Dlaczego freelancer idzie pracować do kawiarni?

Zadałam to pytanie na naszym Facebooku. Osoba, która trafnie odpowie – miała zgarnąć prezent. I niestety – nikomu się nie udało, niektórzy byli na całkiem dobrej drodze ale… to nie było TO. Odpowiedź jest tak naprawdę banalna. Pytanie tylko, czy tak samo oczywista dla kogoś, kto freelancerem nie jest? Okazuje się, że niekoniecznie.

Dlatego też postanowiłam napisać ten tekst. Bo coś, co dla jednych jest zupełnie normalne – innych może dziwić. Albo mogą przypisywać inne powody lub znaczenie niż te, które są w rzeczywistości. Okej, do sedna wręcz! 

***

Sytuacja pierwsza: wyprawiam B. i Małego Człowieka do przedszkola i pracy. Włączam ekspress, robię kawę. Rozkładam się na stole z papierami, włączam komputer. W międzyczasie wstawiam pranie, zaczynam pisać, kończę kawę, idę umyć filiżankę, po drodze zgarniam naczynia ze śniadania i zmywam. Wracam do stołu, piszę, ogarniam mejle. Idę rozwiesić pranie, sąsiad z tarasu obok mnie zagaduje, wracam, włączam kolejną pralkę i znów piszę. Na zegarze już dwunasta a z checklisty nie odkreślone żadne zadanie. Coś tam ruszone, coś tam rozpoczęte – ale nic nie dokończone. 

Sytuacja druga: wyprawiam B. i Małego Człowieka do przedszkola i pracy. Włączam ekspress, robię kawę. Ogarniam kuchnię, ścielę łóżka, wstawiam pranie, biorę prysznic. Wkładam dresy, sukienkę albo inny, casualowy zestaw – niezobowiązujący, wygodny, nieprzesadzony. Makijaż jakiś delikatny albo i nie. Wrzucam do torby laptop, zasilacz, planner, najpotrzebniejsze notatki, portfel i klucze. Chwytam worek ze śmieciami, zamykam drzwi i idę do jakiejś kawiarni. Przychodzę, zamawiam kawę, zerkam na zegar. Daję sobie trzy godziny od tej chwili by zrobić jak najwięcej z listy zadań. Piszę. Po trzech godzinach wychodzę z wykreślonymi wszystkimi – albo większością punktów checklisty. 

W obu przypadkach z końcem sytuacji wybiła dwunasta.

Z tą różnicą, że w pierwszej – byłam co najmniej w przysłowiowym lesie z zadaniami na dany dzień. W drugiej natomiast miałam i ogarnięty dom, dzięki porannej szybkiej akcji sprzątania, i odhaczone pisanie oraz inne zadania.

Na czym polega tajemnica?

W domu jest zdecydowanie za dużo rozpraszaczy. To po pierwsze. Za ścianami wiertarki, łupanie, stukanie. Uroki życia na budowie, wiem. Ale mimo wszystko przeszkadza to. Jakieś sprzątanie, przerywniki, kręcenie się po mieszkaniu za czymś bliżej nieokreślonym. Ciągle coś, zawsze coś. A praca wciąż jedynie w tle.

Trudno jest oddzielić pracę zawodową od nie-pracy, gdy pracuje się niemal cały czas tak naprawdę. To po drugie. W końcu nasza praca trwa od świtu do nocy. Nieważne, że z jakimiś przerwami. Ważne, że to się tak rozciąga. I jest niezdrowe. Bo nie ma wytyczonej granicy: tutaj pracuję, tutaj zajmuję się domem i rodziną, czy czymkolwiek innym.

Trudno jest zmobilizować się do konkretnego zadania, jeśli nie mamy minimalnych chociaż widełek czasowych. To po trzecie. O wiele trudniej jest się zmobilizować, gdy mówimy o zrobieniu czegoś dzisiaj, niż w przypadku zrobienia czegoś w trzy godziny.

Te trzy godziny to nie przypadek. Zawsze idę gdzieś pracować równo trzy godziny. Daję z siebie w tym czasie maksimum, odhaczam możliwie najwięcej z tego, co było do zrobienia. Nawet jeśli coś mi zostanie – mam jeszcze sporo czasu w domu by się nad tym skupić. Tak czy inaczej – to niewielka ilość pracy w porównaniu z tą, którą zdążyłam wykonać przez te trzy godziny skupienia.

Nigdy nie będzie działać na naszą korzyść łączenie pracy z życiem w takim stopniu, że ta granica zaciera się zupełnie. To po czwarte. Wówczas tak naprawdę nie mamy ani życia osobistego, ani czasu dla najbliższych – bo pracujemy w każdej wolnej chwili. Niby z kimś rozmawiamy, ale jednocześnie klepiemy w klawiaturę. Niby jesteśmy obok, siedzimy na tej samej kanapie a odpisujemy na mejle. I tak dalej i dalej.

Trzeba więc – absolutnie! – tą granicę znaleźć i jasno wytyczyć.

Od jakiegoś czasu mam wypracowany całkiem dobry schemat. Intensywna praca poza domem, później ogarnianie tegoż domu, ewentualnie dalsze pisanie. Trzy popołudnia w tygodniu umawiam spotkania i konsultacje, dwa popołudnia zostawiam dla rodziny. W weekendy pracuję rzadko. Jeśli akurat gdzieś nie wyjeżdżamy – cały weekend przeznaczam na nasz wspólny czas. Ewentualna praca to maksymalnie pięć godzin – ciągiem, poza domem – by nie być obecną ciałem ale nieobecną myślami, zrobić możliwie najwięcej i ten czas pracy wykorzystać naprawdę dobrze. 

Sama, na własnej skórze – przekonałam się, że zacieranie granicy między pracą a życiem to droga… donikąd.

Gdy byłam z Małym Człowiekiem sama – pracowałam w każdej wolnej chwili. Gdy drzemał, gdy sam się chwilę bawił, gdy spał na spacerze. W każdym możliwym momencie dnia i nocy. Niejednokrotnie zasypiałam w ubraniu, na sofie, naciągając na siebie półprzytomnie, narzutę. Czułam się zmęczona, przemęczona, niekiedy wyczerpana. Gdy Mały Człowiek skończył dwa lata i pojawił się żłobek – mogłam zacząć systematyzować tą pracę, dzielić dzień według potrzeb.

Oczywiście – są choroby chociażby. Wówczas w grę wchodzi nasza sztafeta, którą często widzicie na naszym InstaStories. B. wychodzi do pracy wcześniej, więc i wcześniej wraca. Ja pędzę popisać w kawiarni chociaż godzinę czy dwie, później odhaczam spotkania. Wówczas bywa, że trzeba tak codziennie. Ale bez wyrzutów sumienia. Spędzam z Małym Człowiekiem cały dzień, później ma Tatę. A Mama idzie do pracy. Oduczyłam się wyrzutów sumienia, od kiedy mam jasny podział: teraz praca, teraz dom, teraz rodzina.

Po co więc freelancer chodzi pracować do kawiarni? 🙂

By bardzo wyraźnie nakreślić grubą linię, która oddziela pracę od życia prywatnego. By określić jasno: tutaj żyję, tutaj najintensywniej pracuję a tu, gdzie żyję – skupiam się na pracy tylko wtedy, gdy naprawdę nie mam innej możliwości. By zwiększyć wydajność, gdy nic nie rozprasza tak, jak potrafią domowe obowiązki, które nagle zaczynają naglić i pojawiać się niemal znikąd. By stworzyć sobie otoczkę potrzebną każdemu, kto pracuje zdalnie. Bo trzeba się ubrać, ogarnąć, przejść lub przejechać jakiś dystans, siedzieć przy stoliku. Nie półleżeć na kanapie, w dresie, z poczochranymi od snu jeszcze, włosami.

***

W miejscu, które ostatnimi czasy sobie szczególnie upodobałam – jest wszystko, czego mi potrzeba. Wi-fi, kontakty by podłączyć zasilacz. Dobra kawa, koktajle, kanapki, ciasta, nawet lody. Mogę więc spędzić tam i pół dnia, głodna nie będę! Zdarzają się takie dni, że przy połowie stolików siedzą ludzie z komputerami. Pracują, spijają kawę, wychodzą na zewnątrz gdzieś zadzwonić, w międzyczasie odbywają jakieś spotkania. 

I to jest świetne! Fajnie jest poobcować z innymi ludźmi, zamienić kilka słów – chociażby z baristą! Ustalić sobie rytm dnia, wychodzić zawsze o tej samej porze, pić zawsze tą samą kawę, wracać po takim samym czasie. To jest naprawdę potrzebne! 

A Wy? Jak postrzegacie ludzi z komputerami w kawiarniach, knajpach i podobnych miejscówkach? 🙂

 

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ➡ klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ➡ klik!

Dołącz do naszej grupy, gdzie sobie porozmawiamy ➡ klik!

Zdjęcie tytułowe wykonała: Lady Amarena Photography

4 Responses

  1. Pierwsze skojarzenie, że są oni bardzo zapracowani i zabiegani, bo nawet do kawiarni, knajpy itp. przynoszą pracę. To kiedy czas na relaks? Jak się okazuje nie zawsze tak jest. Czasami to są poprostu takie ich niestandardowe miejsca pracy, bo te osoby wychodzą do pracy tak jak inni, tylko miejsca mogą wybrać sami

  2. Ja zaczęłam tworzyć swoją stronę od niedawna, ale zgadzam się z Tobą w 100 %. Będąc w domu nigdy nie poświęcę tego czasu maksymalnie na tylko i wyłącznie pisanie, bo wtedy dodatkowo zawsze coś się przytrafi… A to listonosz zapuka A to z psem trzeba wyjść A to pranie skończyło się prac i trzeba je rozwiesic…. dobry pomysł z tą kawiarnią 😊😉 pozdrawiam

  3. Takie to oczywiste a nie przyszło mi do głowy nawet. Raczej zawsze jawił mi się tu pracoholizm czy cos…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top