Gdy dziecko jest niespokojne – jak pomóc?

Kolek jako takich nie mieliśmy, ząbkowanie przebiegało w miarę łagodnie – tony śliny, obgryzanie wszystkiego (łącznie z łóżeczkiem) ale bez większych niepokojów. Szczepienia zazwyczaj były większym stresem dla mnie niż dla Małego Człowieka – on zapiszczał już po fakcie, ja cała przejęta od rana do nawet kilku dni po. I tak zawsze.

Na szczęście poza temperamentem, żłobkowymi infekcjami i kryzysem pierwszych tygodni życia, gdy Mały Człowiek się nie najadał i z tego tytułu mieliśmy kilkanaście – jeśli nie kilkadziesiąt – nieprzespanych nocy z rzędu, nie dotknęły nas żadne dolegliwości, na które wielu rodziców narzeka. 

***

I całe szczęście! Co prawda Malutki od początku lubił tulenie, noszenie, śpiewanie i mówienie do Niego – jednak nijak to się ma do ciężkich kolek czy ząbkowań, o jakich słyszałam od znajomych rodziców. Kiedy nam się już cokolwiek sporadycznie przydarzało – słyszałam zazwyczaj te same lub bardzo podobne do siebie, rady. Chociaż zdarzały się również skrajnie sprzeczne!

Nie noś bo przyzwyczaisz – to słyszał chyba każdy rodzic. Nosiłam, tuliłam i nie przyzwyczaiłam. 😉

Od razu warto przypomnieć, że nie chustowaliśmy się, nie używaliśmy też nosidła. Od początku o wiele wygodniej było zarówno dla mnie, jak i dla Małego Człowieka – w wózku. I tak zostało. W domu jednak tuliliśmy się często. Siedziałam na przykład przed komputerem, klepiąc w klawiaturę – w niewygodnej pozycji bo nieco odchylona do tyłu. Po to by mój mały chłopczyk mógł sobie spać na mnie, skulony w pozycji żabki. I tak sobie funkcjonowaliśmy.

***

Wróćmy jednak do udzielanych mi nierzadko rad. Zazwyczaj słyszałam o prasowaniu pieluszek i przykładaniu do brzuszka. Sposób jeszcze chyba z czasów naszych rodziców, prawda? Mówiono mi też o kąpielach, masowaniu czy… jeżdżeniu samochodem albo włączaniu suszarki do włosów. Z tym samochodem to u nas się totalnie nie sprawdzało, nawet nie próbowałam nigdy – bowiem Mały Człowiek przez jakieś pierwsze pół roku życia złościł się niesamowicie podczas jazdy samochodem, działała na niego jak przysłowiowa płachta na byka. Niestety ale podróże z Nim wtedy nie należały do najfajniejszych.

Wymieniano też często jakieś środki dostępne bez recepty, niektóre trudniej dostępne. Widywałam gdzieś na grupach fejsbukowych zapytania, czy ktoś nie ma tego czy tamtego. Bardzo często jednak pojawiała się nazwa, którą przy niektórych dolegliwościach nawet polecał – w razie potrzeby – nasz pediatra. Nigdy nie mieliśmy okazji wypróbować, niedawno jednak znajoma zapytała mnie, czy nie znam czegoś, co ukoiłoby malucha przy kolkach, które trwają i trwają już od dłuższego czasu.

Nim cokolwiek wspomniałam – postanowiłam poczytać trochę o zapomnianym preparacie dla maluchów.

I w ten oto sposób dowiedziałam się, że Viburcol pomaga w stanach niepokoju u maluchów. Innymi słowy nie działa przeciwbólowo a wyciszająco w stanach, gdy dziecko jest właśnie niespokojne. Bo kolka. Bo wyżynające się ząbki. Bo chociażby zwykła infekcja, gdy dolega katar, boli gardełko czy cokolwiek innego. Okej, to już wiem. Idźmy dalej.

Jest to środek homeopatyczny. Przyznam, że nim o tym napisałam – przekopałam się przez całe mnóstwo opinii innych rodziców. Skoro sami nie próbowaliśmy – wolałam nie wprowadzać w błąd innych. Oczywiście wiadomo, że na każde dziecko wszystko działa nieco inaczej a każdy maluch reaguje na swój sposób.

Nie zmienia to jednak faktu, że jeżeli mamy możliwość ulżyć maluszkowi w taki sposób, gdy inne metody zawodzą – warto spróbować.

Czasami wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach o wiele trudniej jest być rodzicem. Z każdej możliwej strony jesteśmy poddawani ocenie, nierzadko krytyce. Z chwilą, gdy dowiadujemy się, że zostaniemy matkami – zaczyna się prawdziwa gonitwa myśli. Pojawiają się tysiące pytań. Czy dziecko będzie zdrowe? Czy poród przebiegnie bez komplikacji? Czy sprawdzimy się w roli matki? Czy damy sobie radę? Czy będziemy umieć to czy tamto?

Gdy sobie pomyślę o tym wszystkim, co mnie dopiero czeka, – bo przecież małe dzieci to mały kłopot a duże dzieci to jak wiadomo i duży kłopot – uświadamiam sobie, że macierzyństwo naprawdę jest poniekąd pasmem niekończącego się niepokoju i stresu. Wielu rodziców starszych dzieci z przekąsem podkreśla, że po buncie dwulatka następuje ten trzy-, cztero-, pięcio-, sześciolatka i tak dalej. Pomijam już wyzwania, jakie się pojawią, gdy Mały Człowiek pójdzie do szkoły. Ojeju! To dopiero pewnie będzie stres! Zadania domowe, nieodpowiednie towarzystwo, nie daj Bóg – nałogi. Tyle zagrożeń, tyle wątpliwości, tyle możliwości zmartwień.

***

Warto znać rozwiązania, po które można czasami sięgnąć z czystym sumieniem – gdy tulenie, śpiewanie i inne codzienne metody zwyczajnie nie działają. Nie warto z kolei wyrzucać sobie, że >>idziemy na łatwiznę<< czy faszerujemy dziecko czymś przypadkowym dla świętego spokoju. Owszem – łatwo przekroczyć cienką linię między rozsądkiem a przesadą. Nie zapominajmy jednak, że chodzi przede wszystkim o spokój i samopoczucie dziecka, o jego dobro. Jeżeli więc sytuacja jest już trudna, maluch nie uspokaja się, nie radzi sobie z napięciem – nie widzę nic złego w podaniu chociażby takiego homeopatycznego preparatu.

Żyjemy w czasach, gdzie na wszystko i dla każdego znajdzie się jakiś syropek albo pigułka – podobno. O ile coś jest sprawdzone i z zaufanego źródła – nie ma nic złego w skorzystaniu w razie potrzeby. Ulga dziecka to ulga rodzica. A spokojny rodzic to szczęśliwy rodzic. Nie muszę chyba dodawać, że szczęśliwy rodzic to szczęśliwe dziecko?

A Wy? Jakie sposoby znacie?

2 Responses

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top