Dlaczego warto ze sobą… tańczyć?

Mówi się, że o związek trzeba dbać. Niezależnie, czy przed dziećmi – czy już będąc rodzicami. Niezależnie od stażu, niezależnie od niczego. Trzeba i już! Nie warto – oczywiście – dążyć do ideałów. Do idealnego związku tym bardziej. Związek to bliskość, potrzeba bycia obok, wzajemne wsparcie i zrozumienie. Upadki, po których wspólnie się podnosimy. Kompromisy, do których musimy dojrzeć. Poznawanie swoich wad, akceptowanie ich i życie ze sobą na co dzień.

To również wspólne pasje, wspólny śmiech i współdzielone emocje. To przede wszystkim wspólny czas – ale taki naprawdę wspólny. Ze sobą, nie obok siebie. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że nie potrzebujemy tak naprawdę wiele. Usprawiedliwianie się brakiem czasu, pieniędzy czy możliwości – jest zwyczajnie słabe. 

***

Bo nawet mając dzieci – możemy szukać sposobności do momentów we dwoje. Kiedyś już pisałam o tym, jak ważne jest wyznawać miłość w banalnie prostych, codziennych, przyziemnych sprawach, w tekście Wypowiadajcie kocham Cię na 1001 sposobów! – do którego odsyłam Was w wolnej chwili, podobnie jak do nieco innego: Związek to ciągła praca i nie ma zmiłuj!, w którym przeczytacie między innymi:

Związek to ciągła praca – nie ma wątpliwości. To kompromis pomiędzy byciem niezależnym a pozostawaniu w bliskiej zależności z kimś innym, pomiędzy dbaniem o własną przestrzeń a wprowadzaniem w nią kogoś. Tworzenie i podtrzymywanie wspólnych rytuałów, tradycji. Żaden związek, pozostawiony sam sobie, bez codziennej pielęgnacji – nie przetrwa. Dlatego pielęgnujmy go i umacniajmy.

Ostatnio jednak natchnęło mnie by napisać o czymś tak bardzo nieoczywistym, tak bardzo naturalnym zarazem. O czymś, co powinno się robić jak najczęściej, po prostu. O czymś, co może stać się fajnym rytuałem, fajnym sposobem na wspólny czas. O tańcu! Jakim? Nieważne, jakim! Ważne, że razem! Nieważne, gdzie! Ważne, że razem! Nieważne, na jakim poziomie! Ważne, że razem! 

Wyobraźcie sobie taką sytuację: ja roztańczona od zawsze, muzykę czułam całą sobą, niezmiennie – niezależnie od tego, ile czasu minęłoby od ostatnich spotkań z parkietem. Uwielbiałam, uwielbiam, czułam i czuję. Podbijamy stawkę: dorzucamy przyszłego męża. Mamy w pakiecie dziecko, ciężko więc o jakieś szalone wyjścia. Na dwa tygodnie przed naszym ślubem lądujemy na weselu, będącym zarazem naszą pierwszą wspólną taneczną imprezą. A tam – o matko! – niespodzianka! Przyszły mąż kompletnie nie odnajduje się na parkiecie! I na dodatek nie widzi w tym problemu!

Wyjścia były dwa. Uciekać – póki jeszcze nie doszło do ślubu (oczywiście, żartuję!) albo zrobić coś z tym fantem.

Postanowiliśmy o nauce. Nie jakimś tam kursie (bo nie mamy czasu ani opiekunki dla Małego Człowieka na wieczory)! Otóż miałam zacząć uczyć B. wieczorami. W domu, gdy Mały Człowiek śpi a my mamy – teoretycznie – czas dla siebie. Zaczęło się łagodnie. Podstawowe kroki salsy, trochę walca angielskiego, trochę tego i owego. Szło coraz lepiej, coraz płynniej, bawiliśmy się tym. Mój już-mąż wkręcił się na tyle, że jeszcze niedawno mieliśmy zamiar odpuścić sobie pierwszy taniec na naszym jesiennym weselu a obecnie… no cóż. Obecnie pracujemy nad czymś, co zaskoczy naszych bliskich!

I nie piszę tego po to, żeby zakończyć to czymś w stylu: chcieć to móc. O nie nie! Nie o to chodzi, absolutnie.

Chcę powiedzieć, że warto tańczyć. I nie chodzi mi tutaj o tworzenie choreografii, wyuczanie się ich, powtarzanie do znudzenia, osiąganie konkretnych celów. Nie! Nawet nie chodzi mi o chodzenie na kursy, doskonalenie kolejnych poziomów, odhaczanie konkretnych umiejętności. Rozchodzi się o coś zupełnie innego, na co niekoniecznie zwraca się uwagę: na bliskość, wspólnie spędzony (aktywnie!) czas, wpływ takiej aktywności na samopoczucie i wiele, wiele innych – niemniej ważnych – kwestii.

Zacznijmy może od konkretów, takich wiecie – bezdyskusyjnych. Jaki wpływ ma na nasz organizm taniec? 

➡ wspomaga odchudzanie,

➡ dodaje energii,

➡ zwiększa wytrzymałość,

➡ dodaje pewności siebie,

➡ zwalcza stres i napięcie,

➡ podnosi świadomość własnego ciała,

➡ i wiele innych pozytywnych efektów, które to nie sposób wymienić wszystkie.

Wróćmy jednak do tańca i związków. Jak to jest, że nagle o tym piszę – tak znikąd? Dzielę się z Wami w tym momencie jedną z intymniejszych części naszej codzienności – bo to ten moment tylko dla nas, coś co wspólnie tworzymy, coś co – nawet przy sporym zmęczeniu czy kiepskim nastroju – daje energii, jak mało co! Niełatwo jest znaleźć zajęcie czy rytuał, które będą odpowiadać obojgu. Przez jakiś czas obawiałam się, że z tańcem nie wypali, że się zniechęcimy i odpuścimy. Teraz nie wyobrażam sobie inaczej.

Tańczymy pomiędzy przygotowaniem kolacji a jej zjedzeniem. Tańczymy w przerwie filmu. Tańczymy ot tak, bez powodu. Rzucamy propozycję, wstajemy z kanapy i tańczymy. Jedno, dwa, trzy powtórzenia piosenki i już. Czasami dłużej, czasami zwyczajnie długo. Rozmawiamy przy tym. Albo i nie. Czasami skupiamy się na sobie nawzajem tak bardzo, że nie sposób skupić się dodatkowo na rozmowie. A czasami jesteśmy tak wyluzowani, że tańczymy i rozmawiamy, zwyczajnie. 

Wyobraźcie sobie, że świat dookoła nie istnieje. Jesteście tylko Wy. Wy i muzyka. Trzymacie się za ręce, obejmujecie, poruszacie w tym samym rytmie, łapiecie kontakt, jesteście sobą i dla siebie. Tylko ten moment się liczy. Ten taniec.

I to właśnie o to chodzi! O złapanie tego kontaktu, dogranie się. O to, żeby później – na jakiejkolwiek imprezie – ktoś patrząc na Was, widział tę jedność. Pasję i bliskość. Bo dlaczego nie wyrażać sobie miłości, zaangażowania – właśnie w ten sposób? Właśnie w tańcu? Odkrywać siebie nawzajem wciąż od nowa, w zupełnie nowym charakterze?

***

Zatańczcie! Odłóżcie teraz komputer, tablet, smartfon – skądkolwiek to czytacie. Weźcie za rękę partnera, chwyćcie za dłoń partnerkę. Do ulubionej piosenki, do przypadkowej muzyki. Tańczcie! Dajcie się prowadzić. Poprowadźcie. Pozwólcie na to, żeby Wasze ciało tą muzykę czuło. Bądźcie razem, blisko siebie, spróbujcie się nauczyć siebie nawzajem w tańcu. Jeśli tego wcześniej nie robiliście – nie zrażajcie się! Próbujcie do skutku, wciąż od nowa, po swojemu, dla siebie i dla Was. 

Warto rozmawiać. To fakt. Warto też tańczyć. Ze sobą, dla siebie. Bliskość i emocje, które będą Wam towarzyszyć – nie pozwolą na to, żeby do Waszej codzienności wkradła się rutyna. To jeden z lepszych sposobów na podkręcanie (stałe!) temperatury w związku! A co się przy tym nauczycie, co kilogramów stracicie, energii i zdrowia zyskacie – niech Wam wyjdzie tylko na dobre! 🙂 

 

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ➡ klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ➡ klik!

Dołącz do naszej grupy, gdzie sobie porozmawiamy ➡ klik!

mama-sama

3 Comments

  1. Wow ale dystans! Na takim luzie piszesz o tym a przecież musiało być ci zwyczajnie trudno. Ty tańcząca i kochająca to plus mąż bez takich predyspozycji. Brawa dla Was za pomysł na siebie! Chcieć to móc i nie mów że nie!

  2. Piękne to jest ze tak proste rzeczy mogą dawać tyle dobrych emocji. Spróbujemy i my! Dziękuję!

  3. Jestem dosyć twardym drewnem w tańcu i niestety nie daje się prowadzić partnerowi 😞. Mistrz tańca to ze mnie nie będzie, raczej jego karykatura ale bardzo lubie wyszaleć się przy muzyce. Aktualnie w moim życiu brak drugiej połówki do tańca ale zdarzaja się rzadkie wyjscia z znajomymi i wtedy wykorzystuję ten czas na maksa. Tańcem zafascynowal się mój syn i on jest królem parkietu. Z przyjemnością patrze jaka frajde czerpie z tańca. Więc niewazne czy wychodzi i czy mamy partnera, bo nawet w pojedynke taniec podnosi poziom endorfin. Nie pozostaje nic innego tylko tańczyć, w parze, w pojedynke, w grupie i czerpać z tego to co najlepsze.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *