Ciemne strony macierzyństwa “od nowa”

Mój – nasz – syn ma prawdziwą, pełną rodzinę, dom i Dziadków z obu stron, którzy go kochają obroniliby go przed całym złem świata. Mój Mały Człowiek tego nie rozumie, nie ogarnął tego, w jak ważnych wydarzeniach brał udział w ostatnich miesiącach – ale wystarczy tylko na nich dwóch spojrzeć i wiem, że to najlepsza decyzja, jaką kiedykolwiek mogliśmy podjąć.

Ojciec i syn, kochający się do granic możliwości, rozumiejący bez słów i tak cholernie ze sobą szczęśliwi. Niech teraz ktoś stanie z boku i podda w wątpliwość ich relację. Nie da się. Nie da się dostrzec, że nie łączą ich geny. Wiecie, dlaczego? Bo łączy ich miłość. Taka, której potrzebuje każde dziecko. Nasze ją otrzymuje każdego dnia.

***

Pamiętacie? Napisałam to kilka tygodni temu tutaj, gdy ogłosiliśmy światu adopcję Małego Człowieka przez B. Od tamtej pory pojawiło się wiele pytań, zwłaszcza jedno. Powtarza się bardzo często. Tak często, że postanowiłam napisać odpowiedzi na nie. Odpowiedzi – nie odpowiedź. Bo na każdym etapie naszego wspólnego, wcześniej we dwoje a teraz we troje, życia – ta odpowiedź brzmiała inaczej.

Jak sobie poradziliśmy z taką rewolucją w życiu?

Najszybciej i najbardziej bezproblemowo poradził sobie Mały Człowiek. Przyjął B. bez mrugnięcia okiem, przyzwyczaił się do Niego, zaczynając mówić akurat, gdy zamieszkaliśmy razem – wołał na Niego od razu >>tato!<< i wszystko wypadło naturalnie, nawet bardzo. Trudniej było nam, najtrudniej chyba dla mnie.

Trudno jest związać się dwóm bezdzietnym osobom tak by stworzyć zdrowy i trwały związek. Każda ze stron ma swoje przyzwyczajenia, swoje nawyki i swoje wady. Zazwyczaj jednak para ma odpowiednio dużo czasu by się dotrzeć, dokładnie poznać a przede wszystkim dojrzeć do decyzji o posiadaniu dziecka i gotowości do jego wychowania. Tak jest w przeciętnych związkach, gdy dwoje ludzi poznaje się, zaczyna dzielić ze sobą życie a z czasem i tworzyć rodzinę. Zupełnie inaczej jednak jest w tych relacjach, w których jedna ze stron posiada dziecko albo dzieci. Wówczas ta druga strona wchodzi w życie tej istniejącej już (dotąd niepełnej) rodziny z dnia na dzień, podczas gdy całkiem spora część życia dziecka minęła już bezpowrotnie i ten przyszywany rodzic już tego nie doświadczy. Nie towarzyszył dziecku od samiuteńkiego początku, nie doświadczył wielu wielkich i pięknych momentów, których doświadczyła – na przykład – tylko matka.

Bałam się, że znów zostaniemy porzuceni

Banalnie proste. Ta obawa towarzyszyła mi przez długi czas. Podobnie jak strach przed tym, że Mały Człowiek przyzwyczai się do B., pokocha Go i nagle zostaniemy znów we dwoje a ja nie będę wiedziała, co dziecku powiedzieć… Miłość, zaufanie, rozsądek – to jedno. Ale obawy, niczym nieuzasadnione, po prostu obecne i tak bardzo upierdliwe – to drugie. I przez długi, naprawdę długi czas moja codzienność była walką. Najpierw walką o to, czy w ogóle powinnam się spotykać, dać sobie i nam szansę. Później o to, czy powinnam ich zapoznać. Później o każda kolejną decyzję. Widziałam, wiedziałam i czułam, że to wszystko jest dla nas dobre, że się kochamy, że to ma prawo się udać. Ale to, co przeżywałam, było zupełnie inną historią.

Bałam się, że Tamten Człowiek zburzy nasz świat

To, co nam wyrządził. To, jak się zachował. To, jak później się nasz wyrzekł i udawał, że nie istniejemy. To wszystko było faktami, z którymi trudno się kłócić. Istniała jednak iskierka szansy na to, że kiedyś przyjdzie jemu do głowy pojawić się, wprowadzić zamęt i złe emocje. Obawiałam się tego, co wtedy będzie. Obawiałam się tego, w jaki sposób może zaburzyć naszą codzienność. I tak naprawdę do momentu adopcji, do chwili gdy zapadł wyrok a później do momentu, gdy się uprawomocnił – byłam takich obaw pełna. Wiedziałam i wiem, że Jemu na nas nigdy nie zależało. Wiedziałam jednak, że jest nieobliczalny.

Nie potrafiłam pozwolić na zaangażowanie

Przyzwyczajona, że wszystko robię sama – nadal robiłam wszystko tak, jakby w naszym życiu nie pojawiła się dodatkowa para rąk. Na początku wręcz odczuwałam wyrzuty sumienia, gdy to B. robił zakupy czy ogarniał coś w domu. Bardzo dużo czasu potrzebowałam by przywyknąć i odpuścić, przede wszystkim sobie odpuścić! Bo największym problemem było to, że nie umiem się odnaleźć w podziale obowiązków. Nie w kwestii logistycznej, nie w elementach banalnie prostych. Tylko w emocjach temu towarzyszących. Bo musiałam nauczyć się, że nie muszę wszystko sama, że nie muszę nad wszystkim w stu procentach panować. Że ktoś jeszcze się o wszystko troszczy. Wbrew pozorom – nie jest to łatwe zadanie.

Kłótnie o pierdoły. Bo: idź popracować, ja tą zmywarkę zapakuję, to pranie rozwieszę. Ale nie! Bo przecież: ja sama, ja to zrobię, ja ogarnę, ja dam radę. Okropne przyzwyczajenie, że ja muszę sama i koniec. Nieporozumienia, bo jedno robi inaczej niż drugie robiło coś dotąd. I chodziło o detale! O sposób ustawienia kubków w szafce, o odkurzanie czy inne, nic nie znaczące na pozór kwestie. Ale gdy ileś takich pozornie drobnych spraw się zgromadzi – człowiek może mieć dość. I tak też się zdarzało. I nikt nie powinien się temu dziwić, serio!

***

Mając Mojego Małego Mężczyznę i mając B., mam wszystko. Mam absolutnie wszystko. Kilka lat temu musiałam być silna. Musiałam być tak cholernie silna. By znosić to wszystko, co nas spotykało. By przetrwać we dwoje z Malutkim, ułożyć wszystko od nowa. Musiałam być silna i wyjścia innego w zasadzie nie miałam. Byłam silna długo, upadałam i wstawałam. Wątpiłam i wierzyłam na nowo. Podnosiłam się setki razy dziennie, z drobnych i ogromnych upadków.

Teraz wiem, że cała ta trudna droga – i ta wcześniej, tylko we dwoje, i ta już we troje od początku, zaowocowała czymś zwyczajnie pięknym i dobrym. Nie było łatwo, pewnie niejednokrotnie jeszcze łatwo nie będzie ale życie to nie tylko cudowne momenty, to również te trudniejsze, to próby do przejścia i upadki do zaliczenia. Sukcesy do odniesienia, porażki do przełknięcia i decyzje do podjęcia. A w tym wszystkim najważniejsze jest zmierzyć się z tym razem. Po prostu. 

8 Responses

  1. Całe szczęście, że mimo tych wszystkich obaw i lęków podjęłaś to “ryzyko” i warto było. Teraz przyszedł czas na czerpanie radości z bycia razem już bez tego strachu

  2. Nawet nie wiesz, jak z wielką radością czytam każdy Twój post!
    Pamiętam, gdy czytałam o Twoich bolączkach, o tym jak cierpisz… jak wiele trudności Was w życiu spotkało…
    Byłaś dzielna!
    Byłam przekonana, że Twoja strona kiedyś zmieni nazwę… bo kiedyś nie będziesz sama!
    Jesteś wartościową kobietą 🙂 ktoś to docenił!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top