Trudny temat: spełniaj marzenia i pozwól robić to innym!

Są takie teksty, są takie słowa – które waży się niezwykle ostrożnie. Nad każdym człowiek zastanawia się pięćdziesiąt razy, później rozważa je jeszcze raz, gdy już widzi na ekranie. Są jednak też takie, które dosłownie się wylewają. Słowo za słowem, zdanie za zdaniem. W zawrotnym tempie.

Przychodzę do kawiarni, zamawiam cappuccino na pojedynczym espresso. Wszystkie stoliki puste. Barista ma więc tylko moją kawę do zrobienia. Ale nim zdąży mi ją przynieść – tutaj są już dwa, czasem trzy a nawet cztery, akapity. Słów wyrzucanych na klawiaturę bez najmniejszego zastanowienia.

Dlaczego? Bo noszone dość długo, szukają ujścia. I znajdują to swoje ujście właśnie tutaj.

***

Zastanawialiście się kiedyś, jak łatwo być przy kimś, gdy się jemu nie powodzi? Gdy miewa problemy, gdy jest w totalnym dołku, na rozstaju? Łatwo jest poklepać po ramieniu, służyć radą, wsparciem, czasem wspólnym milczeniem – prawda? Bardzo łatwo! A zastanawialiście się może, jak trudno jest być przy kimś, gdy jemu się powodzi? No właśnie. 

Wbrew pozorom to takie łatwe nie jest.

Tak już mamy, że nie lubimy czyichś sukcesów. Siedzimy czasem przed komputerem czy telewizorem i rzucamy jadem. Bo tamta się wybiła na sławie męża sportowca, ktoś inny wygrał talent show bo miał smutną historię w zanadrzu i porwał tłumy. Czytamy, słuchamy, oceniamy i gdzieś w tym wszystkim – mniej lub bardziej świadomie – im czegoś zazdrościmy. Jedni będą zazdrościć niezależności, inni zwyczajnie pieniędzy, jeszcze inni urody czy czegokolwiek innego.

Czasami nie trzeba nawet siadać przed ten telewizor, żeby zazdrościć. Wystarczy, że czujemy to w stosunku do ludzi nam bliskich. O ile jest to tylko ukłucie, nic nie znaczące i nic nie wnoszące w relacje – okej! Czasami jednak przekraczamy pewne granice, których przekraczać w zasadzie nie powinniśmy. I ta do niedawna świetna relacja, nagle przestaje mieć rację bytu. Po prostu. Bo nic nie jest takie, jak było wcześniej. Nic nie jest fajne.

Bardzo długo miotałam się z tym, czy poinformować w jakikolwiek sposób bliskich i znajomych o naszych planach. Postanowiliśmy z B. do końca roku rozkręcić nasz nietypowy biznes wedding plannerski. Zrobiliśmy biznes plan, zaplanowaliśmy na każdy miesiąc jakiś kurs, jakieś szkolenie – nie przypadkowe, mają dać nam kwalifikacje, których nie będziemy musieli szukać gdzieś indziej. Przenieśliśmy się z treściami ślubnymi stąd na slubposwojemu.pl i powstał odrębny fanpejdż, odrębny Instagram. Zrobiliśmy ileś sesji zdjęciowych, chcąc być od początku swoją własną wizytówką – bez umieszczania na stronie zdjęć z jakichkolwiek innych źródeł. Jeździliśmy na targi, zdecydowaliśmy się na udział w sporym projekcie. Wieczory i popołudnia spędzam z Parami Młodymi, które zdecydowały się wzbogacić nasze portfolio. 

A to wszystko w jakiejś takiej… tajemnicy. Kilka bliskich osób coś tam wiedziało, reszcie nie mówiliśmy o niczym – bo nie. Bo jakoś tak głupio. Inżynier i redaktor rzucają wszystko, żeby organizować śluby – na dodatek nieszablonowo, nie mając nawet pewności co do jednego: czy to będzie mieć wzięcie? 

Któregoś dnia po prostu wysmarowałam post na prywatnym fejsiku, w skrócie nakreślając nasz pomysł i plany, z prośbą o trzymanie kciuków i zainteresowanie chociażby fanpejdżem.

W zeszły weekend byliśmy u rodziny i szalenie miło (!) zrobiło mi się, gdy Mały Człowiek grał w piłkę z Tatą i Wujkiem a drugi z Wujków podszedł i powiedział, że czytali, że im się podoba, że jest fajnie. Wow! Taki drobiazg, kilka słów a ile pozytywnych emocji! Bo wiecie: milion pozytywnych komentarzy od obcych nam, odbiorców – nigdy nie będzie równał się jednemu od kogoś z rodziny. 

Wyobraźcie sobie jednak zupełnie odwrotną sytuację – kilka osób zwyczajnie się od nas poniekąd… odwróciło. Niemal natychmiast przypomniała mi się sytuacja z zimy, gdy znajomi kupili mieszkanie i nie chwalili się tym za bardzo, gdyż właśnie kilka osób z ich otoczenia zwyczajnie niefajnie zareagowało. Dlaczego skojarzyłam od razu to? Bo przecież sytuacja jest niemal identyczna! Bliscy zamiast cieszyć się naszym szczęściem czy pomysłem na siebie – skrytykowali i poszli w cholerę. Smutne to.

Bo dlaczego tak trudno jest nam ucieszyć się czyimś szczęściem?

Wracając chociażby do tego mieszkania. Mamy swoje przekonania i plany. Na wieść o tym kupnie mieszkania, mogłabym zareagować więc w stylu: dajcie na luz, chciało Wam się ładować w taki kredyt na mieszkanie w bloku, serio? Pff! Ale – i tutaj najważniejsze! – należy zawsze pamiętać, że nasze decyzje mają być dobre dla nas, dla innych równie dobre mogą być zupełnie inne. Po prostu. Chcesz mieszkać w domu? Mieszkaj w domu, nie objeżdżaj bliskich wybierających mieszkanie. Chcesz pracować na etacie do emerytury? Nie krytykuj tych, którzy stawiają na siebie i chcą rozkręcić coś swojego.

Masz marzenia? To je spełniaj! Nie krytykuj tych, którzy robią to samo dla siebie! Po prostu również to rób!

W ostatnich tygodniach słyszałam już wszystko. Począwszy od tego, że szkoda było tylu lat studiów by teraz “tylko” organizować śluby, kończąc na jakże bezpośrednim: to Wam się nie uda, nie w Polsce, nie na tą mentalnośćOkej. Podobną krytykę ja przyjmuję zawsze jak rzuconą rękawicę. Teraz pozostaje tylko udowodnić, jak bardzo oni wszyscy się mylą. I tyle w temacie.

***

Nie warto skupiać wokół siebie ludzi, którzy na każdym kroku starają się powtarzać: nie dasz rady, to nie ma sensu, odpuść. Owszem – czasami naprawdę warto odpuszczać. Ale tylko czasami. W pierwszej kolejności powinniśmy jednak słuchać przede wszystkim siebie. I tego, co podpowiada nam nasza intuicja i nasz zdrowy rozsądek. Jeśli bilans tego wszystkiego jest nad wyraz pozytywny – pozostaje tylko działać. I pracować na efekty, na widok których ci wszyscy zazdrośnicy pospadają z krzeseł. 

Przy okazji dementujemy plotki: nie rzuciliśmy pracy. Do końca roku każde z nas ciągnie niemal dwa etaty. B. nadal chodzi do biura, ja nadal klepię w klawiaturę i piszę o nieruchomościach, budownictwie czy innych, jakże porywających tematach. Weekendami się szkolimy, wieczorami pracujemy nad kolejnymi projektami, produktami. Trzy popołudnia tygodniowo są zarezerwowane dla naszych par.

A to wszystko z czterolatkiem i moimi studiami, na pokładzie. I serio – nie mówcie, że się nie da. Wszystko się da. Nie na siłę, nie kosztem czegoś. Wspólną pracą, pozytywnymi emocjami i wsparciem się nawzajem w strategicznych momentach. Tego chcemy uczyć też Małego Człowieka. By kiedyś w przyszłości – potrafił postawić na siebie i swoje marzenia. Tak jak my zrobiliśmy to teraz. 

 

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ➡ klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ➡ klik!

Dołącz do naszej grupy, gdzie sobie porozmawiamy ➡ klik!

9 Responses

  1. Trzymam za Was mocno kciuki. Wasze teksty slubne wymiataja i organizacja slubow pewnie tez bedzie. Nie mogę sie doczekać pierwszych realizacji!

  2. Bardzo, bardzo prawda… czasem nawet najbliższe osoby odsuwają się, kiedy okazuje się, że coś zaczyna się układać. Natomiast podczas tych trudnych chwil są z Tobą. Przykre, ale często spotykane :/

  3. No wiesz jak to się mówi: “prawdziwych przyjaciół nie poznaje się w biedzie ale po tym jak znoszą Twoje sukcesy” przykre to ale niekiedy prawdziwe.
    U Was sytuacja jest jeszcze inna moim zdaniem, tu nie chodzi o sam sukces, bo Wy przecież dopiero zaczynacie, i kto wie jak się to dalej potoczy, ale to chodzi nawet o nie akceptowanie cudzego pomysłu na życie, decyzji bardzo osobistych. Uważam, że warto by wielu ludzi nauczyło się nie tylko cieszyć z sukcesów bliskich, ale też zwyczajnie akceptować i szanować ludzkie decyzje.
    PS. Życzę powodzenia oczywiście 🙂

  4. skąd ja to znam… najlepsze teksty są jeszcze: miała szczęście, udalo się, ma znajomości…

    Tylko, że te znajomości to właśnie ci ludzie, którzy tylko się śmieją za placami i nie pomagają.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top