Co robić, gdy nam… się nie chce?

Obserwując nasz Instagram, czytając bloga czy – tak zwyczajnie – nas znając, można odnieść wrażenie że żyjemy na najwyższych z możliwych, obrotach. Bo oboje pracujemy zawodowo w dość intensywny sposób, ja wzięłam sobie na głowę kolejne studia, ogarniamy bloga, zajmujemy się kilkoma sporymi projektami-wyzwaniami, które wiele dla nas znaczą. W tym wszystkim jest jeszcze dom, rodzina, przyziemne, codzienne sprawy.

Czy zawsze i wszędzie… nam się chce? Wstawać, ogarniać, odhaczać, nierzadko zarywać noce by coś dokończyć? Czy zawsze po nieprzespanej nocy, tygodniach choroby Małego Człowieka czy dniach migreny – mam ochotę uśmiechać się do lustra, trzaskać brzuszki, chwilę później kończyć dwa teksty jednocześnie i jeszcze pstryknąć pierdyliard zdjęć, z którego wybiorę zaledwie jedno odpowiednie? 

***

Nie, nie zawsze nam się chce. Nie, nie zawsze pałamy takim entuzjazmem i energią, jak mogłoby się wydawać z zewnątrz. Z prostego powodu. Jesteśmy ludźmi, nie robocikami działającymi na niewyczerpalne bateryjki. Mamy momenty zwątpienia, wieczory milczenia przez zmęczenie, dni zniechęcenia. Każdy je ma. Tylko nie każdy się do tego przyznaje. I nie każdy umie sobie z tym radzić.

Bo czasami takie momenty powodują nasz odwrót i porzucenie swoich marzeń i celów, nawet tych najprostszych, najmniejszych. A tak nie powinno być!

Jak my sobie z tym radzimy? Nie ma jednej, niezawodnej recepty na sytuacje, gdy nam się nie chce, gdy mamy dość, gdy brakuje nam zapału i siły. Jedna rada sprawdzi się chyba jednak w większości przypadków: odpuścić. Ale na moment! Dosłownie na chwilkę! Złapać oddech, złapać dystans, złapać ociupinkę nowych sił. 

Po całym dniu, czy nawet tygodniu, nieprzespanych nocy, podawania lekarstw, czuwania, zabawiania i pocieszania, gdy Mały Człowiek bywa chory – bywam przemęczona do granic. Miewam wrażenie, że tkwię w tym dresie, w tym nieogarniętym domu, z piętrzącą się robotą na biurku, której nie jestem w stanie nawet zacząć – o skończeniu już nawet nie wspominając. Omijam swoje zmęczone odbicie w lustrze, odwracam głowę, nie patrzę.

By wyrwać się z tego zawieszenia – potrzebuję zazwyczaj godzinę.

Godzinę spędzoną w… łazience. Pełna izolacja od reszty świata. Peelingi, maseczki, wosk, kremy, odżywki, i tak dalej i dalej. Doprowadzenie się do stanu na tyle fajnego, że patrzę w lustro i widzę znów promienną cerę, ogarnięte włosy i ulubioną koszulkę. Odrobina pielęgnacji ciała – zawsze dobrze działa na duszę. Zawsze!

Po całym tygodniu, miesiącu, czy nawet miesiącach – intensywnej pracy nad czymś, nauki do egzaminów, pędu za wszelakimi sprawami, taki rytuał nie pomaga. Oj nie! Pomaga może na chwile, pomaga spojrzeć na siebie w lustrze z uśmiechem. I nic ponad to. Bo czasami zmęczenie jest zdecydowanie większe, zniechęcenie puka do drzwi, wkrada się rozdrażnienie. Na horyzoncie kolejne obowiązki, nie sposób zwolnić nawet na moment – bo każda próba kończy się fiaskiem. I tak dalej, i tak w kółko.

Co wtedy? By odpocząć psychicznie – warto zmęczyć się… fizycznie.

W moim przypadku działa to fenomenalnie. I nie mówię tutaj o jakimś codziennym, króciutkim treningu. O nie nie nie! Tutaj mowa o solidnej dawce wysiłku, o porządnym wycisku. Ja pędzę wtedy na ukochane zajęcia pilatesu, jeśli tylko mam możliwość. Poranna grupa to trzy emerytki i ja. Żadnego tłumu, kameralnie i spokojnie.

Środek tygodnia, wczesna godzina, B. w pracy, Mały Człowiek w przedszkolu a ja – nim zajmę się czymkolwiek – przez godzinę nie myślę o niczym przyziemnym, moje myśli nie są zajęte przez projekt X, listę Y, pomysły na obiad, ilość prań do zrobienia. Wtedy nie istnieje dla mnie nic. Rozczochrana, zazwyczaj czerwona z wysiłku, usatysfakcjonowana, poniekąd szczęśliwa z pokonania kolejnej bariery (bo każde kolejne zajęcia to jakiś nowy element, przychodzący w końcu z łatwością) – wracam do domu, biorę gorący prysznic, wskakuję w czyste ubranie i zabieram się za pracę. Ukojona, uspokojona, wypoczęta fizycznie bo cały stres, napięcie, zmęczenie – spłynęły wraz z potem na treningu. I to jest to!

A co, jeśli i to nie działa? Jeśli to za mało? Wówczas przychodzi moment odpuszczania, eliminowania. Bo czasami okazuje się, że zbyt wiele na siebie bierzemy – i to wcale nie jest konieczne.

Lubimy się umęczać, prawda? Żyjemy w czasach, gdzie liczy się nie tyle efekt, co zaangażowanie. Rywalizujemy między sobą: kto więcej/dłużej pracuje, kto ogarnia na co dzień więcej różnych sprawa, kto ma więcej pasji, kto więcej podróżuje? Gdzieś w tym wszystkim zapominamy, że przecież powinniśmy robić to wszystko dla siebie – nie dla kogoś. I w ten sposób się gubimy. Mamy na głowie pierdyliard spraw, nie kontrolując prostej rzeczy: ile z nich naprawdę jest nam potrzebne?

Kilka miesięcy temu napisałam tekst Trudny temat: umiesz rezygnować bez żalu? (zachęcam do przeczytania go, nim przejdziecie do dalszej części tego tekstu). Napisałam tam: Można przeczekać, można z czegoś zrezygnować i później cieszyć się na nowo, z większą radością tym, do czego się wraca. Najważniejsze to umieć znaleźć priorytety i stawiać je ponad wszystko inne. I do tego właśnie chcę się odnieść teraz.

Bo co robię, gdy już naprawdę wszystkiego jest zbyt wiele? Zbyt wiele pracy, zbyt wiele chorób, zbyt wiele nauki, zbyt wiele wyzwań i zbyt wiele decyzji? Bo co robię, gdy już naprawdę mi się nie chce? Gdy marzę o wszystkim ale nie o tym, co muszę?

Ostro i zdecydowanie weryfikuję to muszę.

Ostatnio pewna sytuacja zdecydowanie szerzej otworzyła nam oczy na postrzeganie podobnych kwestii i taka weryfikacja przychodzi nam teraz z mniejszym trudem, niż jeszcze miesiąc czy dwa, temu. Bez wyrzutów sumienia siadam z kalendarzem i checklistami – a następnie wykreślam. 

Co wykreślam? Wszystko to, co tak naprawdę nie jest mi tu i teraz, potrzebne. Zadaję sobie proste pytanie: czy mogę to odłożyć w czasie albo w ogóle zrezygnować? Wtedy – na przykład – okazuje się, że targi na które chciałam koniecznie pojechać a które są dzień po ważnej konferencji (musiałabym pokonać 200 km z jednego miejsca do drugiego a później jeszcze 150 do domu), odbędą się również za dwa miesiące. W weekend, w którym nie mam nic innego ważnego do zrobienia. Można odłożyć w czasie? Można! To zaledwie jeden przykład, na dodatek jeden z tych wymagających podróżowania, lawirowania między jednym a drugim miejsce i wydarzeniem, nierzadko w krótkim czasie. 

Można też odpuścić zupełnie. Zlecenie, które wzięło się na siłę, ot – było, to wzięłam. Takie, którego brak nie zaważy na naszej sytuacji. Konferencję czy szkolenie, które nie przyniosą żadnej nowej wiedzy czy znajomości ale zapisałam się – bo wypada, bo warto, bo wszyscy znajomi z branży tam będą. Książkę, którą czyta się opornie ale zawzięłam się, że ją w tym miesiącu skończę. Trening danego dnia, gdy już sił brakuje totalnie. I tak dalej, i dalej, i dalej.

***

Ilu ludzi – tyle przykładów. Zapewne zastanawiasz się teraz, co takiego masz na swojej checkliście a czego tak naprawdę nie chcesz tam mieć? Być może rozważasz, czy bez odhaczenia tego – coś się zmieni na gorsze? Gwarantuję Ci, że nie. Bo odpuścisz sobie spotkanie ze znajomymi czy inny punkt z listy, być może ktoś się tym zdziwi, być może kogoś zadziwisz swoją decyzją.

Ale wyniesiesz z tego coś więcej – po chwilowym detoksie od nadmiaru wszystkiego, nadmiaru spraw i wyimaginowanych obowiązków (bo sam sobie je dokładasz, nie zawsze konieczne), zwyczajnie odpoczniesz i zacznie Ci się na nowo… chcieć. 

Warto? Oczywiście, że warto! Stosuję i polecam, z całego serca! 

 

Spodobał Ci się tekst?

Zaobserwuj nas na Instagramie, tam nasza codzienność ➡ klik!

Polub nas na Facebooku, stamtąd dowiesz się o nowościach ➡ klik!

Dołącz do naszej grupy, gdzie sobie porozmawiamy ➡ klik!

10 Responses

  1. Mimo że rozumiem powody to brakuje mi takich emocjonalnych osobistych tekstów jak ten. Częściej, zdecydowanie częściej!

  2. A ja właśnie dotąd podziwialam jak ogarniasz wszystko będąc sama i teraz jestem tak naprawde pod wrażeniem tego jak umiesz sobie stawiać granice. Tyle osób ma teraz parcie na szkło, chcą za wszelką cenę robić dużo i bywać dużo a ty jesteś tak autentycznie fajna, jak piszesz tu czy pokazujesz na InstaStories jasno że teraz odpoczywasz, miałas być tu ale nie miałas sił i odpuszczasz. Zauważyłam to jeszcze zanim to napisałaś tutaj i podobało mi się że masz te granice bo to serio fajne jest. Tak trzymaj!

    PS Jesteś jedyną blogerka która podglądam i która trzyma się swoich zasad. Jakiś rok temu gdy twój blog zmienił wygląd i zaczęłaś współpracę z markami to przeszło mi przez myśl że w końcu was przez to pokażesz. Ale nie. Trzymasz się dzielnie i chronisz rodzinę. To cudowne i oby nigdy się nie zmieniło. Brawo!

  3. Odpuszczanie to moim zdaniem ucieczka. Im więcej robimy tym lepsi jesteśmy tu i teraz. Nie warto odpuszczać bo nawet najmniejsze spotkanie czy wyzwanie składa się na nas jako człowieka.

    1. Z tym się akurat nie zgodzę. Owszem – liczy się tu i teraz, warto jednak patrzeć na niektóre kwestie w nieco szerszej perspektywie. Jaki miałoby sens wypalenie się już teraz, zaraz? Gdybyśmy nie potrafili sami sobie wytyczać granic? To, że robimy czegoś dużo – nie definiuje nas jako wartościowego człowieka.

      1. Ale im mniej robimy tym mniej warci jesteśmy. Skoro piszesz bloga, skończysz bodajże 2 kierunki studiów, masz pracę czy nawet dwie, rodzinę, niedługo chyba dom? i teraz jeszcze rozkręcasz swój biznes to jesteś warta więcej niż byłaś gdy byłaś samotną matka i musiałaś przerwać jedyne studia a praca przynosiła ci tylko tyle ile na wasze potrzeby. To chyba oczywiste? Masz teraz więcej pieniędzy możliwości i ról więc jesteś większą wartością.

        1. Pieniądze nie definiują wartości człowieka, moja droga. Nie uważam też bym dwa lata temu była warta mniej niż jestem teraz, tylko dlatego że byłam samodzielnym rodzicem, z przerwą w studiach czy bez partnera. Nie uważam też, żeby zaharowywanie się w wielu, nazbyt wielu rolach – mogło skończyć się dobrze. Work-life balance jest zdecydowanie lepszym wyjściem. A umiejętność odpuszczania sobie czasami – wbrew pozorom jest bardzo cenna.

          Pozdrawiam!

        2. Serio? Na prawdę ktoś, kto robi milion rzeczy jest więcej warty niż ktoś kto robi trzy, a sumiennie? Albo po prostu robić więcej nie chce, bo chce poświęcić czas na coś innego? O klasyfikowaniu ludzi według statusu majątkowego nie wspomnę. Zdecydowanie zastanowiłabym się na twoim miejscu nad swoim postrzeganiem świata, bo jest zwyczajnie smutny.

          1. Oczywiście że robienie kilku rzeczy sumiennie jest mniej warte niż wielu po łebkach. Dlaczego? Trzeba robić dużo by być wszechstronnym. Chociaż wszystkiego po trochu! Bo ludzie nie będzie obchodzić że na przykład autorka skończyła jakiś kierunek czy zaczęła następny a w międzyczasie ma bloga i pracę. Fajnie że w międzyczasie dba o siebie i rodzinę ale kogo to obchodzi? Kogo obchodzi że sobie śmiga na siłownię pobiegać czy popedałować skoro robi to dla siebie i nie ma w tym żadnych osiągnięć? kogo obchodzi że pisze mądrze i fajnie jeśli nie robi przy tym innych rzeczy które ściągłyby tu ludzi? Nie nagrywa livów, nie pokazuje czasu z rodziną, nie pokazuje tej rodziny w ogóle, podobnie jak siebie! Kogo obchodzi tych kilka jej zajęć skoro w tym samym czasie mogłaby być gwiazdą Instagrama, wyczynowo uprawiać sport, pojawiać się w telewizji śniadaniowej czy zaangażować syna w jakąś akcję ambasadorską i móc powiedzieć że ma syna małego modela? A pieniądze? Oczywiście że są ważne! O wiele mniej są warci teraz gdy czytamy że oszczędzają na drobnych przyjemnościach by zebrać na dom. Więcej warci by byli mając ten dom i na przykład podróżując co chwilę gdzieś gdzie wirtualnie zabieraliby nas ze sobą. O wiele wartościowsza by była z torebką Korsa niż Mohito. Wymieniać tak można bez końca ale wnioski nasuwają się same.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top