Nie przyprowadzaj tego dziecka, proszę!

Wyobraź sobie, że wszystko Cię boli, gorączka męczy, zatkany nos uniemożliwia normalne oddychanie, gardło pali. Jedną ręką podpierasz głowę, drugą wychylasz kolejny już kubek ciepłej herbaty. Ale siedzisz, skupiasz się – a raczej próbujesz – bo musisz siedzieć w pracy, musisz wykonywać zadania, musisz wytrzymać ileś godzin. Kiepsko, prawda?

Podbijmy stawkę. Dorzućmy jeszcze, dla przykładu, mdłości i wymioty. Biegasz do łazienki trzy razy na godzinę, jeśli nie częściej. Osłabienie organizmu jest tak duże, że wyczekujesz tylko sposobności by się o cokolwiek oprzeć. A teraz wyobraź sobie, że w pełni  świadomie fundujesz coś podobnego własnemu dziecku. 

***

Żłobek. Siódma rano. Szatnia. Przebieram Małego Człowieka w paputki, odwieszam kurteczkę. Wchodzi ojciec i mały chłopiec. Szybko go przebiera, podprowadza na próg sali, cioci wręcza woreczek i karteczkę. >> Tu są leki i rozpiska. << Szok i niedowierzanie. Nie tylko u mnie bo opiekunka też spojrzała pytająco ale nie zdążyła nic powiedzieć bo błyskawicznie tatuś się ulotnił. Dzieciaczek wszedł do sali z Małym Człowiekiem. Kilka dni później ZNÓW chorowaliśmy. Musiałabym na każdą taką sytuację zabierać Go z powrotem do domu. Czyli w zasadzie codziennie. Bo zazwyczaj przynajmniej jedno dziecko jest chore. Już chore albo jeszcze chore.

To jedna z tych sytuacji, które zdarzają się w placówkach notorycznie. Rodzice mniej lub bardziej ostentacyjnie przyprowadzają chore maluchy, zamiast zostawić je w domu.

Teraz chodzimy do przedszkola a sytuacja jest niemalże taka sama. Mamy początek października, Mały Człowiek zaczął chodzić do przedszkola 11 września, nie minął więc nawet miesiąc a ponad połowę tego czasu spędził w domu… Bo ciągle coś przynosi. I mówiąc >> coś << mam na myśli infekcje wszelkiej maści. W każdym z wrześniowych przypadków zaraziło się również któreś z nas: ja albo B. Ewentualnie oboje jednocześnie. Chorzy rodzice, muszący pracować i zajmować się dzieckiem to dopiero kiepskie połączenie.

U nas na przykład niemal normą jest to, że Mały Człowiek po iluś dniach dochodzi do siebie a ja przechodzę wszystko po stokroć gorzej i dłużej.

Na portaloswiatowy.pl znalazłam coś takiego:

Zasady funkcjonowania przedszkola powinny wynikać z wewnętrznych uregulowań zawartych w statucie. Niestety przepisy prawa nie regulują kwestii dotyczących przyprowadzania chorych dzieci do przedszkola. Placówka powinna więc działać w oparciu o zasady określone w prawie wewnątrzprzedszkolnym, które będą znane rodzicom i do których przestrzegania są zobowiązani. Ustalenia dotyczące bezpieczeństwa powinny być więc uregulowane w statucie, a ten powinien m.in.:

  • zawierać zapisy zakazujące przyprowadzania chorych dzieci,
  • regulować uprawnienia i obowiązki nauczyciela w przypadku stwierdzenia choroby dziecka,
  • określać tryb postępowania w przypadku gdy objawy choroby ujawnią się w trakcie pobytu dziecka w przedszkolu,
  • wskazywać zakres obowiązków rodziców w tym zakresie.

