Tydzień z naszego życia ➡ jak my to ogarniamy?

Pytaliście wcześniej, gdy byłam sama z Małym Człowiekiem. Pytacie teraz, gdy jesteśmy we troje. Jak my wszystko ogarniamy? Jak godzimy tyle różnych spraw i różnych obowiązków? Pisywałam już o tym, jak wyłuskać z każdej doby maksimum czasu. Pisywałam też o tym, jak łączyć wychowanie z pracą czy studiami. Niejednokrotnie pisałam czy pokazywałam na InstaStories, jakim pędem bywają nasze dni. Ale to wszystko było teorią.

Dlatego postanowiliśmy przeprowadzić mały eksperyment i przez pięć dni spisywałam każdy dzień godzina po godzinie – by zebrać to dla Was w całość i pokazać tutaj. Ciekawi? Może w ten sposób uświadomimy Wam, że z wielu przyziemnych spraw niekiedy rezygnujemy, żeby wszystko trzymać w jako takich ryzach. 😉

***

Poniedziałek

Pobudka o 5:40, budzik ustawiony na 6:15. Mały Człowiek przyszedł do nas, zażądał układania klocków. Nie chciał negocjować, nie chciał się z nami jeszcze zdrzemnąć, w zasadzie to nic nie chciał. Tylko te klocki. Znaczy się układać klocki.  Sam ale my mieliśmy popatrzeć. Wstaliśmy więc. On układał klocki, B. robił sobie śniadanie do pracy, ja spijałam kawę i odpisywałam na e-maile. Zawsze trochę pracy do przodu.

0 6:45 cisza w domu, pojechali do przedszkola i pracy. Siadłam do nauki, powtórzyłam cały materiał, o dziewiątej wyszłam z domu i przebiłam się przez całe miasto na egzamin. Oblałam jednym pytaniem. Zacisnęłam zęby, wypiłam szybką kawę w bufecie i pojechałam dalej. Postanowiłam wyrównać bilans i ogarnąć coś, co będę mogła odhaczyć z listy na bieżący tydzień. Formalności na nowej uczelni załatwione. Jeden sukces do jednej porażki. Jest okej.

W domu wstawiłam obiad. Na szybko i pysznie – dzień wcześniej wróciliśmy od Babci i przywieźliśmy genialne kotleciki mielone. Ugotowałam więc kaszę pęczak, do tego jakieś warzywa i posiłek gotowy. Poodkurzałam, umyłam podłogi. Po weekendzie nazbierało się kurzu. Obiad i sprzątanie ogarnięte w kwadrans. Później już tylko praca. Gdzieś do północy, z przerwami na zagadywanie Małego Człowieka, przytulasy i różne podobne.

Wtorek

Mały Człowiek wstał o 5:30, poleżał chwilkę z nami, wstał i razem z B. ogarnęli się do wyjścia. Dali mi pospać. Wstałam o 7:00. Prysznic, kawa, pozmywanie naczyń w poprzedniego wieczoru. Ogarnęłam się do wyjścia. Popędziłam do przychodni ugasić mały pożar. Mały Człowiek nie istnieje dla nich na starym numerze PESEL, nowego nie chcą wpisać bo nie dostaliśmy jeszcze kopii postanowienia sądu. Formalny absurd. Jeden z wielu, jakie nas spotykają po adopcji.

Wróciłam do domu. Umówiona z przyjaciółką na godzinę bliżej nieokreśloną – bo ona czekała na kuriera a ja w tym czasie waliłam w klawiaturę, starając się napisać ile się da bo deadline tuż tuż. W końcu wychodzę, jedziemy na obiad. Upierdliwy dość kelner przychodzi DZIEWIĘĆ razy zapytać, czy coś nam jeszcze trzeba. Siedziałyśmy tam może z czterdzieści minut więc taka nadgorliwość to jednak lekka uciążliwość, prawda? Później dołącza do nas jeszcze jedna koleżanka, we trzy idziemy na deser. Gorąca kawa, cudowna atmosfera mojej – póki co – ulubionej wrocławskiej kawiarni i przyjemne uczucie, mówiące: nic w tej chwili nie musisz.

Wracam do domu, na parkingu widzę B. i Małego Człowieka. Buziaki. Lecą do domu, ja lecę do sklepu. Kupuję kilka drobiazgów, w domu sklecam z tego obiad a po posiłku siadam do pracy. Z przerwami na układanie puzzli i rozmowy z B. Miała dziś przyjechać nowa rama łóżka i komoda. Okazuje się, że wybrany stelaż do ramy jest niedostępny i musimy czekać jeszcze tydzień. Kolejny tydzień z materacem na podłodze. No trudno.

Kłótnia o jakąś pierdołę, później przytulanie przy jakimś bzdurnym serialu, nie chce nam się nawet przeskakiwać kanałów. Później B. włącza jakiś film, ogarnia e-maile, ja kończę jakiś projekt. Kładziemy się spać dużo po północy.

Środa

Pracuję od wyjścia B. i Małego Człowieka, z przerwami na wywieszenie prania, zrobienie obiadu i przytulaski po powrocie z przedszkola. Cały dzień towarzyszy mi niemiłosierny hałas za oknem. Robotnicy zrywają chodniki i nawierzchnię drogi dookoła naszego bloku. Kolejny już dzień z rzędu.

Miałam iść na pilates, po trzech tygodniach przerwy. Nie poszłam bo przypomniałam sobie, gdy zajęcia trwały już w najlepsze. Eh.

Ale chociaż kupiłam B. bilet do kina na przyszły tydzień, szalenie chciał zobaczyć jedną z nowości, razem nie bardzo mamy jak pójść. Niech więc ma wychodne! 🙂

Czwartek

Wstaję pół godziny po ich wyjściu z domu. Prysznic. Kawa. A raczej próba jej zrobienia. Zagapiłam się i mleko zamiast do filiżanki – płynęło po ekspresie, blacie i w ogóle. Drugiej nie robiłam, popędziłam do urzędu. Później na rozmowę z klientem, później do przychodni. Później do domu pisać, robić obiad i czekać na ich powrót.

Wieczorem się złamaliśmy – zdarza nam się to co kilka miesięcy, niestety – i zamówiliśmy burgery z dowozem. Nasyceni, zadowoleni, obejrzeliśmy bezsensowny film, porozmawialiśmy, wypiliśmy po kieliszku białego wina – jednego ze ślubnych prezentów “zamiast kwiatów”. Poszliśmy spać koło północy.

Piątek

Z rana spotkanie, po spotkaniu poczta, prosto z poczty do domu. Pisanie, ogarnianie terminów i spraw na przyszły tydzień. W międzyczasie sprzątanie i… pakowanie. Popołudniu wyjazd na cały weekend, torby stanowią niemałą piramidę przy drzwiach wejściowych. W końcu teksty skończone, mieszkanie lśni, wkładam płaszcz i obładowana niczym wielbłąd pędzę załadować auto, wyjeżdżamy prosto z przedszkola. 

Na stacji benzynowej piję pierwszą kawę. W domu się wczoraj skończyła a zapomniałam kupić. Dojeżdżamy wieczorem, leje deszcz, okropna pogoda. Mały Człowiek przespał trasę, szaleje więc do godziny dwudziestej drugiej. W końcu kąpiel i spanie a ja mogę napisać ten tekst. A później kolejny, dla klienta.

***

Pięć dni w absolutnym skrócie. Mnóstwo spraw go ogarnięcia, mnóstwo spraw zwieńczonych sukcesem, niemało też tych zakończonych porażką. Niekiedy zmęczenie takie, że pozostaje tylko usiąść na kanapie i pomilczeć chwilę, zebrać siły na rozmowę. Gdyby – na przykład – Mały Człowiek zachorował, ta relacja wyglądałaby inaczej. Spędzałabym z nim całe dnie, w międzyczasie próbując pracować ile się da. B. wracałby z pracy, ja bym wychodziła na spotkania czy gdziekolwiek, gdzie powinnam się pojawić. Mijalibyśmy się, dzieląc opiekę nad naszym trzylatkiem.

Do tego wszystkiego dochodzą nocne pobudki. Bo siku. Bo pić. Bo Pandusia wpadła za łóżko. Bo zawsze coś. Do tego dochodzi nauka, dochodzi mnóstwo różnych spraw. Niezmiennie. Można sobie odpuścić. Bloga. Studia. To czy tamto. Można siedzieć sobie na kanapie, oglądać telewizję, pobawić się z Małym Człowiekiem, posprzątać. I nic więcej. Ale wtedy stalibyśmy w miejscu. Nic by się nie zmieniało, do niczego byśmy nie dążyli. My tak nie chcemy, nie umiemy. Więc działamy i walczymy! 😉 

6 Responses

  1. Jesteście ciekawi i ambitni, Wasz syn ma doskonały start i wzór. Tego powtarzać nie mam zamiaru przestać. Bo w całym tym pędzie codzienności uczycie nas, że warto pochylić się nad sobą nawzajem i ważnymi sprawami, ważniejszymi niż kasa czy trendy gadżety.

  2. Nieważne czy oboje jesteście tak ogarnięci sami z siebie czy z konieczności bo już fakt że potraficie robić tyle naraz i czerpać z tego satysfakcję jest fajny! Oby energii wam nigdy nie zabrakło!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top