijażu i w grę wchodzą tylko mineralne (albo i nawet nie takie). Tak mam, że efekt zabiegu utrzymuje się przez dwa, góra trzy dni a później jest jakby… gorzej. 

I tak sobie mówiłam, dotychczasowa pani kosmetolog sama podobne rzeczy mi sugerowała. Jednocześnie proponując taki zabieg, siaki zabieg, taki kremik, inny kremik. Kiedy po jednej z wizyt, dała mi na karteczce nazwę emulsji do mycia, która miała zdziałać cuda – zdziwiłam się cholernie. Bo zapisała mi płyn myjący dla niemowląt, na dodatek z takim składem, że nigdy tego Małemu Człowiekowi nawet nie kupiłam, mając na uwadze właśnie tenże paskudny skład.

Uznałam to za znak, że coś jest nie tak. Na moje szczęście w pobliżu otwierał się nowy salon, pani właścicielka miała szalenie dobre opinie – postanowiłam przerzucić się na tą lokalizację, stopniując stopień zaufania do nowego miejsca. Pedicure na pierwszy rzut, żeby poznać salon. Przemiło, profesjonalnie, konkretnie i merytorycznie. Tyle mi wystarczyło. Postanowiłam umówić się na ten nieszczęsny peeling kawitacyjny.

I tu pierwsze zdziwienie. Bo pani – zamiast ochoczo zapisać – odradziła. Wyjaśniła, dlaczego ten konkretny zabieg mi źle działa, dlaczego wciąż nie ma (i nie będzie) pożądanego przeze mnie, efektu. Długa rozmowa, wiele pytań i wyklarował jej się plan, jak doprowadzić moją cerę do porządku.

Co mnie pozytywnie zaskoczyło? Forma. To były sugestie, konstruktywne rady – nic na zasadzie: musisz, zrób tak, weź to. Na propozycję zastąpienia wszelkich żeli i mleczka do makijażu, jedną pianką kanabisową, po której uczucie ściągnięcia powinno zniknąć – zdecydowałam się na nią bez zastanowienia. Podobnie jak na krem na noc z kwasem azelainowym, który miał oczyszczać skórę mniej więcej na miarę wszelkich zabiegów dotychczasowych. Z tym, że one dawały efekt na kilka dni, on stosowany codziennie – miał zapewnić ciągłość efektu i z biegiem czasu widoczną poprawę.

Wróciłam do domu z tymi kosmetykami w torbie, wywaliłam z szuflady wszystko, co do twarzy. kremy, kremiki, próbki, maseczki, maski, peelingi, toniki – absolutnie wszystko. Nie miałam tego szokująco dużo ale jeden cały ikeowski pojemnik się nazbierał, gdy przetrząsnęłam dokładnie wszystkie zakamarki. Całość schowałam do szafy, żeby nie kusiło ich używać. Po tygodniu stosowania kremu i pianki – cały ten pojemnik różności oddałam sąsiadce, która uwielbia testować nowości a ja pozostałam wierna nowym dwóm nabytkom. 

Aktualnie moja pielęgnacja wygląda banalnie prosto: rano i wieczorem pianka, do demakijażu również. Na noc krem z kwasem, rano krem porządnie nawilżający. Przestałam mieć przesuszoną skórę, dzięki czemu z kosmetyczki mogłam wywalić nawilżającą bazę pod makijaż. Cera się poprawiła, dzięki czemu wystarczy rano krem nawilżający, podkład i tusz do rzęs – innymi słowy wróciłam do stanu rzeczy, który mi najbardziej odpowiadał. Krem stosowany na noc doskonale oczyszcza, wygładza i dzięki temu nie muszę kilka razy w tygodniu sięgać po peelingi, maseczki i inne dobrodziejstwa drogerii.

Zapomniałam, co to uczucie ściągnięcia skóry, przesuszone miejsca, pełen makijaż. Wyjeżdżając gdziekolwiek – zabieram jedną piątą tego, co zabierałam dotąd. Aktualnie cera wygląda o połowę lepiej niż dwa tygodnie temu. A przecież ta droga dopiero się rozpoczęła! Mój cel? Wrócić do stanu skóry, gdy nie musiałam używać nawet podkładu.

Zaraz ktoś mi powie, że już nie muszę. Okej, może i tak. Ale drobne przebarwienia czy – jeszcze powracające – zanieczyszczenia, jednak mnie zniechęcają. W domu, z przyjaciółmi, z rodziną – okej, no make up. Ale do pracy, do klientów, na spotkania – ten podkład jeszcze jest w użyciu.  I to właśnie chcę wyeliminować. Bo absolutnie najlepiej czuję się bez makijażu. Chcę nie tylko dobrze się tak wówczas czuć, ale również wyglądać. 

***

Pianka i krem łącznie były kosztem niespełna dwustu złotych. Jednorazowo może i boli. Jednak gdy – z ciekawości – podliczyłam, ile kosztowała mnie zawartość pojemnika kosmetyków, które oddałam, okazało się że tam ulokowana było ponad dwukrotność tego, co zainwestowałam w krem i piankę. Bez komentarza. Nie ma więc mowy tutaj o jakiejkolwiek stracie, prawda?

Efekty są, obserwuję je każdego dnia. Zachwycam się drobnostkami. Chociażby tym, że mogłam odrzucić bazę pod makijaż, później puder. Zachwycam się tym, że zapomniałam już o uczuciu ściągniętej skóry zaraz po umyciu. Zachwycam się tym, że widzę efekty, które wcześniej jedynie mi obiecywano, na które czekałam i które pojawiały się na moment tylko po to, żeby za moment… zniknąć. 

PS Już nie mogę doczekać się efektów po pierwszej mezoterapii, z pewnością dam znać o nich!

 

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ➡ klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ➡ klik!

Dołącz do naszej grupy, gdzie sobie porozmawiamy ➡ klik!

2 Responses

    1. Krem z kwasem azelainowym oraz pianka kanabisowa z Arkana, ja kupiłam to w swoim salonie ale przez Internet chyba też się da.

      Pozdrawiam!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top