Ustalmy jedno. Nie mowa tutaj o rodzicach, którzy NIEŚWIADOMIE przyprowadzają chore dziecko do przedszkola. Bo niejednokrotnie zdarza się przecież, że jeszcze nie mamy pojęcia o rozpoczynającej się właśnie chorobie. Mowa o rodzicach, którzy w pełni świadomie to robią! Rano wciskają dziecku leki obniżające gorączkę, syropki na kaszel i wszystko, co tylko pomoże im dotrwać do końca dnia, gdy rodzic je odbierze. Ciocie rano nic nie zauważają, dopiero z upływem godzin okazuje się, że maluch ma gorączkę, pojawiają się też inne objawy a telefon do rodziców skutkuje tłumaczeniem się, że przecież dziecku w domu nic się nie działo! Nagle rodzice są zaskoczeni stanem malucha, mimo że doskonale zdawali sobie z niego sprawę rano.

Idźmy dalej. Potrzymają dziecko w domu dzień czy dwa i… przyprowadzają z powrotem. Niedoleczone, wciąż zarażające, osłabione. Eh, temat rzeka.

Wiem – tak jak każdy pracujący rodzic – ile trudu kosztuje pogodzenie choroby dziecka z pracą. Ale wiem też przede wszystkim o tym, że chore dziecko potrzebuje właśnie rodziców. Nie pań przedszkolanek, nie innych dzieci, nie stert zabawek. Rodziców, którzy przytulą, otoczą opieką, będą doglądać i dbać. Ciocie w placówce, mając pod opieką kilkanaście szkrabów – nie byłyby nawet fizycznie w stanie zapewnić tego samego naszemu choremu dziecku.

Zarażanie rówieśników dzieci to jedno. Ale zwyczajne męczenie takiego dziecka pobytem w przedszkolu to już zupełnie inna sprawa. Będąc rodzicem, jesteśmy w pełni odpowiedzialni za to, co z naszym dzieckiem się dzieje i za decyzje, jakie podejmujemy w trosce o jego dobro. Zaprowadzenie chorego dziecka, nafaszerowanego lekami – nijak się ma zarówno do dobrej decyzji, jak i do jego dobra.

***

Jestem w stanie naprawdę wiele zrozumieć ale na pewno nie takie w pełni świadome szkodzenie własnemu dziecku, narażając przy okazji też inne. Będąc rodzicami, stoimy na straży zdrowia i spokoju naszych dzieci, nie da się w żaden sposób wytłumaczyć działania wbrew temu. Naprawdę nie da! I pamiętajmy o tym, że są rzeczy ważne i ważniejsze. Pamiętajmy też o tym, że katar katarowi nierówny a nie wszystko jest czarno-białe. Pamiętajmy jednak przede wszystkim, że intuicja i zdrowy rozsądek są pomocne w takich sytuacjach jak nic innego! 

mama-sama

3 Comments

  1. To ja mam jeszcze lepszy przykład. Jakiś czas temu Synek miał usuwany migdałek w jednym z warszawskich szpitali. Procedura jest taka że dzien przed zabiegiem odbywa się tzw.kwalifikacja czyli sprawdzenie wyników badań, badanie czy dziecko jest zdrowe itp. Przy zapisie czyli stosunkowo dużo czasu przed rodzic dostaje rozpiskę jak należy się do zabiegu przygotować, jakie dokumenty przynieść na kwalifikacje i wreszcie co z informacją że dziecko musi być zdrowe…niby logiczne prawda? bo skoro ma katar i kaszel to jakim cudem miało znieść taki zabieg?? W rezultacie przez ponad trzy godziny synek przebywał w zamkniętym pomieszczeniu z chorymi dziećmi, których rodzice stwierdzili że tyle czasu czekali więc przyjdą, a nusz się uda…Temat rzeka tak jak Pani napisała w poście 🙂

  2. Poza świadomością czy nie świadomością choroby dziecka, należy jeszcze rozróżnić chorobę od jakiejś pierdoły, bo tak jak nie wyobrażam sobie przyprowadzać do przedszkola dziecka z temperaturą, wymiotującego, z biegunką czy problemami oskrzelowymi, tak sorry ale nie przy każdym drapaniu w gardle ani katarze będę zostawała w domu, bo skoro mam fajną pracę to mi na niej zależy, zwłaszcza że przecież chodzę tam po pieniądze a nie na drzemkę…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *