Czy z dzieckiem naprawdę nie da się odpocząć na urlopie?

Nie wiem, czy wcześniej nie zwracałam na to szczególnej uwagi, czy też może  w tym roku to jest tak bardzo rzucające się w oczy – ale gdzie się nie obejrzę, tam jakiś mem albo komentarz, jak to ciężki bywa urlop z dziećmi. Pierwsze, co mi wtedy przychodzi do głowy, to pytanie: po co więc się na niego wybieracie?

Niejednokrotnie już chyba pisałam, że ograniczenie w postaci dziecka – to pojęcie względne. Dla jednych takowe nie istnieje, dla innych jest tak przygniatające, że nie są w stanie zrobić nic. Bo przecież dziecko. Bo dziecko ich ogranicza. I później słyszymy, że najlepiej to nie wychodzić z domu bo dziecko ogranicza. Wy tak serio…?!

***

Przez prawie dwa lata wychowywałam Małego Człowieka zupełnie sama. Sama, samiuteńka. Dziadkowie daleko, przyjaciele poniekąd też. Do sklepu z Nim, do pracy nierzadko z Nim, do lekarza z Nim, wszędzie – absolutnie wszędzie! – z Nim. Zdarzało się nawet, że i w delegację. Metodą prób i błędów odkryłam, co jest niezbędne by przetrwać każdą podróż z maluchem. I przetrwać mi się zresztą, udawało.

Nie pojmuję więc, jak można dobrowolnie wybrać się na urlop z dzieckiem czy też z dziećmi a później użalać się nad sobą i nad tym, jakie to strasznie trudne wyzwanie.

Ustalmy na początek coś bardzo ważnego w tym temacie. Jeśli nasze dziecko to na co dzień wulkan energii, wszędzie go pełno, co chwilę szuka czegoś do przysłowiowego przeskrobania – nie łudźmy się, że nagle podczas urlopu stanie się spokojne i mało ruchliwe. 😉 Prosty przykład to nasz Mały Człowiek. Na co dzień energiczny jak mało kto, w ciągu godziny potrafi wydreptać po mieszkaniu dystans półmaratonu. Nie posiedzi, nie poleży. Nawet układając puzzle czy czytając książeczkę, musi być w jakimkolwiek stopniu w ruchu. Nie łudziliśmy się więc specjalnie, że nasz pierwszy mały urlop nad polskim morzem będzie polegał na leżeniu plackiem na plaży.

I tak też zresztą nie było. Mija rok od wspomnianego, pierwszego wyjazdu z Małym Człowiekiem na nadmorski urlop. Ja wyglądał w skrócie? Na zmianę ganialiśmy za nim po plaży, rytm dnia uzależniony był od jego drzemek czy też potrzeb. Pilnowaliśmy by nie zeskoczył z molo, nie utopił się w morzu, nie zgubił na plaży, nie atakował plażowiczów łopatkami pełnymi piachu. I tak dalej, i dalej. Wszystko to, co wówczas robiliśmy – można wymieniać niemal w nieskończoność. Na zmianę: raz ja, innym razem B. Nie zmienia to jednak faktu, że sto procent czasu i uwagi było  również na dopilnowanie Małego Człowieka.

Ale to nas absolutnie nie zdziwiło! Nie mieliśmy wręcz prawa zakładać, że ten wyjazd będzie wyglądał inaczej! Nie mamy żadnego, absolutnie żadnego prawa, wymagać by dziecko na potrzeby naszego urlopu, zachowywało się inaczej, nienaturalnie, nie po swojemu. Decydując się na taki wyjazd – musimy mieć pełną świadomość tego, co może się dziać w jego trakcie.

Dlatego naprawdę nie rozumiem rodziców, których dziwi fakt, że jadąc z takim dwu- czy trzylatkiem na wakacje, nie mogą sobie leżakować bez końca i popijać drineczki. Bo dzieckiem trzeba się zajmować. Jakby co najmniej wcześniej tego nie zauważyli!

Rozumiem, że można zażartować z urlopu z dziećmi. Rozumiem, że można się pożalić. Ale fala tego dziwnego przekonywania innych za wszelką cenę, że urlop z dziećmi jest ble, fuj i w ogóle do niczego – jest dla mnie zupełnie niezrozumiała. Bo przecież musimy zdawać sobie sprawę, że – mimo wszystko – rodzicielstwo przynajmniej w minimalnym stopniu ale jednak… ogranicza. Bo nie da się w stu procentach żyć tak, jak żyło się wcześniej. Można inaczej, można lepiej – trzeba tylko znaleźć na to swój własny sposób, swój własny model życia z dzieckiem.

Osobiście nie żałuję podróżowania z Małym Człowiekiem. Zdarzały się już zmiany planów na ostatnią chwilę czy jakieś pominięte atrakcji. W zeszłym roku mieliśmy weekend objazdowy po części wybrzeża. W Mielnie było fajnie, w Ustce było super ale w międzyczasie w Kołobrzegu na przykład – wyskoczyłam na moment z auta pstryknąć kilka zdjęć bo Mały Człowiek słodko spał w foteliku i nie miał zamiaru się obudzić.

Przykłady naprawdę można mnożyć. Gdyby się nad tym zastanowić – każda, naprawdę każda, podróż z Małym Człowiekiem to przynajmniej jeden nieprzewidziany moment, przynajmniej jeden szalony zwrot akcji. Ale dajemy radę, wracamy i planujemy kolejne wyjazdy, niekiedy robimy setki kilometrów dziennie, odwiedzamy nowe miejsca, obcujemy z nowymi ludźmi i jest fajnie! Wiemy, że nic nie jest takie, jakby było podczas podróży we dwoje. Ale wiemy też, że niekoniecznie jest gorsze!

Nie szalejmy, nie wyrywajmy sobie włosów z głowy – nie musimy koniecznie wypełniać wszystkich planów “sprzed dziecka” już w pierwszych miesiącach jego życia. Mamy przed sobą długą, wspólną przyszłość. Dajmy nawet maluchowi podrosnąć nim wpadniemy w wir korzystania z życia. Wierzcie lub nie – te pierwsze lata życia dziecka mogą dać Wam wiele wspomnień, wiele cennych nauk i wiele doświadczeń, których nie dałaby Wam żadna najbardziej szalona podróż. Musicie być tylko na to gotowi. Zdawać sobie sprawę z tego, że podróż z dzieckiem zawsze będzie pewnego rodzaju wyzwaniem. My – rodzice – musimy je tylko podjąć! 🙂 

PS A Wy? Lubicie podróżować z dziećmi? Macie jakieś patenty na udany wypoczynek? 

One Response

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Back to Top