Ślub po swojemu: jak zorganizować ślub w 3 miesiące?

Jak to było u nas? Zaręczyliśmy się w maju. Pamiętacie Zaręczyny w świetle flesza? Termin ślubu wyznaczyliśmy niedługo później na końcówkę września 2018 roku. Nie, to nie literówka. Tak dokładnie było! Zaczęliśmy się rozglądać za salą, za zespołem, nasi wymarzeni fotografowie-artyści mieli akurat wolny termin, zaklepaliśmy! Mieliśmy więc termin i fotografa. Fajnie, co? 😉

Później nastąpił mały przełom. Znajomi polecili nam kompleks hotelowy, który ma kilka sal bankietowych, pokoje dla gości, restaurację i w ogóle… cud, miód i malinka! Wtem okazało się, że wskazane by było byśmy w pewnej wspólnej i ważnej dla nas, sprawie przedłożyli akt małżeństwa. Hmm…

***

Wylądowaliśmy więc w USC naszego miasta, termin sobie wymyśliliśmy 9 września – ot, po prostu. Tak nam przyszło do głowy i tak zdecydowaliśmy. Byliśmy przekonani, że ślub na tak maleńką skalę można bez problemu w tyle czasu ogarnąć. Jak się teraz okazuje – naprawdę się da. 😉

Krok pierwszy: termin w urzędzie

Kwestia dwóch wizyt, na pierwszej ustalenie terminu, pani urzędniczka sprawdziła czy ma w systemie nasze akty urodzenia. B. był, mój nie – musieliśmy więc przyjść za jakiś czas ponownie. Uiścić opłatę, podpisać dokumenty. I gotowe!

Krok drugi: restauracja na przyjęcie

Miejsce, w którym mieliśmy zamiar organizować przyszłoroczne wesele, nie miało na ten termin już żadnej wolnej sali. Zaproponowano nam skorzystanie z konferencyjnej. Obejrzeliśmy, na nasze zaplanowane 21 osób było idealnie! Umowa, zadatek, menu – tyle na początek. Zaraz po zarezerwowaniu lokalu – rozdaliśmy zaproszenia. Na dwa miesiące przed uroczystością. Normalnie robi się to wcześniej, oczywiście!

W późniejszym terminie dogadywaliśmy szczegóły typu obrusy, ustawienie stołów, menu, itd. Nic trudnego, nie rozumiem o co tyle szumu i stresu – zwyczajne kwestie do ogarnięcia.

Niestety na dzień przed przyjęciem okazało się, że trafiliśmy na niesolidnych ludzi i… zostaliśmy bez sali. Na szczęście ogarnęliśmy sytuację we współpracy z innym, cudownym miejscem i impreza odbyła się, było pięknie i na świetnym poziomie, o czym napiszemy jeszcze na pewno!

Krok trzeci: nocleg dla gości z daleka

Obie nasze rodziny mają około dwustu kilometrów do nas, wskazane więc było po przyjęciu ich przenocować. Nasze mieszkanie jest zbyt małe. Znaleźliśmy więc kameralny hotelik, z dala od gwaru miasta i zarezerwowaliśmy pokoje. Z dużym wyprzedzeniem więc nieco taniej niż standardowo. Kolejna sprawa odhaczona.

Krok czwarty: obrączki

I tutaj ciekawostka, gdyby ktoś nie wiedział: jeśli pójdziecie do Apartu albo innego Kruka, dostaniecie wycenę obrączek, która może lekko zdziwić tych nieprzygotowanych na ślubne koszty. My od razu chcieliśmy tego uniknąć, wybraliśmy się więc w pewien lipcowy weekend do Dziadków i w małym wielkopolskim miasteczku, u lokalnego jubilera – zamówiliśmy piękne klasyczne obrączki z grawerem, za które zapłaciliśmy dokładnie tysiąc złotych mniej niż proponowano nam we Wrocławiu. Punkt dla nas!

Krok piąty: ślubna papeteria

I tutaj pierwsze zdziwienie bliskich: a po co Wam to wszystko? Pod pojęciem >> wszystko << miano na myśli winietki, etykiety na alkohol, upominki dla gości. I chyba tyle. Winietki to moim zdaniem fajne rozwiązanie – goście nie szukają sobie miejsca, nie ma chaosu, wyścigów i tak dalej i dalej. Upominki dla gości to miła pamiątka. Najpierw chcieliśmy symboliczne, minimalistyczne magnesy na lodówkę przypominające pierniczki a później wpadły nam w oko mini-miodziki. Wręczyliśmy więc jedno i drugie. Przez całe przyjęcie stanowiły dekorację słodkiego stołu, przy żegnaniu gości każdy z nich dostawał swój przydział. 😉

Winietki, etykiety na alkohol i pudełeczka zamówiliśmy z amelia-wedding.pl, magnesiki z Magdalenka-Art a miodki z miodziki.pl. O upominkach oraz papeterii stworzymy odrębny wpis by wszystko Wam pokazać!

Krok szósty: alkohol

To można kupić naprawdę o wiele wcześniej, nie zepsuje się. 😉 My postawiliśmy na wódkę i wino, jedno i drugie obklejone spersonalizowanymi etykietami. Ilość oszacowaliśmy niemal idealnie, zostało jedno wino i dwie wódki. Warto wypatrywać promocji, chociażby w marketach. Jeżeli ktoś ma możliwość zakupu w cenach hurtowych to już naprawdę warto!

Krok siódmy: strój

Garnitur dla B. oraz sukienka dla mnie, buty dla obojga – czyli podstawa. Garnitur kupowaliśmy dość późno, długo szukaliśmy odpowiedniego. Za jednym zamachem nabyliśmy też koszule i na ślub i na czekające nas wesela. Garnitur wybraliśmy na tyle uniwersalny, że nadał się nie tylko na ślub ale również posłuży w innych sytuacjach, jak wspomniane wesela chociażby. 

Sukienkę kupiłam przez internety, na Zalando. Buty oboje mieliśmy z brilu.pl, przy czym ja wybrałam już sprawdzone szare szpilki zamiast butów typowo ślubnych. Do tego muchy dla B., świadka i Małego Człowieka z akcesoriameskie.pl oraz srebrna opaska do włosów dla mnie z Novia Blanca. Wszystko mieliśmy skompletowane mniej więcej w połowie sierpnia.

Krok ósmy:  cukiernia, kwiaciarnia, make up i włosy

Tort i ciasta zamawialiśmy w osiedlowej cukierni, już sprawdzonej – bo przy każdej rodzinnej okazji kupujemy właśnie tam i nigdy się nie zawiedliśmy. Dokładnie tydzień przed ślubem złożyliśmy zamówienie na tort, na ciasta trzy dni przed. Tort okazał się być niższy niż oszacowaliśmy i topper (Ślub w dechę) trochę wystawał, niestety nie skontrolowałam tego wcześniej i sprawa wyszła, gdy tort już wjechał. Nic wielkiego przecież się nie stało!

Kwiaty zamawialiśmy również tydzień wcześniej: dużą kompozycję na stół (widoczna na zdjęciach), mój bukiecik oraz butonierki dla B. i świadka. Za to wszystko w kwiaciarni zapłaciliśmy dwieście pięćdziesiąt złotych. Mała, osiedlowa, pani właścicielka z sercem do kwiatów i cudownym podejściem.

A makijaż i fryzura? Byłam na próbnych trzy tygodnie przed ślubem, czułam się nienaturalnie, niekomfortowo i po prostu… źle. W dniu ślubu w zaciszu własnej sypialni zrobiłam sobie makijaż, świadkowa poprawiła mi oczy, wyprostowała włosy, włożyłam swoją srebrną opaskę i czułam się komfortowo i pięknie. Można? Można!

***

Ja wiem, że z każdego ślubnego detalu można stworzyć problem na skalę niewyobrażalną. Wymyślić sobie tyle różnych detali, atrakcji i podnieść tak wysoko poprzeczkę, że przedślubny stres staje się nie do udźwignięcia. Warto do pewnej części spraw podejść na luzie, takim zwyczajnym luzie! Do pewnego momentu byłam przekonana, że do ślubu pójdę w zwyczajnej małej białej w literę A, kupionej przypadkiem i odwieszonej do szafy jako ślubna. Co by było, gdybym w niej poszła…?

Ślub by się odbył, bliscy by przyjechali, wszystko byłoby pięknie i wzruszająco – bez zmian! Bez zważania na to, czy moja sukienka była kupiona w maleńkim sklepiku za sto złotych, zamówiona na Zalando czy szyta na miarę za grube tysiące. To wszystko to tylko otoczka tego dnia, którego istotę stanowi coś zupełnie innego.

Jeśli podejdziecie do ślubu i wesela czy też przyjęcia, ze spokojem – da się zrobić wszystko. Da się, jeśli tylko będziecie patrzeć na siebie nawzajem, znać najważniejszą wartość tego dnia i wiedzieć, co Wy właściwie chcecie osiągnąć. Bo ślub i wesele są dla Państwa Młodych a goście mają im w tym dniu towarzyszyć, nigdy na odwrót! 

3 Responses

  1. Swój ślub mam już dawno za sobą i też był zorganizowany w trzy miesiące więc da się. Jeśli kiedyś zdecyduje się na drugi (rozwiedziona) to chciałabym taki jak Wasz. Bez zbędnej spiny, sami najblizsi itp.

  2. Jesteście świetni, tacy piękni i tacy eleganccy że aż chce się patrzeć, w obecnym szale trendów trudno o takich autentycznych i fajnych ludzi. Brawo Wy!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top