Trudny temat: gdy Twoje dziecko nie mówi

Gdy w naszym życiu pojawia się dziecko – zaczynamy obserwować każdy element jego codzienności, każdy – nawet najdrobniejszy – postęp w rozwoju. Pierwszy uśmiech, pierwsze kroki, pierwsze ząbki, pierwsze słowa. Odhaczamy kolejne pierwsze razy, wspinamy się po drabinkach kolejnych małych sukcesów i idziemy dalej, coraz dalej.

A co, jeśli w którymś momencie ten pierwszy raz nie następuje? Jeśli wyczekujemy jakiegoś postępu, nowej umiejętności a jej wciąż nie ma…? Gdy dodamy do tego dopytywanie bliskich, presję rodziców z najbliższego otoczenia i rodzicielski niepokój – robi się nieco nerwowo. 

***

Mały Człowiek szybko siedział, szybko wstawał, szybko chodził. Ząbki wyżynały się Jemu wręcz książkowo. Gaworzył, powtarzał sylaby. I nic dalej. Nie chciał mówić i koniec. Na ma-ma, ta-ta, da-da i ba-ba zakończył postępy. Do tego dochodziło jedynie naśladowanie kilkunastu zwierzątek. Powtarzano mi, że pójdzie do żłobka – zacznie obcować z dziećmi i zacznie chętniej mówić. Skończył dwa lata i postępy były znikome.

Wówczas niemal z pamięci mogłam recytować zalecenia logopedów, psychologów. Mimo uszu puszczać złote rady otoczenia, które nic nie wnosiły czy domniemania powodów, które mogły skutkować naszą sytuacją. Prawda jednak była taka, że nie mieliśmy do czynienia z żadną z najczęściej przytaczanych przyczyn.

Bo Mały Człowiek nie oglądał telewizji. Bo Mały Człowiek nie był zniechęcany do mówienia. Bo Mały Człowiek nie miał problemów z integracją sensoryczną (konsultowaliśmy). Mały Człowiek nie miał i nie ma również problemów ze słuchem (konsultowaliśmy).

Kiedy specjaliści zbywali nas kolejnymi: wszystko w porządku, chłopiec widocznie potrzebuje czasu – my niecierpliwiliśmy się coraz bardziej. Nie dlatego, że to godziło w nasze ambicje czy wyobrażenia o rodzicielstwie. Oj, nie! Po prostu bardzo chcieliśmy by Mały Człowiek zaczął się z nami trochę sprawniej porozumiewać. To byłaby ulga dla obu stron.

Bo w chwili, gdy On coś nam tłumaczył w swoim dziwnym języku, gestykulując, stękając, piszcząc i co tam chcecie a my Go nie rozumieliśmy – zaczynał się irytować i niecierpliwić. Bo ileż można powtarzać w kółko to samo a Mama i Tata nie rozumieją? No niestety.

Próbowaliśmy więc troszeczkę bardziej Go motywować do wypowiadania prostych słów. Powtarzaliśmy razem z nim dany wyraz w chwili, gdy dotyczył on sytuacji. Powtarzaliśmy do skutku, aż On też go powtórzy. W ten sposób przeskoczyliśmy z określonego gestu do “pi” na sygnał: chcę pić. Tak samo doszliśmy do “pa-pa”, “dzia-dzia”, “siu-siu” czy innych prostych słów.

Zaczęliśmy śpiewać z nim razem piosenki, nawet te disco-polo, byleby śpiewał. W ten sposób nauczył się kilku słów w ciągu kilku ledwie dni.

Czytanie Jemu książeczek przybrało nową formę. Co kilka zdań padało jakieś pytanie o treść, na tyle proste by wystarczyło powtórzenie przez Niego jednego słowa. Z czasem zaczynało działać. Podobnie było z oglądaniem bajek, które czasem Jemu włączamy. Zadawaliśmy pytania, wchodziliśmy w krótkie i proste rozmowy na temat danego odcinka. Coś tam zawsze w ostateczności było powiedziane przez Niego.

Weszło nam w nawyk przypominanie Jemu, jak naprawdę mówi się na dany przedmiot. Na przykład, kiedy on uparcie mówił “brum brum” na jakiekolwiek auto, my go poprawialiśmy “auto!” i w ten oto sposób w końcu z “brum brum” przeskoczyliśmy w… “ato”! Przykłady można mnożyć. Wniosek jednak jest jeden: trzeba ćwiczyć, rozmawiać, powtarzać, poprawiać!

Dużo też ćwiczyliśmy. Buzię, język, słuch. Wystarczy sobie wygooglować i mamy na wyciągnięcie ręki dziesiątki gotowych pomysłów na takie ćwiczenia.

Przez długi czas nasza codzienność była powtarzaniem z Małym Człowiekiem jakichś słów, czytaniem, śpiewaniem, ćwiczeniem, powtarzaniem, zagadywaniem, odpowiadaniem. I tak dalej i dalej. To była ciągła praca. I to podwójna. Bo my stawaliśmy na głowie nie tylko po to, żeby zachęcić go do udziału ale również po to, żeby odbierał to jako zabawę!

Nauka przez zabawę sprawdza się zawsze. Odliczanie do trzech nauczył się poprzez wieczorną zabawę przed wieczorną kąpielą. Nazwy zwierzątek nauczył się dzięki układaniu pluszaków do spania. Mówił wtedy o każdym, że śpi. Z czasem coraz lepiej, coraz wyraźniej, coraz pewniej.

Każdy, najdrobniejszy nawet wtedy sukces – był dla nas powodem do radości, przybicia sobie z B. piątki i zastanowienia nad następnym prostym słowem, które pomożemy Jemu przyswoić.

Co możemy poradzić z punktu widzenia rodziców, którzy przeszli problemy z nie-mówieniem dziecka? Po pierwsze: warto obserwować a każdą wątpliwość skonsultować z lekarzem, na początek z pediatrą chociażby. Jeżeli będzie to konieczne – zostaniecie skierowani dalej, do specjalisty. Po drugie: trzeba stanowić dla dziecka odpowiedni wzorzec, dużo do niego mówić i inicjować rozmowy. Pokazywać, jak oraz ile powinno się mówić. Po trzecie: nie porównywać z innymi dziećmi! Każde rozwija się na swój sposób, we własnym tempie. Koniec kropka.

***

Każdy maluch rozwija się w swoim rytmie, na wszystko ma swój czas i odpowiedni moment. O ile nie ma jakichś większych odchyleń czy naprawdę dużych opóźnień, nie powinniśmy kłaść zbyt dużego nacisku. W przypadku mowy na przykład, logopeda powiedział nam, że w chwili gdy dziecko w wieku 27 miesięcy nie wypowiada ani jednego słowa, nie próbuje w najmniejszym nawet stopniu coś z siebie wycisnąć – wówczas powinniśmy już to skonsultować to ze specjalistą.

Nie czułam się gorsza, pytając pediatrę o nasze obawy dużo wcześniej. Dzięki rozmowom z lekarzem, konsultacją z logopedą – wiedziałam, że wszystko jest w porządku a co ważniejsze dostaliśmy jasne wskazówki, w jaki sposób możemy wspomagać rozwój mowy Małego Człowieka. Teraz jestem już spokojna, pracujemy nadal każdego dnia a każde nowe słowo czy zdanie – wciąż budzi ogromną radość. 

mama-sama

One Comment

  1. Moim zdaniem ta presja otoczenia robi swoje bo wtedy rodzic szuka na siłę problemu, nawet jeśli go nie ma. Bo rodzic nie chce wyjść na złego więc daje się ponieść temu i zamartwia się o coś czego nie ma niekiedy :/

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *