Trudny temat: internetom nie dogodzisz!

Długo zbierałam się z tym tekstem, oj bardzo długo! Tak jak dawno tego nie robiłam – tak teraz okazało się, że notatki do niego mam w plannerze, telefonie, na jakichś karteluszkach a nawet w notatnikach na studia. Bo przemyślenia, którymi się tu dziś podzielę z Wami – towarzyszą mi regularnie, dochodzą nowe, pojawiają się wnioski, uwagi, pytania. Wbrew pozorom – temat nie jest. Ale… nie jest też trudny!

Bo nieważne, czy jesteśmy blogerami, #instaludkami czy kimkolwiek innym, aktywnym w sieci – zawsze znajdą się tacy, którym nasza działalność, nasze zdanie albo nawet nasza osoba, odpowiadać nie będą. Okej! Nie wszyscy musimy się lubić, prawda? Tylko od braku sympatii w tych czasach bardzo blisko jest do… hejtu. Gdy siedzimy przed monitorem a naszą jedyną bronią jest klawiatura, łatwo o osądy, łatwo o obrażanie, łatwo o krytykę (bardzo rzadko konstruktywną!). Łatwiej jest napisać: jesteś fuj! niż przestać obserwować. 

***

Gdybym cofnęła się teraz trzy lata wstecz – nie pomyślałabym, że mój blog tyle czasu w ogóle przetrwa, że będę pisać, że go jakkolwiek rozwinę. W zasadzie to nie wiem, co wówczas sobie myślałam. Ale to już wiecie. Zaraz stuknie trzy i pół roku pisania. Nie będę też się rozwodzić nad tym, ile dał mi blog – bo to nikogo nie obchodzi, wierzcie lub nie. 😉 Owszem są osoby, które są tutaj wciąż niezmiennie. Widzę tutaj powtarzające się wciąż e-maile, widzę nazwiska na Facebooku. Widzę to, naprawdę. I to nie o Was tekst będzie.

Każdy twórca internetowy spotyka się z jakimś odbiorem. Pozytywny – niezależnie od jego wielkości – zawsze przyniesie jakiś tam negatywny. Tak jest, było i będzie. Osobiście uważam, że hejterów należy tępić. Znam też takich twórców, którzy twierdzą, że hejter to dobry zasięg – bo na jeden hejterski komentarz rzuci się armia obrońców. No okej, jak kto woli. Nie uważam też by hejterzy byli dowodem na to, że ktoś się wybił. To trochę płytkie podejście. Czyli innymi słowy: dopóki nie uderzy w nas fala hejtu, jesteśmy nikim? Bzdura!

Piszesz ciągle smutno? Fuj, nuda!

Blog powstał w takich a nie innych, okolicznościach. Samotna matka, mały bąbel, życie w gruzach, odbudowa i składanie sił do kupy. Ci, którzy byli tu od początku – w jakimś tam stopniu wspierali, motywowali, inspirowali, podpowiadali. Byli też tacy, którzy szukali wsparcia u mnie – bo znaleźli się w podobnej sytuacji, nie wiedzieli jak sobie radzić. I tak dalej. I dalej.

Pojawiały się wiadomości i komentarze pod tytułem: ileż można pisać o samotnym wychowaniu? Znajdź sobie kogoś, oddaj dziecko do żłobka, odżyj, zrób to, zrób tamto! Tak tylko przypominam, że blog to ułamek życia. Czytelnik nie wie, co twórca przeżył, co czuje, jakie ma pragnienia i nadzieje. Ale to nic! To nie szkodzi! Przecież możemy pouczać, że musi to i tamto zrobić, w innym przypadku będzie nudny i słaby! W innym przypadku przestanie się go czytać, obserwować!

Spoko, droga wolna. Wystarczy odkliknąć obserwowanie i… cześć, czołem!

Piszesz o szczęściu? Fuj, wybiłaś się na nieszczęściu!

Skonfrontujcie to stwierdzenie z tym wyżej. Absurd pogania absurd, prawda? Ale konkretniej: takie stwierdzenie towarzyszy mi wręcz na co dzień. Marka mama-sama.pl kojarzy się nierozerwalnie z samodzielnym macierzyństwem, z tematyką przemocy domowej i kilkoma innymi, niełatwymi tematami – poruszanymi tutaj. Mogłabym stawać na głowie – a i tak zostanie ta łatka przy mnie na zawsze. Czyżby…?

Czy napisałam pierwszy, drugi i piętnasty tekst tutaj – dla jakiegoś rozgłosu, sławy, profitów? Nie. Możecie się teraz zaśmiać w głos ale w chwili, gdy powstawał ten blog – nie miałam pojęcia, że na tym można zarabiać… Serio, serio! Wiec kategoryczne nie! Nie wybiłam się na nieszczęściu. Zresztą, nie nazwałabym tego nieszczęściem. Trudne doświadczenia. I tyle. Tyle w temacie. Było, zostało pokonane, jest dobrze. Wróćcie do punktu poprzedniego. Nie piszę przecież o samodzielnym wychowaniu, nie piszę o smutku czy trudnościach. Piszę o nadziei na zbudowanie pełnej rodziny po takich doświadczeniach właśnie. Pisze o tym, co każdy powinien wiedzieć o przemocy. Owszem, pisze do znudzenia o tym, że można, że warto, że trzeba – walczyć o siebie! Ale tak właśnie czuję, tego doświadczam i tego się nauczyłam. Dzielę się więc. Nie podoba się to?

Spoko, droga wolna. Wystarczy odkliknąć obserwowanie i… cześć, czołem!

Polecasz produkt? Fuj, sprzedałaś się!

Moje ulubione chyba. Ostatnio – dosłownie kilka dni temu pokazałam na InstaStories stylizację na jeden ze służbowych wypadów. Ot, biała koszula i cygaretki. Pech chciał, oba elementy z Bershki. Do tego buty z Renee, o zgrozo! Dlaczego: o zgrozo? Bo współpracowałam z Renee przy sesji do cyklu ślubnego, z góry więc założono że baleriny z relacji dostałam za darmo albo i zapłacono mi za promocję ich. Butów już w ofercie nie mają, kupiłam, je dawno temu. 😉 Koszula z Bershki ma lat trzy albo i cztery, nie pamiętam. Spodnie, owszem – najnowsza kolekcja. Stówkę za nie dałam. Bo potrzebowałam na wiosnę i lato jakichś nowych. Dramat, co? Blogerka poszła i kupiła. Kupiła! Nie dostała, nie zapłacono jej za promowanie, nie wciśnięto w prezencie. No dramat! Sama kupiła i jeszcze na Instagramie pokazała!

Instagram, blogi, inne kanały – to kopalnia inspiracji. Warto mieć jednak na uwadze, że nie wszystko tam pokazane to marketing. Nie wszystko, co influencerzy noszą, jedzą, używają – to reklama. Zazwyczaj to nawet nie większość! Dystans i zdrowy rozsądek jeszcze nikomu nie zaszkodziły. Owszem, są zorganizowane duże akcje marketingowe wśród blogerów. I później nagle połowa Instagrama poleca jakieś słodycze albo kosmetyki. Okej, może to rzeczywiście jest trochę słabe. Ale to nie moja sprawa, nie moje decyzje.

Podejmuję współpracę z takimi markami, których produkty sami byśmy kupili i które można naprawdę polecić. Przykład: wiecie, jak stopniowo zmienialiśmy nawyki żywieniowe i szukanie przez nas rozwiązań typu catering dietetyczny – też powinno być naturalne. I tu pewnie będzie zdziwienie. Od kilku dni znów widzicie w relacjach pudełka – to była nasza kolejna świadoma decyzja i zakup. Tak, zakup. Pokazujemy jedynie nasz sposób na regularne posiłki, na który postawiliśmy. Ilość wiadomości z pytaniami: co zrobić by dostać dietę za darmo, nieco mnie tym razem jednak zaskoczyła.

Nie podobają się recenzje czegoś, co nam przypadło do gustu? Spoko, droga wolna. Wystarczy odkliknąć obserwowanie i… cześć, czołem!

Twórcy internetowi nie mają obowiązku publikować każdego, najmniejszego nawet szczegółu swojej codzienności. Serio, nie muszą.

I z tym stwierdzeniem idziemy dalej. Wiem, że – oczywiście – są blogerzy, którzy od świtu do nocy relacjonują odbiorcom swoje życie. Od wyboru sukienki rano, przez śniadanie, po gotowanie obiadu, odbiory dzieci ze szkoły czy przedszkola, zakupy, wieczory przy kieliszku wina czy nawet małżeńskie kłótnie i narzekanie na siebie nawzajem. Wiem, że tak można. Obserwowałam kilka takich blogów ale przestałam – zwyczajnie męczyło mnie ileś dziesiąt nagrań dziennie, w których autor czy autorka – gada do smartfona, opowiada i opowiada, z przerwami na odpowiedź dzieciom, będącym gdzieś w tle. Albo jeszcze lepiej – gada i gada, z dzieckiem na kolanach. Można i tak. Można sporadycznie. Ale codziennie? To za dużo! Dla mnie za dużo z punktu widzenia odbiorcy. Z punktu widzenia twórcy sobie tego  zwyczajnie nie wyobrażam.

To życie ze smartfonem w ręce, cały czas. Dzielenie się wszystkim albo prawie wszystkim. A przecież to nie leży w naszym obowiązku! I tutaj pójdźmy krok dalej. Ledwie kilka dni temu – po wrzuceniu stylizacji, o której pisałam kilka akapitów wyżej – moja skrzynka odbiorcza na Instagramie dźwignęła sporą falę absurdu. Wrzuciłam zdjęcie w lustrze, wsiadłam do auta, ustawiłam kawę w uchwycie, zerkam w powiadomienia i okazuje się, że jestem w ciąży. Uhm. Sześć różnych osób – sześć! – gratuluje, pyta o miesiąc albo zupełnie wprost o potwierdzenie tej informacji. Zwątpiłam. Wróciłam do zdjęcia, przyjrzałam się. Owszem, zdawałam sobie sprawę, że z rozmiaru XS awansowałam niedawno do S. Ale żeby od razu jakiś brzuszek był widoczny?!

Nie, nie jestem w ciąży. Ale teraz zastanówcie się: co by było, gdyby takie wiadomości trafiły na osobę z zaburzeniami odżywiania, która widzi siebie jako zwyczajnie grubą? Albo na osobę, która była w ciąży i tą ciąże straciła ale brzuszek pozostał jeszcze? Albo nawet na osobę, która w tej ciąży jest ale ta ciąża jest zagrożona? Rozumiem, że na Instagramie ciąże dokumentowane są zazwyczaj od pierwszych tygodni do samego finiszu. Zdjęcia, hashtagi, brzuszki i tak dalej. Skoro ktoś informuje – dobra. Ale jeśli nie macie takiej informacji od samego twórcy, po co ją dopowiadac, insynuować, wmawiać?

Tak bardzo lubimy włazić w czyjeś życie, w czyjś portel, w czyjeś łóżka! Wiecie, ile razy czytałam już, że nie powinnam pokazywać wciąż jednej i tej samej torebki z sieciówki? Albo swojego samochodu – bo nie mam czym się chwalić? Albo jeszcze lepiej – insynuacje, że z moim dzieckiem jest coś nie tak, skoro nie pokazuję jego buzi? Wymieniać można bez końca. Naprawdę, to nie jest fajne. Da się z tym żyć, da się nabrać dystansu ale fajnie nie jest.

***

Żyjemy w czasach, gdzie social-media, blogi i twórcy internetowi to swego rodzaju potęga. Należę do twórców, piszę, tworzę, z bloga bardzo płynnie przeszłam do własnego biznesu i przebranżowienia się. Cieszę się, że mogę o pewnych kwestiach pisać, mówić, udowadniać – bo zawsze gdzieś tam jest cień nadziei, że komuś to się przyda, pomoże, zainspiruje. Nie mam parcia na szkło, umiem odpuszczać i nie widzę sensu w robieniu wielu – niekoniecznie sensownych – rzeczy. Prywatność moja i mojej rodziny jest dla mnie na tyle ważna, że nie ma takiej kwoty ani takich profitów, które spowodowałyby pokazanie Małego Człowieka we wpisie sponsorowanym czy na InstaStories. 

Jeśli będę w ciąży – w odpowiednim momencie zapewne się tym podzielę. Z moim ukochanym i ślicznym dzieckiem jest wszystko w porządku – ale nie, nie pokażę go w Internecie. Z moim przystojnym i cudownym mężem – również jest wszystko w porządku. Ale nie, nie pokażę go Wam. 😉 Jeśli nasze podejście, nasze treści, nasze współprace – komuś nie odpowiadają, droga wolna! Nie musi obserwować, nie musi czytać, nie musi oglądać. I tyczy się to każdego internetowego twórcy – żyjcie i dajcie żyć innym, to naprawdę świetna sprawa! 

 

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ➡ klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ➡ klik!

Dołącz do naszej grupy, gdzie sobie porozmawiamy ➡ klik!

18 Responses

      1. Nie zapominajcie o tym że większość twoich czytelników na początku to zapewne byli samotni rodzice. Później tobie się “udało” a im nie. I tak! Zazdrość to dobre określenie bo masz coś czego oni nie mają. Gdy byłaś w sytuacji podobnej albo i gorszej to było fajnie, gdy poszlas do przodu to oni zostali w tyle i lepszy hejt niż podziw czy współradość. Tak czy inaczej ja Ci życzę wszystkiego co najlepsze. Zasłużyłas. Zasłużyliscie!

  1. Gdzieś widziałam u ciebie już czyjeś komentarze na temat torebki. Ze nie MK. Serio Korsa i zegarków DW jest na Insta już tyle że głowa mała i nie oznacza to w ale jakiejś super wartości…. Ludzie są strasznie wscibscy i chamscy. Tą relacje u ciebie też pamiętam. Zresztą w tej stylizacjiasz też chyba zdjęcie na Insta? Wyglądasz jak modelka i w życiu bym nie powiedziała że przytylas albo jesteś w ciąży! Co za bzdury! Ludzie są głupi.

  2. A tak się tylko zastanawiałem po tekście na temat badań w ciąży: kiedy zaczną się insynuacje? Bo afera ze zdjęciem mnie ominęła jakoś. Internet i debilizm. Najgorsze możliwe połączenie.

  3. Życzę wam jak najlepiej i nawet nie przyszloby mi do głowy rzucić podobnymi tekstami. Jesteście cudowni, naturalni, macie swój cel i mądrze do niego dążycie. Inni powinni się uczyć a nie wyśmiewac! Trzymam za was mocno kciuki.

    PS Jestem jedną z tych od początku:))

  4. Ludzie są nienormalni i nie mają się czym zajmować. W ich życiu nic się nie dzieje, więc włażą z butami w Twoje.
    Ps. Uwielbiam Renee! Dzisiaj przyszła do mnie już druga paczka w tym tygodniu! Ale żeby nie było – wszystko kupiłam! 🙂
    Do zobaczenia jutro!

  5. Piszesz o szczęściu – źle, o nieszczęściu – źle, o zdrowym odżywianiu – źle, o niezdrowym też źle. Dokładnie to znam, nie dogodzisz wszystkim. Taki świat, tacy ludzie. Najważniejsze to robić tak jak się czuje 😉

  6. Taka już ludzka mentalność, że lubimy zaglądać komuś w życie a im komuś gorzej tym wiecej radości. Kiedyś usłyszałam, że najbardziej boli sukces naszych wrogow. Przyznaje, że zdarzało mi się krytykować innych za wyglad lub zachowanie. Na szczescie zmądrzałam, bo wiem że nie mam prawa oceniać kogoś kogo tak naprawde nie znam i nie wiem przez co przeszedl. Tekst jak zwykle trafny, oby tych hejtow i wscipskich wypowiedzi było jak najmniej

  7. Mnie zawsze bawią te wszystkie “reklamujesz coś? sprzedałaś się”, “zarabiasz na blogu? sprzedałaś się”. Jakby to był grzech, że ktoś zarabia na swojej codziennej – bądź co bądź – pracy i wysiłku. Mam nadzieję, że kiedyś Polacy się wyleczą z tej przypadłości, że boli ich d***, jak komuś się powodzi.

  8. Szkoda, że nie trafiłam na Twojego bloga wcześniej! Ale dobrze, że późno a nie wcale 🙂
    Co do marketingu na Instagramie – może i jest to stereotypowym myśleniem, ale sama często łapię się na tym, że prezentację produktu podsuwam pod reklamę. Nawet, jeśli nią nie jest. Chyba do tego przyzwyczaiły nas Social media.

  9. Bardzo dużo czytam, staram się codziennie zamieścić recenzję książki, ale blog poświęcam tylko moim wrażeniom czytelniczym, a spotykam się z sugestiami, abym pokazywała też coś ze swojego życia, ale nie chcę tego robić i wówczas nie zawsze się to podoba. 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top