Dziwne trendy w macierzyństwie

Jeszcze nie tak całkiem dawno, gdy nie było fejsbukowych grup, blogi parentingowe były rzadkością, dopiero raczkującą – matki zdane były na złote rady starszych wiekiem lub doświadczeniem – ewentualnie na własną intuicję. Ale te czasy bezpowrotnie minęły. Teraz młode mamy mogą wszystko – absolutnie wszystko! – skonsultować w sieci. Czy to za pośrednictwem Google, czy to zasięgając opinii bardziej doświadczonych mam (powiedzmy tych trwających o miesiąc czy dwa dłużej, w tej roli…;))

Przyszedł moment skrajnego perfekcjonizmu, gdy chociażby takie blogi parentingowe, czasopisma dla młodych rodziców czy telewizyjne reklamy – zaczęły emanować bielą, czystością, wszystkim na swoim miejscu, mamą niczym z wybiegu a dzieckiem w niezagniecionym ubranku, bawiącym się designerskimi zabawkami w katalogowym wnętrzu. Smutna prawda: to niemożliwe. 

***

Owszem, MOŻNA. Można ogarniać dziecko, dom, pracę, studia i pierdyliard innych spraw (patrz: moja osoba). Ale gdy piątą noc z rzędu Mały Człowiek daje czadu, zbliża się ostatni termin egzaminu, deadline nakłada się na inny deadline, obiad trzeba już-mężowi i trzylatkowi zrobić, podłogę odkurzyć bo paprochy kurzu przetaczają się przez salon – ostatnie o czym się myśli to pozowanie do wystylizowanych fotek w koktajlowej sukience na tle gustownej kamieniczki w centrum miasta.

Okej, mit perfekcjonizmu obalony. Idźmy dalej!

Całkiem niedawno pojawił się nowy trend, idący równolegle z wspomnianym wyżej perfekcjonizmem i życiem niemal pod ujęcia na Instagram. Jaki to trend? Nazwałabym go udawaną niezdarnością vel tłumaczeniem niechlujności. Bo nagle na takim Instagramie czy Facebooku chociażby widzimy wyścig matek, które chcą pokazać, jak wiele jest… niezrobione. Przykładzik? Dziesiąta rano a tu młoda mama “chwali się” że dopiero kawa zrobiona, brudne pranie zasypuje niemal łazienkę, gary z trzech dni piętrzą się w kuchni, pełzające dziecko zlizuje resztki sosu z wczorajszego obiadu, który kapnął na podłogę. I podobnych postów jest całe mnóstwo!

Ustalmy jedno. Wiem, że bywa trudno. Wiem, że się nie chce. Wiem, że czasami naprawdę jest taki dzień, gdy matka chciałaby wystrzelić się w kosmos. Ale nie róbmy z tego stylu życia, nie kreujmy tak codzienności! Bo przez tą chwilę, gdy powstało zdjęcie, opis, hashtagi – taka matka na luzie zdążyłaby wstawić pranie czy pozmywać część tych naczyń (albo włożyć do zmywarki, gdy posiada). Nie wychodźmy z założenia, że mając dziecko – mogą tym faktem usprawiedliwić każde niedbalstwo. A robienie tego specjalnie by się pochwalić i jest zwyczajną głupotą, ot co!

Okej, mit niedbalstwa obalony. Idźmy jeszcze dalej!

Jak to jest z tymi czapeczkami? A no tak, że ludziom wciąż umykają dwie bardzo istotne kwestie. Każde dziecko jest inne. To po pierwsze. Presja otoczenia nie powinna wpływać na nasze decyzje. Rodzic wie najlepiej, kiedy i co, jest potrzebne dziecku. To po drugie. Oczywiście w granicach rozsądku. Ale i w tym przypadku granice rozsądku są zacierane. Niestety.

Pomijam już sytuacje, gdy na mamusiowych grupach wrzucane jest pięćdziesiąt postów dziennie typu: >> Wkładacie dziś dzieciom czapeczkę? A jak cienką? A co ubieracie w ogóle? << Nie rozumiałam, nie rozumiem i nie zrozumiem takich matek. Co one zrobiłyby bez Google i Facebooka? Widzą, jaka jest pogoda. Znają swoje dziecko. Ale nie! Będą pytać OBCYCH sobie ludzi, co mają ubrać temu dziecku…

Jakby tego było mało – ostatnio pojawiła się nowa moda. Na nienoszenie czapeczki możliwie jak najdłużej! I oto widzimy sytuacje typu: na dworze pięć stopni, piździ niesamowicie (że tak już nieładnie powiem), człowiek dorosły marznie otulony w kilka warstw a tu dziecko biega w cienkiej kurteczce i bez czapki bo przecież szanowna mamusia nie będzie się przejmować opinią innych, czapki nie włoży! Głupota, totalna głupota! Jedna patrzy na druga, trzecia, piąta i piętnasta pod zdjęciem pochwalą a dumna mama czuję się taka spełniona, że robi coś na przekór, że idzie pod prąd.

