Trudny temat: nie rób z dziecka lekomana!

Stoisz w korku, godziny szczytu. Radio w samochodzie cicho włączone. Blok reklamowy. Coś na stawy. Coś na hemoroidy. Coś na potencję. Coś przeciwbólowego. Coś przeciwgorączkowego dla dzieci. Coś na apetyt. Coś na uspokojenie. Czasami odnoszę wrażenie, że reklamuje się głównie leki, kredyty i płyny do naczyń albo tabletki do zmywarki. Coś w tym jest, prawda?

W telewizji w zasadzie to samo. Non stop wciskane są nam leki, suplementy, ulepszacze, upiększacze. Z każdej strony atakowani jesteśmy propozycjami poprawienia wyglądu cery, włosów, jakości snu i wszystkiego, dosłownie wszystkiego – co tylko da się widzowi wmówić jako potrzebne, niezbędne wręcz.

***

A co z dziećmi? Co ze środkami dla nich przeznaczonymi? Niestety… to samo. Wszędzie reklamy, w przychodniach ulotki, plakaty i tak dalej. Do tego nierzadko dochodzą sugestie znajomych lub nieznajomych – na forach dla rodziców chociażby. Rozumiem jedno: dziecko jest chore lub naprawdę potrzebuje jakichś lekarstw, wówczas oczywiste jest podawanie jemu konkretnych specyfików.

Nie podjęłabym ryzyka wygooglowania, co podać dziecku w przypadku choroby. Nie jestem lekarzem, nie mam minimalnego nawet wykształcenia w tym kierunku, o doświadczeniu już nawet nie wspominając.

A mimo to rodzice często tak robią. Byłam kiedyś świadkiem sytuacji, gdy w aptece jakaś kobieta przede mną kupowała syropy na kaszel, na gorączkę, coś na katar, coś na ból ucha i coś bodajże na duszności chciała też (!). Mało tego. W trakcie rozmowy z farmaceutką okazało się dodatkowo, że dziecko będące chorym – ma epilepsję i matka nie wie, które leki z jej zaproponowanych można podać a których absolutnie nie.

Nie znam się na epilepsji. Nie znam się nawet na lekach. Ale co najmniej dziwna to była dla mnie sytuacja. Zamiast pójść do lekarza, który w pełni świadomie zbada dziecko, przepisze coś odpowiedniego – stała w aptece i razem z farmaceutką przekopywała się przez sterty leków, wybierając te odpowiednie dla jej dziecka.

Oczywiście nie warto popadać w paranoję. Jesteśmy rodzicami, znamy swoje dziecko i wiemy, kiedy sytuacja wymaga oceny przez lekarza. Wiadomo, że z jednodniowym katarem na ogół nikt nie pędzi do przychodni.

Pójdźmy kroczek dalej. Pomijając dzieci chore, które coś złapią – rodzice bardzo często faszerują dzieci niezliczoną ilością leków, ot tak. Bo znajoma poleciła syropek X na odporność, bo w reklamie widzieli kropelki Y na apetyt. Widziałam kiedyś reklamę syropu albo kropli (?) na spokojny sen dziecka. Zastanowiło mnie to na chwilę, nazwy nawet nie spamiętałam. Mały Człowiek od urodzenia w zasadzie budzi się skoro świt, w dzień zawsze sypiał mało, drzemki bardzo szybko odeszły w zapomnienie, potrafił budzić się co trzy godziny na jedzonko a teraz jako przedszkolak – co godzinę wstaje z pierdyliarda powodów. Piciu, siku, Pandusia spadła, Pandusia źle leży, sprawdzić czy Mama śpi (a skoro śpi to obudzi i pokaże “już jestem!”).

Mając w domu trzylatka wstaję w nocy częściej niż mając trzymiesięczniaka. Nigdy jednak nie wpadłabym raczej na pomysł, żeby podawać dziecku leki nasenne.

Co ciekawsze – wielokrotnie nam już to doradzano. Znajomi nawet – jakże uprzejmie! – wyszukiwali w sieci konkretne nazwy, po które to można by sięgnąć. Rozumiem ząbkowanie, rozumiem kolki. Rozumiem sytuacje, w których dziecko się męczy z jakiegoś powodu i mamy szansę jemu ulżyć. Wówczas warto sięgnąć po jakiś środek, konsultowany z lekarzem i tak jak mówię – w określonych sytuacjach.

Przeczytałam kiedyś na grupie dla mam post, w którym jedna z kobiet chwaliła się, że maluch zaczyna się niemiłosiernie ślinić i pewnie zaczyna ząbkować więc… zaczęła jemu podawać środki uśmierzające ból oraz wyciszające. Bo według niej lepiej zapobiegać niż leczyć. Serio?!

A co jeśli to dziecko ząbkowanie z natury już przechodziłoby łagodnie? U nas na przykład poza ślinieniem się i obgryzaniem wszystkiego – nie było żadnych przykrych objawów, żadnego niepokoju, żadnego cierpienia. A gdybym tak “zapobiegawczo” faszerowała Małego Człowieka lekami? Robiłabym to na próżno. To po pierwsze. Jego malutki organizm wchłaniałby ileś substancji dziennie, przez długi czas. To po drugie. Litości!

To, że dziecko sąsiadki źle przechodzi ząbkowanie i pomaga jemu lekarstwo X, nie oznacza że naszemu dziecku mamy je podawać z marszu – na wszelki wypadek. Bo przecież takie to pomocne! A bzdura!

Jako społeczeństwo upodobaliśmy sobie zwyczaj samoleczenia. Doktor Google, rekomendacje znajomych, pytania na grupach fejsbuczkowych, kupowanie na oślep (bo reklamowane!) – to wszystko zastępuje coraz częściej wizytę u lekarza, leczymy objawy zamiast przyczyny, często nawet te objawy niewłaściwie odczytujemy, bierzemy garście leków a nie zauważamy, że tak naprawdę niewiele dają. I to samo robimy z naszymi dziećmi, niestety.

Podobnie sprawa się ma z suplementami diety, które to – zwłaszcza dla dzieci – przybierają coraz ciekawszą formę, chciałoby się powiedzieć, że coraz… atrakcyjniejszą. Bo jesteśmy torpedowani lizaczkami, żelkami, pysznymi syropkami, kropelkami wrzucanymi do jedzenia (w domyśle nieświadome dziecko ma je przyjmować z posiłkiem) i tak dalej… Nie zastanawiamy się, czy dziecko tego konkretnego supelementu potrzebuje. Kupujemy, podajemy. Bo inni podają, bo przecież “nie zaszkodzi”, bo przecież “to tylko witaminki” i w ogóle!

***

Rozsądek, intuicja i nie poddawanie się sugestiom otoczenia – tyle wystarczy na początek. Warto pamiętać, że nasze dzieci to nasz największy skarb i my – rodzice, powinniśmy robić wszystko by ten skarb ochronić. Dbanie o rozwój i zdrowie to nie tylko ładne ubranka, śliczny pokoik czy zdrowa żywność. To również zdrowy rozsądek w przypadku chorób dziecka, jak również w zapobieganiu im. Nie powinniśmy sugerować się każdą reklamą i wciskać w dziecko nie wiadomo ilu, różnych środków. Nie powinniśmy też lekceważyć dolegliwości i leczyć na własną rękę. Bądźmy odpowiedzialni za nasze dzieci! Po prostu. 

mama-sama

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *