Jaki numer telefonu mamy zawsze przy sobie?

To na początek rączka w górę ci, którzy pamiętają nasze pierwsze wychodne z B.? Okej! A ci, którzy są tu nowi lub nie pamiętają – za chwilę dowiedzą się, jak w zaledwie trzy dni wydaliśmy kilka tysięcy złotych, utknęliśmy w miejscowości, której nazwy nawet nie pamiętamy a na domiar złego Mały Człowiek musiał zostać o jedną noc dłużej u Dziadków, nie rozumiejąc, dlaczego Mamy jeszcze nie ma a przecież miała wrócić!

Ale może po kolei i co najważniejsze – od początku.

***

Był wrzesień zeszłego roku – ostatnie już jego dni, cudownie ciepłe. Odwieźliśmy Małego Człowieka na weekend do Dziadków, miał tam spędzić sobotę i niedzielę. Wyjeżdżając od nich, minęliśmy tablicę z odległościami, m.in. do Międzyzdrojów. Tak sobie tylko lekko rzuciłam: ale fajnie byłoby posiedzieć nad morzem we dwoje.

Bo ledwie dwa tygodnie wcześniej byliśmy we trójkę w Mielnie.

B. bez zastanowienia zjechał na najbliższym rondzie prosta na S-jakąś, w kierunku morza właśnie. I pojechaliśmy! I spacerowaliśmy po molo, siedzieliśmy na plaży, próbowaliśmy wygrać Minionka w automacie. I tak dalej i dalej. Cudownie! Po kilku godzinach nad morzem ruszyliśmy w drogę do Poznania. Bo sobotnie obowiązki. Ujechaliśmy coś koło pięćdziesięciu, może sześćdziesięciu kilometrów, kiedy TO się stało.

Z głośników leciała muzyka prosto z YoyTube, z czegoś tam żartowaliśmy, dookoła ciemno, droga dość pusta – bo kto w piątek późnym wieczorem wraca znad morza?!

Ano my. I gdy już tak sobie słuchaliśmy tej muzyki, nagle zaczęliśmy zwalniać. W końcu silnik zgasł, zapaliły się wszystkie możliwe kontrolki, zrobiło się cicho i ciemno. O, cholera! Czaicie w ogóle?! Na drodze ekspresowej, w środku nocy, jakieś trzysta – jeśli nie więcej – kilometrów od domu. Dobrą godzinę próbowaliśmy dojechać do najbliższej stacji benzynowej. Odpalaliśmy, kawałek ujechał, gasł. I tak w kółko.

Reszta poszła błyskawicznie. Laweta do najbliższego miasteczka. Hotel. Żadnego mechanika, który następnego dnia by nam pomógł bo w miasteczku jakiś festyn czy coś. Laweta do większego miasta. Znów hotel. Mechanik. Diagnoza: nie do ruszenia, części będą za kilka dobrych dni, lepiej ściągnąć go do Poznania i tam naprawiać.

Dziecko czeka na odbiór kilkadziesiąt kilometrów dalej. Do domu trzeba jakoś wrócić. Nie mieliśmy innego wyjścia: zaczęliśmy szukać wypożyczalni samochodów. Jedynym kryterium, jakie wówczas braliśmy pod uwagę był czas. Wybraliśmy taką, z której mogliśmy wypożyczyć auto na już. I tak się stało.

Zapewne pamiętacie nasze instagramowe migawki z wojaży czerwonym Fordem, bodajże dwuletnim. Świetne auto, komfort jazdy i w ogóle. Ale…

Koszty ogromne. Na dodatek musieliśmy odstawić je dokładnie w to samo miejsce, skąd było odebrane bo w innych miastach nie mieli oddziałów. Eh, no nie mieliśmy wyjścia. Wypożyczony, Mały Człowiek odebrany, nasze auto na lawecie zawiezione do Poznania. Później B. zawoził wypożyczone z powrotem a wracał pociągiem… Rachunek tego weekendu do dziś powoduje u nas dreszcze, do liczb wolimy nawet nie wracać.

Od tamtej pory zawsze sprawdzamy ewentualne rozwiązania awaryjne. Jeśli jedziemy do jednych czy drugich Dziadków – okej, w razie awarii ktoś po nas podjedzie i pomoże. Jeśli jedziemy gdzieś dalej – mamy sprawdzony numer telefonu na pomoc drogową, mamy też zawsze numer telefonu do jakiejś wypożyczalni w okolicy. Przezorny zawsze ubezpieczony, zwłaszcza że poprzedni samochód w ostatnich tygodniach swojego pożycia z nami – potrafił paść na najbardziej ruchliwym poznańskim skrzyżowaniu… 🙁

Nie ukrywam, że gdy przeprowadziliśmy się na Dolny Śląsk – również sprawdzaliśmy różne tego typu usługi. Różnie bywa. I w ten oto sposób trafiłam na Future Car Transport, którzy to działają na terenie Śląska oraz Wrocławia.

Z powodu tego, że mamy bliskich przylatujących do nas samolotami – zależało mi by znaleźć też takie miejsce, które będzie możliwie blisko lotniska bo niejednokrotnie może być nam potrzebne. A ta wypożyczalnia jest właśnie w takiej lokalizacji. I to super sprawa! Bo przecież wielu ludzi po przylocie potrzebuje wypożyczenia samochodu a nie ukrywajmy – wypożyczalnie na lotniskach bywają o wiele droższe i mnie korzystne, wychodząc z założenia że turystę to można naciągać do woli… 

Flotę mają naprawdę zróżnicowaną, od małych autek po całkiem spore. Każdy znajdzie coś dla siebie. Dla przykładu: Ford Focus kombi, czyli taki jak nasz ale kilka lat młodszy bo rocznik bieżący – można wypożyczyć za 109-139 zł na dzień, zależnie od ilości dni. Ale nie to mnie zachwyciło! To kaucja zabezpieczająca, która wynosi tylko pięć stówek w przypadku tego samochodu! Od razu przychodzi mi na myśl czterocyfrowa kaucja za czerwonego Forda wypożyczonego rok temu, gdzie nie zwrócono nam nawet połowy bo nie zdążyliśmy umyć auta…

***

Nawet z ciekawości zadzwoniłam, dopytałam o różne opcje, o warunki, regulamin. Wszystko jasno, konkretnie i tak zwyczajnie, po ludzku. Myślę, że niejednokrotnie skorzystamy z ich oferty – bo na najbliższe miesiące mamy zaplanowane kilka naprawdę dużych projektów, które będą wymagać od nas obojga mobilności w określonych terminach a kupować drugie auto na tak sporadyczne okazje to bardziej niż nieopłacalna inwestycja.

Z jednym dajemy sobie bezproblemowo radę, dobra logistyka i wszystko idzie jak w zegarku! Nie zmienia to jednak faktu, że wyjście awaryjne mieć warto. I my takie mamy. A jeśli ktoś jest ze Śląska lub Wrocławia to z czystym sumieniem polecamy i kontakt zostawiamy! 🙂 

3 Responses

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top