Rodzice w sieci: troll parenting

Dzieciaczek utytłany błotem – bo akurat potknął się prosto w kałużę albo… zupełnie celowo się w niej wychlapał (jak to dzieci miewają w zwyczaju). Dzieciaczek obsmarkany, zapłakany, czerwony – bo właśnie czegoś jemu rodzic odmówił, żal się więc wylał wraz z potokiem łez (kto tego nie zna…?). Dzieciaczek z plamą na spodniach – bo właśnie zdarzyła się wpadka, nie zdążył dobiec do toalety (no zdarza się, przecież o tym wiadomo). 

Co łączy te trzy sytuacje? Zjawisko nazywane troll parentingiem. Bo zdjęcia tych dzieci trafiają do Internetu. Właśnie w takich trudnych dla nich, wstydliwych, jeśli nie upokarzających – sytuacjach. Wyśmiewanie własnych dzieci w sieci. Brzmi absurdalnie, wiem. Praktyki tego typu jednak się szerzą, jest coraz więcej takich aktywności. 

***

I w zasadzie nadal trudno stwierdzić: co kieruje takimi ludźmi? Nie mam pojęcia, czy istnieje jakiekolwiek wytłumaczenie dla kogoś, kto wyrządza coś takiego własnemu dziecku. Przede wszystkim ustalmy sobie kilka bardzo istotnych kwestii, o których chyba wciąż się gdzieś w tym współczesnym świecie, zapomina:

Po pierwsze: podobne zachowanie to nic innego jak skrajnie egoistyczne używanie dziecka w sposób skrajnie przedmiotowy.

Dziecko nie ma najmniejszej nawet świadomości tego, co się z nim właściwie dzieje w takiej sytuacji. Co gorsza im taki maluch bardziej nieporadny, potrzebujący pomocy dorosłego – tym lepiej. Przy czym lepiej brzmi strasznie, prawda? Bo – niestety – ale o to chodzi. O to, żeby dziecko kompletnie nie zdawało sobie sprawy z tego, co rodzic z nim (lub jemu) w danym momencie, robi. Taki maluch wówczas nie protestuje, nie komplikuje zanadto sprawy a zdjęcie, ewentualnie filmik, wychodzą tak, jak rodzic sobie wyobrażał. Równie dobrze moglibyśmy robić zdjęcie doniczce. Albo pluszakowi. Nie zapominajmy jednak, że to dziecko! Mały człowiek! Żyjący, czujący!

Po drugie: Internet nie zapomina.

I to jeden z tych – banalnych na pozór – stwierdzeń, o których należy mówić, trąbić, przypominać! Bo wciąż nie bierze się tego pod uwagę. Jeśli dzisiaj wrzucimy do sieci zdjęcie kilkulatka w idiotycznym przebraniu, obsmarkanego, zapłakanego i wyciągającego w naszą stronę ręce – na dodatek publikując to pod naszym nazwiskiem – to możemy brać pod uwagę taką ewentualność, że ktoś kiedyś na to zdjęcie trafi, ono w najmniej spodziewanym momencie zostanie wykorzystane do upokorzenia naszego dziecka. I nie mówię nawet o celowym upokorzeniu, gdy jakiś rówieśnik skorzysta z dobroci Internetu i to znajdzie. O nie nie nie! Mam na myśli zupełny przypadek, o który niełatwo. Zastanawialiście się kiedyś, jak powstają memy? Zazwyczaj przypadkiem. Zazwyczaj ich bohaterowie niekoniecznie chcieli tego, co się później stało z ich zdjęciem.

Tak działają tzw. wirale. Coś się wrzuca do sieci i niedługo później to zaczyna żyć własnym życiem – bo kolejni użytkownicy podają to następnym, tamci jeszcze kolejnym i ci jeszcze innym. Niczym wirus – tylko w tym przypadku zarażamy treścią. Strasznie brzmi, prawda? 

Po trzecie: ekshibicjonizm to norma w Internecie – czy tego chcemy, czy też nie.

Trzy, dwa, jeden i… kto pierwszy zarzuci mi hipokryzję? 😉 Prowadzę bloga, wrzucam zdjęcia na Instagram, nagrywam InstaStories i w ogóle. I ja ośmielam się mówić o ekshibicjonizmie? O matko i córko! Okej, okej! Przyznaję się – ja też w tym poniekąd uczestniczę. Jednak nie o to chodzi. Chodzi przede wszystkim o wylewność, z jaką zachowujemy się w sieci. 

Można założyć profil na fejsbuczku, nie ustawiać zdjęcia profilowego, do grona znajomych dodać tylko tych naprawdę bliskich, z którymi chcemy i mamy kontakt. Możemy nie publikować informacji o (s)kończonej uczelni, o miejscu pracy, o dzielnicy miasta, w której aktualnie mieszkamy. Możemy to wszystko sobie odpuścić, nie wrzucać i tyle. Wielu tak robi. Naprawdę! Sama mam sporo takich znajomych, ja również mam profil tego typu. I żyjemy z tym. Bo skoro w gronie znajomych mamy tylko tych, których znamy naprawdę – oni wiedzą o nas to, czego nie musimy publikować. I już. Po prostu. 

To jednak nadal jest mniejszość. Bo większość ludzi stawia na wylewność. I to taką niekiedy bardzo dalece posuniętą. Bo możemy z ich profili społecznościowych dowiedzieć się wszystkiego: od rzeczy naprawdę błahych po szczegóły typu ulica, przy której mieszkają czy nawet numer rejestracyjny ich auta. Same informacje nie są jeszcze istotą problemu. Równie ważne jest to, komu je udostępniamy. Jeśli mówimy o przypadku opisanym wyżej, gdzie grono naszych znajomych to tylko naprawdę bliscy, z którymi naprawdę mamy kontakt – okej, da się żyć. Jednak w przypadku, gdy do grona znajomych dodajemy kogo popadnie, bez zastanowienia, bez jakiejś większej selekcji i uwagi – problem już istnieje. A jeżeli nie dbamy o ustawienia prywatności i nasz profil oraz wszystkie zawarte w nim informacje, posty, aktywności, są widoczne dla wszystkich – problem jest już sporych rozmiarów. 

Po czwarte: publikowanie zdjęć naszego dziecka może się okazać zwyczajnie niebezpieczne.

O tym już pisywałam niejednokrotnie, pisać będę pewnie jeszcze wiele razy. Gdzieś w tym wszystkim zapomina się, że niebezpiecznym może się okazać afiszowanie nie tylko z informacjami typu: miejsce pracy, miejsce nauki naszych dzieci, miejsce zamieszkania czy numer rejestracyjny samochodu. Gdy już tak wylewnie pokazujemy naszą codzienność (niekiedy z nazwą ulicy u numerem domu, włącznie) a później chwalimy się zagranicznymi wakacjami, no powiedzmy – dwutygodniowymi, później może się okazać że wystawiliśmy się na działania złodzieja. W prosty sposób, informując najpierw wszystkich dookoła, CO mamy w domu a później obwieszczając, KIEDY nas w tym domu nie będzie… Banalnie prosty mechanizm. I być może teraz część czytających (pewnie zdecydowana większość!) pomyśli sobie: to nie o mnie, jestem takim zwykłym człowiekiem, żadnym celebrytą – kogo by to interesowało? A można się – nieprzyjemnie – przekonać o tym, że spotkać podobna sytuacja może każdego.

Gdy w grę wchodzi więc szastanie wizerunkiem naszych dzieci, na dodatek w tak uwłaczający i absurdalny sposób, jakim bez wątpienia jest obśmiewanie ich w sieci – niebezpieczeństwo jest jeszcze większe! Bo nie mamy pojęcia, kto takie zdjęcie zapisze sobie i wykorzysta – chociażby do tworzenia memów. Nie wiemy też, czy jeśli zdjęcie jest naprawdę przesadzone – ktoś nie pokusi się o interwencję i zgłoszenie tego, gdzie należy. Wspominałam już o dość głośnej sprawie ojca, który wrzucił na Facebooka zdjęcia swojego syna:

Rodzice w sieci: co może spotkać rodziców za rozpowszechnianie zdjęć dzieci?

Szukając informacji o troll parentingu, trafiłam na całkiem sporo artykułów. I chociaż w większości pojawiały się podobne dane – zawsze zjeżdżałam w dół, do komentarzy. A tam to już różnie bywało. Część odbiorców, owszem – widzi w opisywanych zachowaniach coś nienormalnego. Niektórzy nawet pokusili się o stwierdzenia, że w jakimś stopniu niektóre przypadki można podciągnąć nawet pod znęcanie się psychiczne nad dzieckiem. Ale były też i reakcje zdziwienia. Porównywano takie zdjęcia czy nagrania wrzucane do sieci z… rodzinnymi albumami! Bo przecież każdy z nas ma jakieś upokarzające zdjęcie z dzieciństwa. Owszem, zapewne większość ma. Ale tak jak zresztą, wspomniano – w rodzinnych albumach, do których dostęp mają nieliczni. Trudno więc w ten sposób porównywać dwie tak zupełnie różne sytuacje.

***

Naprawdę wciąż trudno przede wszystkim o świadomość. O przekonanie, że małe dziecko to również człowiek. na dodatek taki, który w tym momencie zupełnie nieświadomy sytuacji – traktowany jest często niczym przedmiot. Nagrywanie dziecka bełkoczącego po znieczuleniu u dentysty? Komentowanie w upokarzający sposób postów czy aktywności swoich nastoletnich dzieci w Internecie? Robienie zdjęć w pseudozabawnej a tak naprawdę upokarzającej, sytuacji? To właśnie troll parenting. Można o tym mówić, pisać, przytaczać przykłady i je szczegółowo omawiać. Ale to nie zmieni faktu, że podobne sytuacje się dzieją, mają miejsce i pewnie wciąż będą mieć. 

Zastanów się, zanim opublikujesz zdjęcie. Czy fotografia z maseczką inhalatora na buzi, zasmarkanym noskiem, na nocniku, w samym pampersie na plaży czy jakakolwiek inna – na pewno powinna trafić do sieci? Zastanów się, zanim podpiszesz jakiekolwiek zdjęcie. Czy prześmiewcze komentarze, szydzenie z dziecka lub obrażanie go – jest na miejscu? Czy rolą rodzica jest obśmiewać własne dziecko na forum publicznym? Zadbaj o ustawienia prywatności. Temat rzeka. Koniecznie ustawmy w swoim profilu widoczność naszych postów tylko i wyłącznie dla naszych znajomych, nigdy nie pozostawiajmy ustawień publicznych! Nigdy – i pod żadnym pozorem! – nie publikuj zdjęć dzieci: nago, półnago, w sytuacjach kompromitujących, narażających na ośmieszenie lub krytykę (zarówno teraz, jak i w przyszłości).

 

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ➡ klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ➡ klik!

Dołącz do naszej grupy, gdzie sobie porozmawiamy ➡ klik!

One Response

  1. Na dostęp do internetu powinny być obowiązkowe psychotesty. A tacy rodzice jak opisywani powinni mieć odbierane prawa do dzieci….

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top