Nie jestem rodzicem, który chucha i dmucha. Nie jestem też rodzicem, który opatula dziecko w warstw piętnaście i wełnianą czapkę przy piętnastu stopniach na zewnątrz. Ale nie rozumiem też, jak można robić coś dla fejmu czy poklasku znajomych, czasami tylko wirtualnych.

Okej, mit czapeczkowy obalony. Idźmy dalej!

Na koniec zostawiłam sobie mój ulubiony, najgorszy zarazem typ. Głupota i obnoszenie się z nią. Przykład? Roczniak wsadzony w nosidełko, w puchowej kurteczce, luźno zapięty pasami a obok niego siedzi mamuśka, strzela selfiaczka i wrzuca na Insta. Na komentarze, że fotelik za mały, że w kurtce nie wolno, że pasy za luźne – odpowiada swoimi pseudomądrościami. Bo przecież kiedyś fotelików nie było i jakoś przeżyliśmy. Bo przecież jej kierowca jeździ bezpiecznie. Bo przecież fotelik jest, mandatu więc nie będzie. I tak dalej i dalej. Gdzieś w tym wszystkim pomija się najważniejsze: bezpieczeństwo i dobro dziecka…

Kolejny przykład: półroczniak popodpierany poduchami, siedzi na sofie i… jest karmiony bigosem. Autentyczna sytuacja z zeszłorocznych Świąt! Na zwrócenie uwagi matce, można się dowiedzieć że >> dziecko musi poznawać smaki a rodzic ma zapewnić jemu wszystko, również w kwestii żywienia <<. No ręce opadają! W prostym tłumaczeniu: skoro rodzic coś je, to dziecku nie pożałuje a skoro rodzic już coś je, to po co ma się trudzić i dziecku szykować coś osobno? Eh, temat rzeka.

***

Ja rozumiem, że media, portale społecznościowe czy właśnie blogi – w jakiś sposób inspirują, kreują trendy i tak dalej. Ale róbmy to w granicach rozsądku. Nie pokazujmy ani – co gorsza – nie nakręcajmy czegoś, co po prostu dobre nie jest! Są jakieś granice, naprawdę. Nie musimy pokazywać całemu światu naszego bałaganu w domu czy jakichkolwiek żenujących sytuacji. Sporadycznie może być to ciekawe, śmieszne, ot emanujące luzem. Ale nie codziennie, do oporu, nie inaczej – tylko niechlujnie, tylko lekko, tylko na opak. Bo ktoś gotów stwierdzić, że coś z nami nie tak, skoro u nas nic nie jest normalne…

Złoty środek, rozsądek, granice prywatności – tak niewiele i tak wiele zarazem. Naprawdę nikt nie zmusza nas do pokazywania wszystkiego. U nas widzicie czasem na InstaStories komodę zawaloną mnóstwem papierów, gdy pracuję, czasami leżą nawet na łóżku! Zdarza się, że pokazuję pieczenie czy gotowanie czegoś – ot, tu się coś wysypie, tam się coś rozleje a tam wybrudzi. Ale dziwnie by mi było strzelać zdjęcie koszowi na pranie, z którego wysypują się brudy wywalone z walizek po podróży – co przechodzę średnio co tydzień. Albo niepozmywanych naczyń z całego dnia – a od jakiegoś czasu zmywarka nie działa więc to też norma niemal. Ale mimo ogromnej ilości obowiązków i spraw każdego dnia, jakoś tak mi lżej gdy co wieczór przelecę się po mieszkaniu z odkurzaczem, ogarnę ta naczynia, włączę pralkę a jeżdżąc gdziekolwiek, mam pewność że Mały Człowiek jest bezpieczny w swoim foteliku i ubrany adekwatnie do Jego potrzeb i pogody. Koniec kropka. Dystans i zdrowy rozsądek to świetni kumple, spróbujcie! 😉 

mama-sama

3 Comments

  1. Dla mnie najważniejszy w tym wszystkim jest złoty środek i słuchanie swojej intuicji, bo owszem porządek w mieszkaniu i ugotowany obiad ważna rzecz ale czasami musze odpuścić by nie byc niewolnikiem wlasnego perfekcjonizmu i nie zwariować. W kwestiach wychowania syna swego czasu dużo rad szukałam w internecie ale to do mnie należała ostateczna decyzja i sądzę że całkiem nieźle radzilam sobie i ciągle radzę jako mama ( jak dobrze że nigdy nie musialam pytać innych o czapeczke itp. sama wiedzialam co dobre w tym momencie dla mojego dziecka)

    • Podobnie jak wiele innych. Niestety wraz z dzieckiem wiele matek urodziło też mózg i poczucie wstydu…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *